Fuji-san (3776 m n.p.m.) – spełnienie marzeń

Wulkan nieśmiało wyłaniał się zza chmur już w Kawaguchiko, a potem od czasu do czasu ukazywał się pomiędzy drzewami na tzw. Subaru Line, czyli ciągnącej się przez 30 km drodze do 5th Station – miejsca, z którego w sezonie przybysze z całego świata rozpoczynają na górę Fuji, a cała reszta odwiedzających podziwia rozpościerające się widoki i zakupuje stosowne pamiątki w którymś z kilkunastu sklepów.

Ja wybrałam się tam, aby wejść na mój wymarzony , najwyższy szczyt Japonii (3776 m n.p.m.) i jednocześnie jedną z trzech najświętszych gór w tym kraju. Wysiadłam z autobusu na Stacji Piątej i już po chwili niemal przedziurawiłam plecak w intensywnym poszukiwaniu ciepłej kurtki. Dął nieprawdopodobnie zimny i porywisty wiatr. Taki, że niemal natychmiastowo kostniała twarz. Fuji-san wyłaniał się zza nieprzyjemnie ciemnych chmur, a ja ze smutkiem po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że ten trekking może nie dojść do skutku. Nie powinno to dziwić biorąc pod uwagę, że na górę planowałam wejść poza oficjalnym sezonem. Wtedy, kiedy wszystkie szlaki prowadzące na szczyt są po prostu zamknięte. Kiedy ze względów pogodowych odradza się samodzielne wejścia. Kiedy część trasy pokryta jest oblodzonym śniegiem. Kiedy zamknięte są wszystkie “mountain huts”, czyli lokalne schroniska, w których można odpocząć, przenocować albo tylko spożyć posiłek. Kiedy, krótko mówiąc: wchodzić nie wolno. Przynajmniej oficjalnie, bo nieoficjalnie nie od dziś wiadomo, że każdego dnia (nawet podczas nieporównywalnie groźniejszej zimy) szczyt próbują pokonać kolejni śmiałkowie. I wielu z nich to się udaje. Stąd mój mały plan. Sprawdziłam trasę i uznałam, że skoro dość regularnie bywam na o wiele trudniejszych szczytach Indonezji, a do tego przygotuję się na potencjalnie zimowe warunki panujące w okolicach szczytu i zrezygnuję z wejścia nocą, to pokonaniem szczytu nie powinnam mieć żadnych problemów. Dla pewności z kilku tras prowadzących na szczyt wybrałam Yoshida Trail – trasę najłatwiejszą, tę samą, którą w sezonie trwającym od lipca do początku września, pokonują setki tysięcy ludzi. A potem wyruszyłam w drogę.

Pierwszy etap Yoshida Trail.


Nie bez powodu ten właśnie szlak jest wybierany latem przez takie tłumy. To droga prosta, szeroka, trochę piaszczysta, niezbyt stroma.


Fahmee, Indonezyjczyk, którego spotkałam w Sato-goya.


Od Piątej Stacji szczyt dzieli zaledwie 7,5 km i 1500 metrów w górę i zwykle pokonuje się go w ciągu 5 do 7 godzin.


Na szlaku.

Uprzednio dopytawszy się, w którym kierunku należy kierować się chcąc trafić do Sato-goya – jedynego otwartego w tym czasie schroniska, ruszyłam w stronę mglistej drogi. Pierwsze, co zobaczyłam, to wielkie tablice informujące po angielsku i japońsku, że począwszy od 10 września ubiegłego roku szlak Yoshida jest zamknięty i że należy trzymać się od niego z daleka z uwagi na lawiny i spadający gruz. Tablicom towarzyszyła zapora w postaci metalowego ogrodzenia i łańcuchów. Zwątpiłam. Poważnie zastanowiłam się nad sensem całego przedsięwzięcia. Bo jednak czymś innym jest czytać o zakazach w internecie, a czymś innym zobaczyć je na własne oczy i to w takiej okazałości. Nie wiem, jak długo zastanawiałam się, czy po prostu nie zawrócić i nie wsiąść do autobusu zmierzającego do Tokio, ale z pewnością musiało to trwać jakiś czas. A potem podjęłam decyzję – przekroczyłam czerwone barierki odgradzające mnie od spełnienia jednego z moich marzeń.

Maszerowałam dziarsko niemalże płaską drogą przez ponad 20 minut, ale Sato-goyi nadal nie było widać. Właściwie nic nie było widać. Żadnych innych zabudowań, żadnych śladów ludzkiej obecności. Tylko ja. Zupełnie sama na pustej drodze. Być może dlatego tak bardzo ucieszyłam się, kiedy w końcu zobaczyłam Pana w Dużej Żółtej Koparce, który na mój widok zatrzymał pojazd i delikatnie się ukłonił. Zapytałam na migi, czy idę w dobrym kierunku, a kiedy to potwierdził, już z pełnym spokojem ruszyłam dalej. Okazało się, że od tej “górskiej chaty” dzieliło mnie może 5 minut. Sato-goya, choć prosta, już z daleka wyglądała zachęcająco. To tam spotkałam niezwykle sympatycznych właścicieli, którzy właśnie przygotowywali kolację; nieśmiałego i cichego starszego Japończyka i rozgadanego chłopaka, który okazał się być… z Indonezji. Nic więc dziwnego, że niemal natychmiastowo ustaliliśmy, że w takim razie na górę wchodzimy razem. Mój plan zakładał wyruszenie o 5 rano, jego o godzinie 7, zatem drogą kompromisu ustaliliśmy wyjście o 6 rano. A potem tylko zjedliśmy kolację przegadując kolejną godzinę; wybraliśmy miejsca do spania we wspólnej sali; przepakowaliśmy rzeczy tak, aby na górę nie wnosić niczego niepotrzebnego i… poszliśmy spać.

Pogoda była piękna, choć nadal wiał ten zimny i porywisty wiatr.


Początkowe etapy szlaku Yoshida.


Droga w górę.


Całą drogę podziwiałam widoki.


Dopiero od Stacji Siódmej szlak robi się coraz bardziej kamienisty i stromy.


Widoki na szlaku pomiędzy Stacją Siódmą i Ósmą.

Ranek był chyba jeszcze bardziej rześki niż wieczór. Nadal wiał ten nieprzyjemny mroźny wiatr. Naszego japońskiego towarzysza już nie było, musiał na górę wyruszyć wcześniej. Ruszamy i my.

Nie bez powodu ten właśnie szlak jest wybierany latem przez takie tłumy. To droga prosta, szeroka, trochę piaszczysta, niezbyt stroma. O wiele łatwiejsza, niż mogłam się spodziewać. Od Piątej Stacji szczyt dzieli zaledwie 7,5 km i 1500 metrów w górę i zwykle pokonuje się go w ciągu 5 do 7 godzin. Dopiero w okolicach Stacji Siódmej szlak zaczyna się piąć w górę bardziej stromo, a piasek zastępują skały. To tam, obok pierwszej z “górskich hat” (bo schronisko jest oczywiście zamknięte), odpoczywamy, przygotowujemy sobie prosty lunch, pijemy ciepłą herbatę, aby nabrać sił przed dalszą drogą. Do tej pory spotkaliśmy może trzech “trail runnerów”, poza tym szlak jest jak wymarły. Odcinek skalisty też nie stanowi żadnego wyzwania, wchodzimy zatem równomiernym tempem. Okolica wygląda coraz bardziej interesująco – w górze pokryty śniegową czapą szczyt, a z boku jego równie białe zbocza. Tylko ten wiatr. Jest coraz bardziej zimny i porywisty. Raz zwiałby mnie ze skały, gdybym w ostatniej chwili nie przytrzymała się kijkiem. Spotykamy kilka osób schodzących w dół. Najpierw dwóch biegaczy, a potem młodego Szwajcara i cichego Japończyka spotkanego poprzedniego wieczora w Sato-goyi. I każdy mówi mniej więcej to samo. Nie da się. Jest zbyt ślisko. Wiatr jest nieprawdopodobnie silny, a szlak coraz mniej osłonięty. Jest niebezpiecznie. Lepiej zawrócić. Wahamy się przez chwilę marznąc na wietrze, ale potem zakładamy kolejne warstwy ubrań i jednak ruszamy w górę. Postanawiamy dojść do Goraiko-kan, ostatniego schroniska, położonego na wysokości 3450 metrów i wtedy zdecydować.

Przy Goraiko-kan, ostatnim schronisku na szlaku.


Wtedy, kiedy wydaje mi się, że właśnie zdobyłam szczyt.


Kiedy w końcu docieramy do drewnianej bramy torii strzeżonej przez dwa kamienne lwy shishi, moja radość nie zna granic.


Na szlaku.


Pięknie oszroniony szczyt .


Wlokę się za Fahmee’m.

To tam zakładamy ostatnie ciepłe kurtki, jakie zostały nam w plecakach. Wypijamy herbatę. Patrzymy w niebo próbując ocenić potencjalne zmiany pogodowe. Ale niebo jest niebieskie i mamy wrażenie, że sam wiatr jakby nieco zelżał. Mielibyśmy takie szczęście? Postanawiamy skorzystać z okazji i spróbować dotrzeć na szczyt. Od tego momentu natykamy się na coraz większe ilości oblodzonego śniegu. Zaczynam żałować, że jednak nie założyłam raków. Choć i one czasem na wiele by się nie zdały – czasem w śniegu zapadam się po uda. Czasem pokrywa jest tak głęboka, że chowają się pod nią łańcuchy oznaczające szlak. I jest ślisko, schodzący mieli rację. Wchodzimy wolno po wydeptanych wcześniej przez kogoś śladach co jakiś czas potykając się i ślizgając. Na szczęście zupełnie nie czuję wysokości – prawdopodobnie to zasługa wejścia na Gunung Rinjani w ubiegłym miesiącu. Mam wrażenie, że ten odcinek ciągnie się w nieskończoność, więc kiedy w końcu docieramy do drewnianej bramy torii strzeżonej przez dwa kamienne lwy shishi, moja radość nie zna granic. Ale nie trwa długo – Fahmee, znajomy Indonezyjczyk, natychmiast mnie informuje, że to nie koniec naszej wędrówki. Że od szczytu dzieli nas jeszcze sto metrów w górę. Niby to niewiele, ale sam fakt, że to jeszcze nie koniec, działa na mnie tak przygnębiająco, że wlokę się po prostu górę co chwilę przystając i podziwiając pięknie oszronione budynki na górze. Aż w końcu docieramy do Kengamine, najwyższego punktu góry Fuji. 3776 metrów zdobyte. Wraz z nami dociera jeszcze jeden Japończyk, poza tym pusto. Jest czas na pamiątkowe zdjęcia, ale temperatura i wiatr nie sprzyjają dłuższemu pozostaniu na szczycie. Schodzimy tę samą drogą, którą weszliśmy.

Droga do najwyższego punktu Fuji-san.


Coraz więcej śniegu.


W drodze na szczyt.


I wreszcie na szczycie.


Na szczycie góry Fuji.


Bardzo chciałam mieć zdjęcie przy tym fenomenalnie oszronionym ogrodzeniu.

Teraz już zakładam raki, bo zdaję sobie sprawę, że zejście może być trudniejsze od wejścia. Niespodziewanie spotykamy jeszcze Japończyków, którzy zostają na szczycie na noc – choć (znowu oficjalnie) rozbijanie namiotów na szlaku jest zakazane, oni rozbili swój w relatywnie cichym zakątku góry. Od pierwszego momentu mamy wrażenie, że znamy się od dawna. Nie wiem, czy to magia Fuji-san? Zapraszają nas do środka na sake, najchętniej przenocowaliby nas u siebie, a my żałujemy, że musimy schodzić. Nie ma czasu na dłuższe rozmowy, a picie sake przed długą drogą w dół mogłoby się skończyć różnie. I mamy dobrze przeczucia. Nie jest łatwo. Mimo raków kilkukrotnie się wywracam, raz gubię telefon (na szczęście znajduję w śniegu jakieś kilkanaście metrów wyżej), co chwilę zapadam w śniegu, aż na koniec niepostrzeżenie odpina mi się jeden z raków. Jego już nie znajduję. Potem jest coraz łatwiej. Idziemy coraz szybciej. Jest zasięg, więc w międzyczasie wysyłam sms do Sato-goyi, że zostaniemy na jeszcze jedną noc i docieramy tam, kiedy już powoli zaczyna zapadać zmrok. 

Jestem nieprawdopodobnie szczęśliwa. I zdaję sobie sprawę, że nigdy nie udałoby mi się wejść na szczyt samotnie, bo opowieści usłyszane od schodzących, z całą pewnością sprawiłyby, że weszłabym co najwyżej do wspomnianego wyżej Goraiko-kan. Fahmee był prawdziwym zrządzeniem losu, zaskakującym tym bardziej, tym bardziej, że to oficjalny indonezyjski przewodnik i ratownik górski. Gdyby nie on, nie stanęłabym na szczycie Fuji-san. Przynajmniej nie tym razem. Dziękuję!

Gdzieś na szczycie Mount Fuji.


Droga w dół.


Krater Fuji-san.


Cudownie zimowe widoki.


Oszroniony Fuji-san.


Z Michiko. Miałyśmy wrażenie, że znamy się od dawna.


Chyba tęskniłam za zimą.


Na szczycie i na szlaku.


Kolory Fuji-san.


Najwyższy punkt Fuji-san (3776 m n.p.m.)