Już za tydzień święta, zatem w Manili mamy szczyt przedświątecznego szaleństwa. Centra handlowe dosłownie pękają w szwach, korki na głównych arteriach drogowych biją wszelkie rekordy długości i prędkości (czy raczej bezruchu), a firmy jedna po drugiej organizują swoje Christmas Party.

W tym roku miałem przyjemność uczestniczyć w obchodach Świąt Bożego Narodzenia w mojej firmie. A wszystko zaczęło się już w połowie listopada. Wtedy też pani z personalnego wysłała maila z zasadami tzw. “Secret Santa”.

Każdy z pracowników miał sobie wybrać ksywkę w postaci imienia postaci z ulubionej kreskówki, aby na tej podstawie otrzymać informację, kto będzie jego “Baby”, czyli komu będzie robić prezenty niespodzianki. Co czwartek, począwszy od 15 listopada, pracownicy mieli zostawiać pod firmową choinką drobne upominki (wartości max. 50 Peso, czyli ok. 3,8 PLN) zaadresowane do swojego baby.

Ustalono, że prezenty powinny pasować do tematów, które przypisano kolejnym czwartkom: “coś magicznego”, “coś artystycznego”, “coś szpiczastego” i “coś czarno-białego”. Ponadto na 7 grudnia, czyli piątkowe Christmas Party każde z “Babies” powinno przygotować prezent dla swojego “Parenta” – “coś niespodziewanego”, minimum 500 Peso.

Zabawa w czwartkowe prezentowanie trwała w najlepsze, a przy dystrybutorze z wodą spekulowano, kto kryje się za poszczególnymi ksywkami, kiedy pod koniec listopada pani z personalnego przysłała maila ze zmianą zasad. Otóż na “Revelation Day”, czyli podczas przyjęcia świątecznego, kiedy “Babies” poznają swoich “Parentów”, każdy ma przygotować nie “coś niespodziewanego”, tylko dwa prezenty: pierwszy, za min. 400 Peso dla swojego “Parenta”, który prześle pani z personalnego listę życzeń oraz drugi, tzw. “exchange gift”, za min. 200 Peso.

7 grudnia, w dzień przyjęcia świątecznego, mniej więcej od pory lunchu w zasadzie nikt już nie mógł skoncentrować się na pracy. Błyskały pierwsze flesze i pstrykano pamiątkowe zdjęcia. Mniej więcej o godzinie 17 całe towarzystwo udało się w kierunku lokalu, gdzie miało odbyć się Christmas Party. A tam już czekały stoły uginające się od półmisków z jadłem…

Tematem przewodnim przyjęcia były igrzyska olimpijskie, ale i tak największą atrakcją stała się “photo booth”, stały punkt programu podczas wielu filipińskich przyjęć firmowych. Photo booth to pan z aparatem fotograficznym, firmowe tło i skrzynia pełna czapek, peruk i innych śmiesznych akcesoriów i co najmniej godzinne fotografowanie się tak zwaną metodą pucharową (każdy musiał sobie zrobić zdjęcie z każdym), a następnie zdjęcia grupowe w różnych konfiguracjach.

Nie zabrakło przemówień, rozstrzygnięcia konkursu na najlepsze przebranie olimpijskie oraz kilka odsłon świątecznej loterii, w której można było wygrać kosze z produktami spożywczymi lub koperty z gotówką. Jednak gwoździem programu były świąteczne prezentacje.

Przygotowania do prezentacji rozpoczęły się również jakoś tak w połowie listopada. Cała firma (ok. 30 osób) została podzielona na 3 zespoły, które miały wymyślić, przygotować i zaprezentować świąteczny, kilkuminutowy pokaz, nazwijmy to “artystyczny”. Ćwiczenia przed przyjęciem odbywały się zazwyczaj w porze lunchu i obecność na nich była obowiązkowa. A jaki był rezultat końcowy, możecie poniżej zobaczyć sami.

I na koniec coś dla widzów mocnych nerwach:

Słowniczek:
Christmas Party – przyjęcie świąteczne
Secret Santa – tajemniczy Święty Mikołaj
baby – dziecko, niemowlę
parent – rodzic
Revelation Day – Dzień Objawienia
exchange gift – wymiana prezentów
photo booth – budka fotograficzna