Kalinga – świat na wyciągnięcie ręki

/, Filipiny - podróże/Kalinga – świat na wyciągnięcie ręki
  • Filipiny_Philippines_Kalinga_zdjecia, DSC_0530

Kalinga – świat na wyciągnięcie ręki

Przez sąsiednie podwórko przebiega roześmiana, na oko czterdziestokilkuletnia kobieta, a za nią dwie kury i stadko kurczaków. Kobieta wbiega do domu po trochę ziarna i rzuca je z głodnym ptakom śmiejąc się jeszcze głośnej. Po podwórzu nieśpiesznie przechadza się czarna maciora z małymi, przebiegają rozwrzeszczane koguty, gdzieś w oddali słychać krzyk dziecka, a ja mam wrażenie, że wszystko tutaj jest na na swoim miejscu i tworzy niezwykle perfekcyjną całość. Co chwilę patrzę na czystą, prawdziwą radość, a czas jakby stanął w miejscu. Choć dachy sąsiednich domów zdobią anteny satelitarne, nie psuje to tego specyficznego wrażenia, jakby rzeczywisty świat zostawiło się daleko za sobą. Wiem już, że w Kalindze zostanę przynajmniej na kilka dni.

, jedna z północnych prowincji na fiilipińskiej wyspie , była obiektem moich westchnień już od dłuższego czasu. Ale jakoś nie było okazji. Nie było z kim jechać. Albo było nie po drodze. W grudniu pojechały tam Paczki i słuchając ich opowieści, wiedziałam już, że nie ma sensu czekać na odpowiedni moment, bo lepszego nie będzie. I pojechałam.

Najpierw w planie mam wielogodzinną samochodową podróż z Manili do Bontoc, a potem zmianę środka lokomocji na lokalny. Z powodu drogi.

Eeee… Bez sensu, żebyście czekali na autobus ani jeepneya. Do bez problemu dojedziecie autem, bo ostatnio zbudowano drogę do Kalingi. – tłumaczy z dumą policjant, którego Anthony wypytuje o drogę do czegoś w rodzaju dworca autobusowego.

Nie trzeba nas długo namawiać, choć przez pierwsze pół godziny nasza nisko zawieszona miejska Honda usiłuje nas namówić do zawrócenia z trudem pokonując kolejne wertepy. Co jakiś czas Antek musi zatrzymać auto i usunąć spod kół potencjalnie niebezpieczne kawałki skał. Ja co chwilę wzdycham na widok oszałamiających krajobrazów. Ostatecznie jednak nie zawracamy i jest to najwyraźniej dobra decyzja, bo potem faktycznie pojawia się droga. Taka zwyczajna, czyli utwardzona, choć z przerwami. Ta droga, łącząca Bontoc z Tabukiem, stolicą prowincji Kalinga, ma swoją historię i… złą sławę. Uważa się ją za jedną z najbardziej niebezpiecznych (a czasem faktycznie tą „NAJ”) na całych Filipinach. Ba, budowana od 100 lat zdobyła nawet niechlubne miano „drogi śmierci” . To wszystko nie bez powodu, bowiem na przestrzeni lat mnóstwo osób zginęło w lawinach błotnych i osuwiskach. Ale teraz wszyscy mają nadzieję, że to już przeszłość. Faktem jest, że zmieniło się sporo – kiedyś na pokonanie tego niespełna stukilometrowego odcinka potrzeba było nawet kilkunastu godzin, dziś zaledwie… kilka. Ale my nie jedziemy do Tabuku, lecz do Tinglayan, skąd mamy zamiar wyruszyć na trekking do górskich wiosek.

W Tinglayan zostawiamy samochód (jakaś rodzina zdecydowała się nim zaopiekować przez kilka kolejnych dni), a sami przekraczamy długi wiszący most łączący dwa brzegi rzeki i udajemy się do Luplupy. Tam zatrzymujemy się u Otmara, niemieckiego gospodarza przyjemnego Riverside Inn, a następnego dnia wyruszamy w góry na spotkanie ze słynną .

Jeepney odjeżdża o jakiejś wczesnoporannej, zupełnie nieakceptowalnej dla mnie godzinie, ale to jedyna opcja transportu, więc nie wybrzydzam. Załatwiamy sobie tylko miejscówki na dachu zapewniające nam najlepsze z możliwych widoki i ruszamy. Wysiadamy gdzieś przy drodze, maszerujemy sporo kilometrów, a słońce przygrzewa coraz bardziej i bardziej. Mijamy kolejne pola ryżowe, góry, strumyki i inne piękne okoliczności przyrody, aby ostatecznie dotrzeć do , wioski plemienia Kalinga. Dziś słynie przede wszystkim z powodu jego najbardziej zasłużonej mieszkanki, 93-letniej Fang-od, będącej wyśmienitą tatuażową artystką. To dla niej zjeżdżają się tam turyści nie tylko z Filipin, ale z różnych zakątków świata. Ale choć w Buscalan nietrudno o spotkania z wytatuowanymi starszymi zazwyczaj kobietami, to wioska nie tylko tatuażem stoi.

Buscalan otaczają malownicze pola ryżowe, źródło utrzymania i miejsce pracy dla prawie każdego mieszkańca.

Macie szczęście. – stwierdza Johnny, nasz przewodnik, po konsultacji ze znajomym z Buscalan. – Trafiliście na porę sadzenia ryżu. Gdybyście przyjechali wczoraj, w pierwszy dzień, nie moglibyście opuścić wioski.
– Poważnie? Dlaczego?
– Takie jest wioskowe tabu.

Jak tabu, to tabu. Ale chyba nie narzekalibyśmy, bo w Buscalan może być całkiem przyjemnie. Spotykamy zresztą potem młodego Brazylijczyka, który faktycznie niejako „utknął” we wiosce dzień wcześniej, ale najwyraźniej ta sytuacja mu nie przeszkadza. Potem okazuje się, że chłopak zostaje jeszcze dłużej angażując się do pracy przy sadzeniu ryżu i wzbudzając nieustanny zachwyt (na przemian z niedowierzaniem) na twarzach mieszkańców.

Kalinga to również kawa. Kupuję chyba ze dwa kilogramy albo więcej (tak na oko), a wypijam niezliczoną ilość kubków. Bo jakoś tak tam już jest, że żadne spotkanie nie obędzie się bez kawy.

A skąd jesteście? A to może wypijemy po kubeczku? Z Manili przyjechaliście? Może macie ochotę na kawę? A będzie? To… może wpadniecie na kawę? – co chwilę zagadują napotkani mieszkańcy. Piję więc kawę litrami, bo Antek, jak na prawdziwego Filipińczyka przystało, za zwykłą kawą nie przepada.

Czas mija wolno. Zwiedzamy wioskę. Wybieramy się na spacery po tarasach ryżowych. Łazimy po wioskowych uliczkach. Zwracamy uwagę, gdzie stawiamy kroki tak, żeby nie nadepnąć na groby. Przodkowie mieszkańców Kalingi są pogrzebani zaraz przy domach, na podwórkach. Tak, aby „już zawsze byli blisko” . I zapewne z powodu ograniczonej przestrzeni. Spotykamy całe rodziny, w tym jedną z najstarszych, ponad stuletnią mieszkankę Buscalan. Prowadzi się nas też do „jedynego domu we wiosce, z którego można dzwonić” . Patrzymy z nadzieją na wyświetlacze telefonów, ale nic z tego – zasięgu nie ma.

A bo on pojawia się i znika. – tłumaczy niezwykle miła właścicielka. – Od wiatru to chyba zależy…
Może to i dobrze, przynajmniej ma się tę chwilę oddechu od cywilizacji.

Potem Antek robi sobie tatuaż u Fang-od, ja rezygnuję i cieszę się, że mogę patrzeć na to wszystko jedynie przez wizjer aparatu.

A poza tym nie mogę uwierzyć we własne szczęście.
Bo od świata takiego jak ten dzieli mnie zaledwie kilkanaście godzin drogi.

By |2017-02-07T19:28:34+00:00Czerwiec 14th, 2013|Filipiny, Filipiny - podróże|3 komentarze

About the Author:

Mieszanka zodiakalnego Lwa i chińskiego Smoka. Z wykształcenia politolog, z zawodu fotograf. Ciągle szuka swojego miejsca na świecie.