Czasem wszystko układa się w taki sposób, że nieco przez przypadek zamiast do miasta, trafia się na wieś.
Na wieś wietnamską, gdzie tylko od czasu do czasu przejedzie samochód albo skuter.
Na wieś spokojną, gdzie bawoły stojące w wodzie swoimi wielkimi okrągłymi oczami bezmyślnie obserwują mglisty krajobraz pól ryżowych i wapiennych skał, aby późnym popołudniem niemrawo zebrać się i wrócić do zagrody.
Na wieś całkiem przyjemną, gdzie na wodzie pływają zdyscyplinowane kaczki, które na wezwanie ich właścicielki żwawo i z głośnym kwakaniem ruszają w drogę całą czeredą.

Po takiej wsi nadzwyczaj miło jest wsiąść na rower biorąc za przykład większość jej mieszkańców. Warto skręcić w lewo z głównej drogi, a potem raz jeszcze w lewo, aby na koniec trafić do małej buddyjskiej świątynki, którą opiekuje się jedna jedyna młoda mniszka. Warto posiedzieć na polu ryżowym i rozkoszować się ciszą albo wybrać się na dobrą (ale nie wyśmienitą) zupę pho do lokalnej knajpki.

Spokoju wsi nie są w stanie zburzyć nawet dziesiątki autobusów przywożących w ciągu dnia tłumy turystów (głównie z Hanoi, w ramach jednodniowych wycieczek) ani panie straganiarki usilnie starające się sprzedać kolejnego ananasa, kapelusz lub parasol „w razie deszczu”. Przemysł turystyczny w okolicy Tam Coc oczywiście kwitnie. Jest budka z biletami ( 80.000 dong za łódkę, 30.000 dong od osoby, max. dwóch obcokrajowców na łódce) oraz panowie i panie łódkowe cierpliwie czekający na swoją kolej i turystów, którzy za chwilę zobaczą jedną z najbardziej spektakularnych scenerii w Wietnamie, zwaną czasem „Zatoką Ha Long pól ryżowych”.

Widok faktycznie zapiera dech. A kiedy ma się szczęście do wioślarza, który pozwala się cieszyć chwilą i nie naciska na kupno pamiątek podczas łódkowej wycieczki, zachowuje się jedynie pozytywne wrażenia i bardzo chce się tam wrócić raz jeszcze, aby móc zobaczyć ten bajkowy krajobraz raz jeszcze, dla odmiany w pełni dojrzałej zieloności.