Budzą mnie pierwsze promienie słońca nieśmiało zaglądające do auta gdzieś na Halsema Highway w okolicy Bontoc. Z Manili wyjechaliśmy kilka godzin wcześniej, jak zwykle w środku nocy, aby uniknąć korków w miasteczkach i wioskach po drodze i aby za dnia pokonać wszystkie mało bezpieczne, górskie drogi. Ja jak zwykle przesypiam prawie całość trasy. Za dwie lub trzy godziny mamy dotrzeć do Kalingi. Ponownie. Nie mogę się już doczekać. Jeszcze nie wiem, że będzie dokładnie tak samo i zarazem zupełnie inaczej. Choć to chyba nieuniknione w przypadku powrotów.

Drogę łączącą Bontoc z Tabukiem wyremontowano co nieco w związku z wyborami w ubiegłym roku (to czas mobilizacji i działania dla lokalnych władz), ale nie obyło się bez drobnych fuszerek i niedociągnięć powodujących, że co jakiś czas droga zwyczajnie znika w błocie lub kamieniach i tylko jakimś cudem udaje się nam ją pokonać naszym nisko zawieszonym samochodem (przez następne kilka dni będziemy się zastanawiać, czy uda nam się wrócić…). Otmar, Niemiec który osiadł w Kalindze i właściciel przyjemnego Riverside Guesthouse, już czeka, uprzednio przygotowując pokoje i smaczny posiłek. Szwędamy się trochę po wiosce i okolicy i podobnie jak w poprzednim roku zasiadamy wieczorem z butelkami piwa i innych trunków, a Victor, lokalny przewodnik i jedna z najbardziej barwnych postaci z Kalingi, snuje opowieści z łowcami głów i marihuaną w rolach głównych.

Następnego ranka Otmar podwozi nas swoim pick-upem do rozstaja dróg, skąd wyruszamy już z Victorem w górę do wioski . Tak, jak poprzednio podziwiam wspaniałe górskie krajobrazy i tak, jak poprzednio mijam leniwe wodne bawoły. Victor w międzyczasie opowiada, jak wiele się zmieniło. Że przyjeżdżają setki turystów z Filipin i z zagranicy. I że ludziom w wiosce jest łatwiej, choćby dlatego, że już nie muszą wszystkiego wnosić na górę na swoich plecach, bo zainstalowano im specjalny wyciąg. Pierwsi turyści, których spotykamy tego dnia, mijają nas swoim busem. Kolejni jadą w następnym. Na wąskiej ścieżce na skraju góry w okolicy strumienia spotykamy jeszcze jedną i jeszcze większą grupę – tym razem Filipińczyków z Manili. Jeszcze inna grupa z Manili, również kilkanaście osób, mieszka we wiosce od kilku dni. Domu Fang-od nie rozpoznaję. Na niewielkim, acz przyjemnym podwórku nieopodal, wybudowano nową, słusznych rozmiarów chatę, która całkiem przesłoniła dom słynnej staruszki. Victor namawia, żebyśmy zatrzymali się tam na noc, ale nie jestem zwolenniczką grupowego spania na podłodze, więc postanawiamy poszukać czegoś innego podpytując lokalnych znajomych. Lokum znajduje się w ciągu kilku minut – przyjemna maleńka sypialnia, a w niej materace, pościele i rodzinne zdjęcia.

Wioski też nie poznaję. Jest gęściej, bo wybudowano sporo nowych domów. Powstały nawet nowe małe hoteliki oferujące nie tylko noclegi, ale również międzynarodowe specjały choćby w postaci hot-dogów. To zaskakuje, bo rok temu oferowano mi jedynie ryż w komplecie z lokalnym groszkiem lub ze ślimakami z pola ryżowego (wybrałam to 1.). Ba! Jest nawet udogodnienie w postaci ciepłego prysznica, najprawdopodobniej jedynego w Buscalan. Po wiosce biegają dzieci krzyczące za nami wniebogłosy „candy, candy” albo, co gorsza, „money, money” i wytykające język, kiedy nie dostają cukierków ani pieniędzy. Ludzie chowają się w domach przed nieustannie skierowanymi w nich obiektywami aparatów. spotykamy pod inną chatą, przerobioną na mini-studio tatuażu. O mały włos nie dostrzegam jej w tłumie osób czekających na swoją kolej. Ze starej sztuki tatuażu zrobił się przynoszący niemałe zyski biznes – Fang-od tatuuje średnio kilka osób dziennie, podobnie jak Grace, jej przyuczona do zawodu kilkunastoletnie siostrzenica. Oprócz tego jest jeszcze niewielki sklepik, w którym kolejkowicze mogą zakupić najpotrzebniejsze produkty. I wszędzie jest jakoś tak tłoczno. Uciekamy na wielkie tarasy ryżowe i napawamy się przejmującą ciszą przerywaną jedynie szumem wiatru.

Późnym popołudniem do wioski docierają kolejni turyści, a ja zastanawiam się, czy po prostu nie wracać, bo mam wrażenie, że to już zupełnie inne Buscalan niż to, które polubiłam i pamiętam sprzed roku. Pomaga wieczór i butelka wina, którą wypijamy wraz z Victorem i zasuszonym, 94-letnim, staruszkiem Baydanem. Wypita duszkiem szklanka czerwonego wina, a następnie kolejna pełna lokalnego alkoholu powodują, że dziadek Baydan zaczyna snuć opowieści o swoich ponad stuletnich dziadkach i rodzicach, trzech żonach (z dwiema pierwszymi się rozwiódł, bo nie urodziły im się dzieci), starych łowcach głów (sam też ma tatuażowe trofea na znak męstwa) i przede wszystkim – Kalindze sprzed wielu lat. Zostajemy. Kolejne wieczory spędzamy w nieustannie powiększającym się gronie mieszkańców Buscalan, którzy co chwilę raczą nas przysmakami w postaci popularnego w Kalindze mięsa psów (nie próbujemy), lokalnych trunków albo grillowanych pszczół (próbuję). I sporo opowiadają. Choćby o ludzkich szczękach wykorzystywanych do grania na plemiennych gongach. Wracamy po kilku dniach, ja z ręką napuchniętą od tatuażu, który zrobiła mi Fang-od.