Bywało magicznie.
Wtedy, kiedy nasz prom płynący z Bali na Lombok zatrzymał się w oczekiwaniu na wejście do portu, w międzyczasie wybiła północ i zaczęło się muzułmańskie święto Idul Fitri, a my mogliśmy podziwiać setki fajerwerków przy dźwiękach modlitw muezinów płynących z licznych meczetów. Kiedy chwilę potem przemierzaliśmy Lombok na motorach, a wyspa żyła tak, jak gdyby to był dzień, a nie środek nocy. Kiedy jeszcze później w porcie na Lomboku czekaliśmy na prom na Sumbawę, zaczęło świtać i z mroków wyłoniła się majestatyczna sylwetka wulkanu Rinjani. Kiedy płynęliśmy już na Sumbawę i mijaliśmy najbardziej czarujące z tropikalnych wysepek i kiedy przemierzaliśmy już naszą docelową wyspę, a przed nami wyrastała wielka . I oczywiście wtedy, kiedy już stanęliśmy na jej szczycie,a wokół panowała głucha cisza, bo znowu oprócz nas nie było tam nikogo.‌

Widok na wulkan Rinjani z portu na Lomboku.

Poranek w porcie na Lomboku.

Na drogach Sumbawy. Na wprost wulkan Tambora.

Bywało dramatycznie.
Wtedy, kiedy po wielogodzinnym marszu w dół w ulewnym deszczu przemoczeni niemal do suchej nitki doszliśmy wreszcie do Pos 1, a ja odkryłam na sobie całą masę pijawek. Kiedy podczas tego samego marszu otworzyły się nieco zagojone już rany zdobyte w wypadku na motorze kilka dni wcześniej. Kiedy podczas wędrówki niespodziewanie usłyszałam dziwne odgłosy, które okazały się być dźwiękami wydawanymi przez atakujące nas dzikie świnie. Kiedy nie zdążyliśmy na ostatni prom płynący z Lomboku na Sumbawę i musieliśmy spać w porcie. Kiedy w tym samym porcie nie było jedzenia, bo w związku ze świętem nie otworzono żadnego z warungów ani sklepików. Kiedy po nieprzespanej w tymże porcie nocy dowiedziałam się, że teraz czeka nas wielogodzinna podróż przez sporą część Sumbawy, a ja nie marzyłam o niczym innym niż o odrobinie odpoczynku, skutkiem czego nieustannie zasypiałam podczas jazdy motorem (jako pasażer).‌

Nocleg w porcie na Lomboku. Nie spałam na motorze. Spałam na metalowym krzesełku.

Na drogach Sumbawy. Po prawej stronie odcinek offroad u stóp Tambory.

Bywało nużąco.
Wtedy, kiedy na wspomnianym motorze spędziliśmy niekończące się godziny jazdy przed siebie i kiedy bezczynnie czekaliśmy na kolejne promy.

Bywało ekstremalnie.
Kiedy pierwszy etap szlaku na Tamborę pokonaliśmy… ledwo zipiącym wówczas skuterem po niekończącej się drodze, a chwilami jej braku. Kiedy pozostała część grupy dotarła wreszcie w środku nocy do obozowiska po tym, jak wielokrotnie gubili drogę. I najważniejsze – kiedy nas, jadących na rozpędzonym skuterze na drodze pełnej zakrętów znienacka zaatakowała małpa i tylko cudem uniknęliśmy kolejnego wypadku.‌

Na szczycie wulkanu Tambora. Niestety widoczność nie pozwoliła na podziwianie wielkiego krateru powstałego podczas erupcji wulkanu w 1815 roku.

Krater, którego nie widać.

Gotowa do drogi. Na chwilę przed rozpoczęciem trekkingu.

Pierwszy odcinek trekkingu na Tamborę.

Moja „zbuntowana” mała grupa.

Na Tamborę, najwyższy szczyt Sumbawy, wybrałam się wraz ze indonezyjskimi znajomymi w lipcu. Na motorach/skuterach. Już od pierwszych chwil widać było, że 20 – osobowa grupa (czyli 10 motorów x 2 osoby) to nie jest najlepszy sposób na pokonanie tej trasy. Nieustannie ktoś się spóźniał, więc trzeba było czekać; potrzebował postoju, więc trzeba było się zatrzymać; miał ochotę na kawę, więc trzeba było jej poszukać. Zgubił klucz do motoru, był akurat godny, potrzebował skorzystać z toalety, zapomniał kupić wody; kupił wodę, ale przypomniało mu się, że jeszcze przydałyby się ciasteczka, a do ciasteczek kawa. I tak w kółko. Tym samym nie dość, że utwierdziłam się w przekonaniu, że nie nadaję się do podróżowania w grupie, ale też dodatkowo wraz z kilkoma innymi osobami zdecydowałam się nie czekać na maruderów, tylko jechać dalej. I dobrze, bo po pierwsze nocleg na stacji benzynowej, jaki zafundowała sobie pozostała część grupy nie był tym, na co miałam największą ochotę po spędzeniu poprzedniej nocy na krześle w porcie na Lomboku, a po drugie dojechaliśmy o wiele dalej i po spędzeniu nocy w miarę przyzwoitym homestayu dotarliśmy już około południa do wioski Pancasila usytuowanej u stóp Tambory.‌

Trekking na Tamborę nie jest niczym nadzwyczajnym i nie wymaga ani szczególnych umiejętności ani większego przygotowania.

Co jakiś czas mijaliśmy powalone drzewa.

Albo więcej powalonych drzew.

Większość trasy to dobrze utrzymana i oznaczona ścieżka przez las deszczowy.

Tambora to jeden z najpiękniejszych wulkanów w Indonezji. Położona na niezbyt popularnej i rzadko odwiedzanej wyspie mierzyła sobie kiedyś aż 4300 metrów będąc tym samym jednym w najwyższych szczytów w kraju. Swoją sławę wulkan zawdzięcza przede wszystkim tragedii, jaka wydarzyła się w 1815 roku. Erupcja Tambory, jedna z najsilniejszych w historii wulkanologii (silniejsza niż erupcja Krakatau), spowodowała wówczas śmierć ponad 70 tysięcy ludzi (ocenia się, że ok. 11-12 tys. zmarło z powodu wybuchu, a pozostałe kilkadziesiąt tysięcy zabił głód, bo erupcja zniszczyła wszystkie plantacje na wyspie). Choć może brzmieć to wręcz nieprawdopodobnie, wybuch wulkanu słyszany był przez mieszkańców tak odległych od niego wysp jak Jawa czy Sumatra, a z pyłem wulkanicznym musieli sobie radzić mieszkańcy Kalimantanu czy Moluków. W wyniku wybuchu Tambora straciła ponad 1500 metrów ze swojej wysokości, ale sam wybuch zapisał się na kartach historii świata również jako przyczyna ochłodzenia klimatu na ziemi w 1816 roku – okresu znanego jako “rok bez lata”, w wyniku którego wiele krajów półkuli północnej zmagało się z poważnymi epidemiami głodu. Dziś nadal aktywna Tambora mierzy sobie “zaledwie” 2771 metrów n.p.m., a wielki krater o średnicy aż 6 km – kolejna bezpośrednia przyczyna wybuchu – jest głęboki na ponad 1000 metrów.‌

Odpoczynek wraz z nowo poznanymi znajomymi z Sumbawy w Pos 4.

Źródło wody przy Pos 5.

Ostatni fragment lasu.

Tego typu łąki porastające wzgórza i zbocza gór Indonezyjczycy nazywają sawannami.

Lokalna wersja szarotki alpejskiej?

Sam trekking nie jest niczym nadzwyczajnym i nie wymaga ani szczególnych umiejętności ani większego przygotowania. Pierwszy etap to wspomniana już wyboisto – kamienista droga, którą tylko cudem pokonaliśmy na motorach. Można było tej przygody uniknąć nie narażając się na niepotrzebny stres i wynająć we wiosce ojek (motor, w tym przypadku terenowy, wraz z kierowcą) lub po prostu pokonać trasę na piechotę, ale pierwszy fragment tej trasy wyglądał tak zachęcająco, że nie zastanawiając się długo, wzięliśmy ze sobą motory. Kolejny etap do dobrze utrzymana i oznaczona droga prowadząca przez piękny las deszczowy aż do Pos 5, czyli ostatniego miejsca schronienia przed wejściem na szczyt. Potem zaczyna się wielki płaskowyż prowadzący łagodną ścieżką w górę.‌

Gdzieś pomiędzy pos 5 a szczytem.

Droga pnie się łagodnie w górę.

Kontury niewidocznej kaldery.

Na szczycie Tambory.

Kiedy chmury na chwilę odsłoniły fragment kaldery.

Trekking rozpoczęliśmy w godzinach popołudniowych, więc pierwszego dnia dotarliśmy jedynie do Pos 3 ( base camp —> Pos 1 80 minut; Pos 1 —> Pos 2 80 minut; Pos 2 —> Pos 3 90 minut). To właśnie tam w późnych godzinach nocnych dołączyła do nas pozostała część grupy – zmarnowana i zmęczona niejednokrotnie do granic możliwości po wielogodzinnym błądzeniu w lesie (samozwańcza przewodniczka za szlak wzięła drogę dla motorów crossowych), którą ponownie zostawiliśmy wyruszając o poranku na szczyt. Po 3,5 godzinach przyjemnego marszu stanęliśmy na szczycie Gunung Tambory oprócz satysfakcji czując przede wszystkim potężny niedosyt – nad górą zbierały się już potężne deszczowe chmury, otulając ją coraz mocniej z każdą upływającą minutą. Mam więc tylko zdjęcia w gęstej jak mleko mgle, a krater, ten piękny krater, no cóż – obiecałam sobie zobaczyć następnym razem.‌

Uwierzcie mi na słowo. Tam na dole jest imponująca kaldera.

A mogło być tak pięknie.

Na chwilę przed wielogodzinnym ulewnym deszczem.

Zeszliśmy mniej więcej dwie godziny drogi w dół, kiedy zaczęło padać. Kolejne godziny to potężna ulewa w lesie deszczowym, błotnisty szlak i szukające towarzystwa pijawki. Nic przyjemnego. Z większą niż zwykle ulgą odetchnęłam więc, kiedy zobaczyłam wreszcie base camp – obietnicę odpoczynku od permanentnej wilgotności. Na Tamborę muszę kiedyś wrócić.‌

z drogi do Dompu.