Pobudka o północy i stroma droga wijąca się zygzakiem w górę. Potem długi marsz niemalże po omacku. Jednostajne kroki, noga za nogą, prawie na półśpiąco. Czujemy pierwsze opary siarki, a to może oznaczać tylko jedno – Kawah Ijen już blisko.

Na górze kaldery jesteśmy szybciej niż można byłoby przypuszczać. Stojąc przy tablicy z ostrzeżeniem o niebezpieczeństwie (nazwijmy rzecz po imieniu: tablicy z zakazem zejścia w dół Kawah Ijen) sprawdzamy warunki panujące w kraterze. Chyba nie jest idealnie, bo nawet w ciemności można dostrzec, że trafiły nam się gęste chmury i sporo siarkowego dymu. Ale, podobnie jak i inni, ruszamy stromą i kamienistą ścieżką w dół. Nadal jest ciemno i mrok rozjaśniają jedynie skąpe światła czołowych latarek licznych turystów. Nie wiem, ile dokładnie czasu mija (droga ma zająć podobno 45 minut), ale w końcu jesteśmy na dole.

Zmęczeni, diabelsko cuchnący siarką i z latarkami na głowach chcemy na własne oczy ujrzeć (czyt: sfotografować) słynny niebieski ogień powstały w wyniku zapaleń gazu siarkowego. Mam wrażenie, czy wręcz pewność, że szczęście w ogóle nam nie dopisało. Ogień jedynie nieśmiało przenika przez gęste opary siarkowego dymu. Wstaliśmy na próżno, a do wschodu słońca pewnie długie dwie godziny.

Przysiadamy na jakiejś skale i oświetlając sobie okolicę próbuję dostrzec coś w ciemności. Jest jak w przedsionku do piekła. Surowy krajobraz, pobłyskująca w ciemności żółć siarki i gęste opary dymu.

– Jeśli zmieni się wiatr i dym skieruje się się w Waszą stronę, nie wpadajcie w panikę. – radzi Sofyan, znajomy Indonezyjczyk. – Przeczekajcie ten moment, a wszystko powinno być w porządku.

Łatwo mu mówić, kiedy właściwie nie mamy masek! Te, które zakupiliśmy z przeznaczeniem na zejście do Kawah Ijen okazują się być wadliwe, więc z żalem musimy zostawić je w hotelu w Banyuwangi. A małe papierowe maski niewiele pomagają. Choć o dziwo znoszę te nieprzyjemne warunki nad wyraz dobrze. Drapie mnie trochę w gardle (jeszcze nie wiem, że po kilku godzinach będzie drapało o wiele bardziej), ale oddycham z łatwością, więc pozbywam się przeszkadzającej mi maski, a zamiast tego, osłaniam twarz chustą w tych naprawdę nieprzyjemnych momentach, czyli wówczas, kiedy dym kieruje się w moją stronę. Krzych zupełnie bez żalu rezygnuje z przygody z siarkowym dymem i przysypia na skale.

Kawah Ijen to jednak nie tylko wysoki na prawie 2800 metrów, ale przede wszystkim wielka kopalnia siarki, w której obecnie pracuje około 70 górników. Tych bohaterskich indonezyjskich herkulesów dostrzegam jeszcze przed świtem. Właśnie kruszą żołtą siarkę i upychają w swych koszach jej ciężkie kawały, aby potem mozolnie wynieść je na powierzchnię. Sami będąc parszywego wzrostu dzielnie dźwigają około 70 kilogramowe kosze, przystając tylko na chwilę i zapalając papierosa. Prawie codziennie, czasem przez dziesiątki lat, a przynajmniej tak długo, jak długo zdrowia wystarczy. Przynosząc do skupu dwa razy po dwa 70-80 kg zarabiają 1000 indonezyjskich rupii za każdy wniesiony kilogram. Łatwo obliczyć, że ich dzienna stawka wyniesie wówczas średnio 140-160 tys. rupii (38-43 zł), co może nie należy do zupełnie najniższych zarobków w Indonezji, ale z pewnością to zwyczajnie marne pieniądze biorąc pod uwagę włożony wysiłek i uszczerbek na zdrowiu. Bo zakładam, że o braku ubezpieczenia i opieki zdrowotnej wspominać nie muszę.

Spotykam tych silnych mężczyzn na drodze, rozmawiam sama i przy pomocy Sofyana, oglądam rany na barkach. Podziwiam uśmiech na twarzy, radosne iskierki w oczach i pogodę ducha. Tym bardziej, że wydają się być autentyczne.