Tęskniliśmy za zimnem od dawna. Marzyły nam się temperatury przynajmniej niższe niż 20 stopni na plusie. Bo jakkolwiek przyjemne nie byłyby czasem upały, to na dłuższą metę, kiedy ma się je na co dzień, są po prostu… nudne.

Zimno było już w Hanoi, więc z prawdziwą przyjemnością założyliśmy bluzy, długie spodnie i pełne buty. Ale prawdziwa zima przywitała nas dopiero w Sapa. Kiedy wczesnym rankiem wysiedliśmy z busa, cale miasteczko było spowite gęstą mgłą (nic niecodziennego w grudniu), a przy każdej próbie oddechu z ust buchała para. Na zewnątrz były… zaledwie 4 stopnie. W knajpkach rozpalono w kominkach, a do menu trafiły grzane wino i herbata z cynamonem (polecamy i jedno i drugie). A my czuliśmy się jak w polski listopadowy wieczór.

Święta spędziliśmy dość leniwie, ale jako, że nie należymy do wybitnie „świątecznych” osób, woleliśmy pospacerować po okolicy i spotkać się ze starymi znajomymi niż siedzieć przy suto zastawionym stole.

Dopiero w środę wybraliśmy się na jedno z lokalnych targowisk. Tym razem wybór padł na Cao Son, targ położony w okolicy Muong Khoung. Zjeżdżają się tam gównie Hmongowie i Czarni Dao z okolicznych wiosek, aby tak, jak w innych tego typu miejscach, kupić, co jest do kupienia i sprzedać, to co do sprzedania, a przy okazji wymienić się ploteczkami, zagrać w bilard i zjeść lokalne przysmaki. Atmosfera pierwszorzędna, tym bardziej, że podobnie jak wcześniej , również Cao Son tonęło w gęstej mgle. Zimno też oczywiście było. Jak należy. Kobiety robiły zakupy opatulone w ciepłe chusty, a niektórzy z mężczyzn założyli ciepłe czapy.

A potem tylko jeszcze pociąg z Lao Cai do Hanoi, stamtąd autobus na południe i już jesteśmy w Ninh Binh. Tutaj już oczywiście cieplej, choć nadal jedynie przyjemne poniżej 20:)