Było mokro. Było ślisko. Było niełatwo.

Jakimś cudem zupełnie nie doceniłam , choć jest to przecież drugi pod względem wysokości szczyt . Mało popularny, bo pokryty gęstym lasem, nie zapewnia tak imponujących widoków jak Batur czy Agung, ale przy dobrej widoczności można z niego dostrzec szczyty wschodniej Jawy, Agunga, a nawet Rinjaniego. Wejście na 2275 metrów n.p.m było jednak zdecydowanie trudniejsze, niż mogłam przypuszczać. Ba, było dla mnie trudniejsze, niż trekking na Gunung Agung, choć faktem jest, że po pierwsze przed wejściem na Agunga regularnie biegałam po balijskich dżunglach, a po drugie nie taszczyłam wtedy na plecach sporego plecaka. Tak sobie myślę, że ja w ogóle nigdy przedtem nie wnosiłam na żadną górę wielkich bagaży, nie licząc tych fotograficznych, bo zawsze znalazł się ktoś, kto je niósł za mnie. Taka ze mnie księżniczka. Tym razem takiej osoby nie było, bo znajomi wnosili na górę jeszcze większe plecaki, a w nich między innymi namioty, w których zamierzaliśmy spędzić noc na szczycie. Ale od szczytu Batukaru dzieliło nas dobre kilka godzin.

Uczciwie przyznaję, że o mały włos w ogóle nie zrezygnowałam z całego pomysłu, bo kiedy czekaliśmy na dole, aż wszyscy dotrą na miejsce, zaczęła się poważna ulewa. Taki prawdziwy tropikalny deszcz. Ściana deszczu właściwie. Wizja zdobywania szczytu i przemoczenia wszystkiego do suchej nitki zupełnie mnie nie bawiła, ale choć ostatecznie nie wróciłam, nie zrezygnowałam tylko dlatego, że było mi zwyczajnie wstyd. A potem na szczęście deszcz nie padał nieustannie.

Lało tylko od czasu do czasu, więc tylko od czasu do czasu krople deszczu mieszały się z potem spływającym z czoła. Zabłocona, dość stroma i opleciona korzeniami drzew ścieżka prowadziła prosto w górę. Wokół siebie miałam bujną i wilgotną zieloność lasu deszczowego, obfitującą w omszałe krzaki, wielkie drzewa i oplatające je storczyki – podobno jeden z piękniejszych lasów na Bali. Nasza kilkunastoosobowa ekipa zupełnie się rozproszyła, więc szłam sobie w górę sama podziwiając otoczenie, słuchając śpiewu ptaków i od czasu do czasu mówiąc sobie “spokojnie, w końcu to nie pierwszy raz, kiedy zostajesz sama w indonezyjskiej dżungli”. Ścieżka pięła się coraz bardziej stromo. Co jakiś czas mijałam naturalne przeszkody w postaci drzew na drodze, ślizgałam się w błocie, klnęłam, odliczałam metry do szczytu i byłam do tego stopnia brudna, że obojętne stały mi się nawet potencjalne pijawki, których wcześniej obawiałam się najbardziej.

Te ostatnie znajomi znaleźli dopiero wieczorem. Przyczaiły się na macie, na której zamierzaliśmy zjeść kolację. W ilości znikomej, więc to nie one były głównym punktem wieczoru, ale żyjące w okolicy luwaki (tak, tak, to te małe zwierzątka słynne z powodu kawy), które bez obaw podchodziły coraz to bliżej mając wielką chętkę na nasze jedzenie. Ale nie ma im się co dziwić – wybór był wielki, bo Indonezyjczycy przygotowali na szczycie prawdziwą kilkudaniową ucztę.

A rano zaskoczył nas całkiem przyzwoity wschód słońca.
Potem była droga w dół. Czy ja już mówiłam, że ja szczerze nie cierpię schodzić w dół?