Idą, idą! – krzyczy podekscytowana właścicielka małej knajpki w .

Wśród ludzi zgromadzonych na ulicy też widać coraz większe poruszenie. Faktycznie idą! Najpierw panowie policjanci próbujący ogarnąć sytuację i zapewnić tej kolorowej paradzie miejsce na drodze, potem wijące się wielkie smoki, następne bębniarze i na sam koniec kolejne grupy dzieci z małymi lampionami w kształcie a to rybek, a to żółwi, a to kwiatków i tym podobnych poprzedzane przez wielkie lampiony na platformach, takie jak na przykład nieco kiczowata kura. Jest głośno, bo po pierwsze bębniarze nie odpuszczają ani na moment, a po drugie dzieciaki krzyczą ile tchu w małych płuckach.

Co one właściwie krzyczą? – pytam stojącej obok Wietnamki.
A nic, po prostu chcą, żeby było jak najbardziej gwarnie. Dużo ich wszystkich, co?
Bardzo dużo! – przyznaję. – To wszystkie dzieci z okolicznych szkół?
Tak, tak. W ubiegłym roku obliczano, że dzieci biorących udział w paradzie było ponad 1000!

Robi to wrażenie w tak niewielkiej miejscowości, jaką jest nadmorska Mui Ne. Dzisiaj zresztą ta nieco senna wioska momentami przypomina Sajgon, bo nie tylko każdy chce zobaczyć paradę, ale wielu rodziców podąża za swoim dzieckiem, a to wszystko na motorach oczywiście. Zapewne ponad tysiącu motorów.

Cała ta kolorowa parada została przygotowana z okazji jednego z najbardziej popularnych świąt obchodzonych w Wietnamie – Festiwalu Środka Jesieni () znanego w Wietnamie jako Trung Thu. Przygotowań do tego święta nie sposób było przeoczyć – najpierw w Sajgonie natknęłam się na stragany z księżycowymi ciasteczkami, potem w Can Tho zobaczyłam wielki kiermasz festiwalowy, a jeszcze później na drodze z Sajgonu do Mui Ne nagle zauważyłam, że mój autobus, jest właśnie wyprzedzany przez sporą ciężarówkę, na pace której jechały dwa wielkie puszyste lwy z kosmatymi łbami i wielkimi zębiskami. Biały i czerwony.

Wietnamski Festiwal Środka Jesieni związany jest z legendą o Cuoi, według której wspomniany Cuoi był bardzo znanym mężczyzną, bo posiadał drzewo banyan umożliwiające wyleczenie każdej z chorób. I wszystko układałoby się idealnie, gdyby nie zazdrosna żona, której wydawało się, że Cuoi bardziej kocha drzewo niż ją. Pewnego dnia ta zazdrosna kobieta podlała drzewo zatrutą wodą, w następstwie czego odwróciło się korzeniem do góry. Cuoi powrócił do domu, kiedy drzewo właśnie unosiło się w stronę nieba. Próbował je ściągnąć w dół, ale to się mu nie udało i w rezultacie Cuoi wraz ze swoim drzewem poleciał w górę i do dzisiaj razem żyją na księżycu. Każdego roku, aby pokazać mu drogę na ziemię, dzieci zapalają latarnie i biorą udział w procesjach.

Z okazji festiwalu na ulicach i w domach odbywają się tańce lwów mające zapewnić dobrobyt i szczęście, rodzice kupują swoim dzieciom grzechotki, bębny i lampiony w kształcie gwiazd, a wszyscy jedzą księżycowe ciasteczka.

Też bym takie zjadła, ale nijak nie potrafiono mi wytłumaczyć, co dokładnie mieszczą w środku.