Nie znoszę wszelkiego rodzaju działalności zbiorowej: grup, stowarzyszeń, kółek zainteresowań, różańcowych czy wzajemnej adoracji. Nie lubię też wycieczek zorganizowanych ani dostosowywania się do grupy. Najlepiej podróżuje mi się zupełnie samej. Tak już mam.

Ale do rzeczy. Bo jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. W taki właśnie sposób podczas ostatniego pobytu w Wietnamie wybraliśmy się wraz z Krzychem na… wycieczkę. O , czyli Zatoce Lądującego Smoka, myślałam już wcześniej, ale jakoś się nie złożyło, bo zawsze znajdowały się ciekawsze miejsca, no i powiedzmy sobie szczerze – zdecydowanie romantyczniej jest się wybrać na dwu- lub trzydniowy rejs po we dwójkę. Taką przynajmniej miałam wizję. Oprócz sporej dawki romantyzmu miała być jeszcze przyjemna łódź, zapierające dech widoki i fantastyczne wschody i zachody słońca ( ze znośną dawką kiczu rzecz jasna).

Pogoda szybko zweryfikowała nasze plany i biorąc pod uwagę nisko zawieszone chmury i jeszcze niższe temperatury zdecydowaliśmy się zobaczyć Zatokę Ha Long w jeden dzień idąc na łatwiznę i korzystając z usług lokalnego biura podróży. Koszt takiej przyjemności to średnio 16-27 dol., a standardowy program jednodniowej wycieczki zakłada:

– zbiórkę lub odbiór z hotelu o godz. 8.rano,
– 3,5 godzinną jazdę do Ha Long (po drodze przewidziana wizyta w wieeelkim sklepie z pamiątkami, o czym zwykle się nie wspomina),
– kilkugodzinny rejs,
– lunch na łodzi,
– zwiedzanie pływającej wioski rybackiej (nieco rozczarowuje),
– możliwość skorzystania z kajaków,
– zwiedzanie jaskini Thien Cung (pierwsza w życiu jaskinia, która zrobiła na mnie wrażenie),
– 3,5 godzinny powrót do Hanoi z przystankiem w innym wielkim sklepie.

I tyle. Albo aż tyle, bo to i tak całkiem sporo, jak na zaledwie jeden dzień.

Jako ciekawostkę podam, że powstanie Zatoki Lądującego Smoka, zgodnie ze legendą, związane jest z zamierzchłymi czasami, kiedy państwo wietnamskie musiało walczyć z najeźdźcami. Bogowie zesłali więc na pomoc smoki, które miały wypluwać klejnoty i jadeit formujące się po zetknięciu z wodą w tysiące wysepek tworzących swego rodzaju mur, utrudniający zadanie wrogowi. Okręty najeźdźców roztrzaskały się o wspomniany mur i w ten sposób wygrano bitwę. Ale smokom tak bardzo spodobało się na ziemi, że postanowiły na niej pozostać. Stąd miejsce, w którym wylądowała smocza matka, formując całe tysiące wysepek, zostało nazwane Ha Long Bay, czyli właśnie Zatoką Lądującego Smoka.

Dziś Ha Long Bay to ponad 3 tysiące ( wg innych wersji jedynie ok. 1600) niewielkich wapiennych wysepek wynurzających się z oceanu, dwie większe wyspy: Tuần Châu i popularna Cat Ba, sporo jaskiń, jeziora i oczywiście niezliczona liczba plaż. Okolicę zamieszkuje niewielka, bo licząca sobie około 1600 osób społeczność, na którą składają się głównie mieszkańcy kilku pływających rybackich wiosek, ale zakładam, że w okolicy na co dzień przebywa prawdopodobnie kilka razy więcej osób biorąc pod uwagę popularność tej destynacji wśród turystów odwiedzających (osobiście nie znam nikogo, kto nie odwiedził Ha Long przy okazji pobytu w tym kraju…).

Nie ma się co dziwić. Ha Long Bay nie tylko zostało wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, ale także uznane za jeden z nowych naturalnych cudów świata. Zdecydowanie zasłużenie, bo nawet przy zimnej i wietrznej aurze, trudno zrezygnować z podziwiania okolicy z górnego pokładu statku. Pięknie jest i już. Ha Long tym samym zostaje wpisane na listę osobistą „trzeba tam kiedyś wrócić”.