Magia Gunung Agung sprawiła, że przez długie godziny gapiliśmy się w jego stronę na przemian to wzdychając, to sięgając po aparaty i telefony i robiąc zdjęcia. Potem, kiedy już wróciliśmy w nasze balijskie strony, czyli na południe wyspy, siedzieliśmy z nosami przyklejonymi do telefonów nie mogąc uwierzyć, że ten spektakl rzeczywiście miał miejsce – że mieliśmy szczęście podziwiać mistycznego Agunga w pełnej krasie.

W sobotni poranek nic na to nie wskazywało – ja byłam co prawda jeszcze na Sumbie, ale z zdążyły do mnie dotrzeć wieści, że pada, że leje i że pewnie długo nie przestanie. Nawet wtedy, kiedy już zmierzaliśmy w stronę Sidemen, niebo było wystarczająco zachmurzone, żebyśmy przestali nastawiać się, że spośród tych chmur wychynie choćby kawałek wulkanu.

Podobno Balijczycy mawiają, że Agung pokazuje się tym, którzy mają dobrą karmę. Nie wiem, ile w tym stwierdzeniu jest prawdy, ale nam się pokazał i z ręką na sercu muszę Wam powiedzieć, że był to jeden z najpiękniejszych widoków na Bali.

Uprzedzając pytania uprzejmie donoszę, że zdjęcia robione były w Villa Sidemen.
Niniejszym informuję również, że właśnie skreśliłam punkt pierwszy z mojej Balijskiej Bucket List.

IMG_8599

IMG_8603

IMG_8612

IMG_8649

IMG_8650

IMG_8663

IMG_8665

IMG_8687

IMG_8701

IMG_8695

IMG_8692

IMG_8691

IMG_8688