Historia jednej fotografii: Kumoszki z Phyang

Zasłuchany pan w kapeluszu siedzi oparty o jeden z filarów klasztoru. W jednym z kątów plotkują urocze babcinki. Kilkuletni mnisi bawią się chińskimi pistoletami z plastiku. Wszędzie wokół tłumy odświętnie ubranych ludzi. Oj tak, widownia podczas festiwalu w Phyang jest bardzo malownicza.

Najbardziej sympatyczna wydaje mi się starsza pani w zielonej czapeczce na głowie. Ta, która ma na nosie ciemne przeciwsłoneczne okulary, a w dłoni trzyma laskę.

Czy mogłabym Pani zrobić zdjęcie? – pytam. Jak zwykle nieśmiało.

Starsza pani patrzy na mnie i z figlarnym uśmiechem odpowiada wskazując znacząco na siedzącą obok staruszkę:

Nie, nie, ja nie chcę, ale.. ta moja koleżanka po prawej lubi zdjęcia. Zrób jej!

Pytam wspomnianą koleżankę, a ta, podobnie rozbawiona, wskazuje na inną starszą panią:

Nie, nie, ja też nie chcę, ale.. tamta moja koleżanka po prawej na pewno będzie chciała! Zobacz, jak się dziś wystroiła!(wskazuje na jej korale i kapelusz)

Kolejna koleżanka wskazuje na jeszcze inną. Wiem już, że nic z tego. Zdjęć tym razem nie będzie.

Ale potem, kilka godzin poźniej, raz jeszcze je wszystkie spotykam. „Znają” mnie już i tym razem bez problemu i zupełnie nieoczekiwanie mogę zrobić zdjęcie pani w zielonej czapce. Pozuje z uśmiechem i nawet z tej okazji zdejmuje ciemne okulary. Ot, taka popołudniowa niespodzianka! Warto było poczekać!