[dziennik podróżny]: Trekking w rejonie Everestu

Zaczęło się dość niewinnie – przy okazji planowania kolejnego wyjazdu do Nepalu natknęłam się na stare notatki. Choć dziś brzmią nieco naiwnie, ciekawie było do nich zajrzeć i przypomnieć sobie ten sprzed lat, to zmęczenie, to zimno. Brakowało wtedy czasu na dłuższą trasę, więc wybór padł tygodniowy na rejon Everestu. Był marzec 2009 roku.

Dzień 1 Kathmandu (1,400 m) – Lukla (2,860 m) – Phakding (2,610 m) – Jorsale (2,740 m)

Na lotnisku w Kathmandu totalny chaos. Ważenie bagażu na wielkiej wadze z okrągłą tarczą, rewizje i dokładne sprawdzanie bagażu. Potem autobus, który zabiera nas do samolotu przy okazji ciągnąc wózek z naszymi bagażami. Wysiadamy i czekamy – samolot nie może odlecieć, bo na lotnisku w Lukli nie ma miejsca. Musimy poczekać, aż coś stamtąd odleci. (…)

Lecimy Dornierem 228-202 K – pojedyncze rzędy siedzeń, więc każdy ma miejsce przy oknie. Skrzydła przytwierdzone do górnej części kadłuba, więc nie zasłaniają widoku. Startujemy i już niebawem po lewej stronie pojawiają się ośnieżone szczyty.

Lotnisko w Lukla malutkie (…), a przy wyjściu kłębi się tłum tragarzy czekających na pracę. (…) Po śniadaniu idziemy. Imponujące widoki, sporo mostów, które o dziwo przekraczam bez większej paniki. (…)

Całą trasę planowaną na ten dzień pokonujemy w 3,5 h, więc zapada decyzja, że po lunchu w Phakding idziemy dalej. Tym razem bardziej pod górę, mamy do przejścia 2,5 h. (…) Po 2,5 h docieramy do hotelu o nazwie Nirvana. Dalej nie można iść, bo kolejne teahouse’y dopiero w Namche. Hotelik prawie pusty, łazienka na korytarzu, ciepły prysznic, pokój 2-osobowy i do tego bardzo czysto. Mamy sporo szczęścia, bo już po chwili zaczyna padać.








Dzień 2 Jorsale (2,740 m) – Namche Bazaar (3,440 m)

To była długa noc, śpimy chyba prawie 10 godzin. Rano cholernie zimno. (…)

Wyruszamy o 8.00. To krótki marsz, ale prawie cały czas pod górę. Powyżej 3 tys. m n.p.m. męczymy się o wiele bardziej. Najgorsze są podejścia przy mostach. Przewodnik mówi, że ten odcinek jest najtrudniejszy na całym szlaku do Everest Base Camp, ale nie wiem, ile w tym prawdy.

Ok. 11.00 docieramy do Namche. Kierujemy się do zupełnie pustego o tej porze Everest Hotel. Na lunch pierożki momo (pycha!) i herbatka imbirowa. (…) Idziemy na spacer po Namche, a kiedy wracamy ok. 16.00 w jadalni jest pełno ludzi. Podobno ten hotel jest zawsze pełny. (…)

Rozchorowuję się już podczas kolacji – boli mnie głowa, brzuch, nie jestem w stanie prawie niczego przełknąć. Piję tylko herbatę w pokoju i zjadam pokrojone jabłko i pomarańcze przygotowane przez przewodnika. Potem jestem w stanie tylko spać. To kolejna długa noc, ale z przerwami. Nad naszym pokojem jest sala TV, w której śpią przewodnicy, więc hałas, rozmowy, szuranie krzeseł – wszystko słychać aż zbyt dobrze.



Dzień 3 Aklimatyzacja w Namche Bazaar

Rano znów zimno. Wstajemy już o 6.30. Na śniadanie wystarcza muesli i kawa (…). Wyruszamy o 8.00 i od razu ostro pod górę. Jesteśmy całkowicie bez sił. Pokonujemy kilka stopni pod górę i serce od razu wali jak szalone. Wtedy robimy krótki postój, żeby dojść do siebie. Przewodnik mówi, że nie mam się tym przejmować, że następnego dnia wszystko minie i będę biegać po górach jak prawdziwa górska kozica. Biorę to za dobry żart. W ten sposób doczłapujemy się na wysokość 4 tys. metrów. Trasa: Shyangboche, Khumjung (po drodze szkoła ufundowana przez Hilarego), potem powrót do Namche obok Everest View Hotel. Everestu nie widzimy, bo zasłaniają go chmury, może zobaczymy go jutro, jeśli wyruszymy odpowiednio wcześnie. A w międzyczasie wracają nam siły. (…)

Po powrocie zamawiamy ciepły prysznic, bo kolejne dni będą już bez mycia w ciepłej wodzie. Potem chcemy jeszcze zrobić zakupy na mieście, ale zaczyna się ulewa, więc siadamy tylko w ciepłej jadalni. Tam pełno ludzi: czytają książki, rozmawiają, ktoś szydełkuje – robi z różowej włóczki coś, co wygląda na beret. (…) Długie popołudnia i wieczory, kiedy nie można się ruszyć z hotelu ciągną się w nieskończoność. (…) W nocy zimno na maxa, na szczęście mamy gruby koc.







Dzień 4 Namche Bazaar (3,440 m) – Tengboche (3,860 m) – Pangboche (3,985 m)

(…) Wyruszamy ok. 7.00 rano. Na początku mamy super tempo, a do tego zero zmęczenia, nawet idąc pod górę. Tak jest przez pierwsze 3-3,5 godziny. (…) Mniej więcej po 3 godzinach marszu zaczyna się chmurzyć, a potem spada śnieg. Momentalnie robi się biało. Zatrzymujemy się na lunch w Tengboche. (…) Jest tam klasztor buddyjski i młodzi mnisi jeżdżą po śniegu na czymś w rodzaju nart. Niektórzy maja nawet zaimprowizowane kijki. Narty to kawałki metalu albo drewna, zagiętymi z przodu na kształt litery L.

Początkowo chcemy zaczekać aż przestanie padać, ale nic na to nie wskazuje, więc jednak ruszamy. Jest ślisko i zimno. W końcu docieramy do Pangboche. (…) Z powodu chmur znów nie widzieliśmy Everestu. Może się uda w drodze powrotnej.

Dziś nie bierzemy prysznica, bo najprawdopodobniej skończyłoby się to zapaleniem płuc.

Śnieg jest zaskoczeniem dla wszystkich. Nasz przewodnik przed wyjazdem kupił sobie nowe trampki i celowo nie wziął butów trekingowych. Tragarz opowiada, że miał niekontrolowany poślizg i pojechał trochę na naszym plecaku. (…)






Dzień 5 Pangboche (3,985 m) – Dingboche (4,410 m)

Rano straszny mróz, mamy zamarznięte szyby w pokoju od wewnątrz. Zamarza także woda w pojemniku na dachu, więc nie ma toalety.

Wyruszamy spacerem, bo drogi niewiele, a widoczność bardzo dobra. Przez moment widzimy Everest, ale jest prawie całkowicie przysłonięty przez inne góry – może dlatego wygląda bardzo niepozornie. Czuć wysokość. W słońcu nawet przyjemnie, ale poza tym lodowaty i suchy wiatr.
Ładna pogoda utrzymuje się do samego Dingboche. W hoteliku kilkanaście osób. (…)

Po jedzeniu i wypiciu 2 termosów ciepłej herbaty idziemy na spacer po okolicy. Nie trwa długo, bo znów nachodzą chmury i robi się się zimno, więc nie pozostaje nam nic innego niż powrót do hotelu. (…) Siedzimy w jadalni, w piecu nikt nie pali, bolą nas głowy. Wieczorem pewnie nie będzie prądu, bo w tej miejscowości nie ma elektryczności, hotel ma tylko baterie słoneczne. (…) Kiedy zaczyna się ściemniać, jak zwykle wszyscy zbierają się w jadalni, to tam cieplej i jest światło. A kiedy rozpalają piec, robi się całkiem miło. Na piecu stoi wielki czajnik z wodą żeby trzymał ciepło po wygaszeniu pieca. Piec blaszany, więc stygnie szybko.









Dzień 5 Dingboche (4,410 m) – Namche Bazaar (3,440 m)

Rano znów zimno, ale tym razem szyby nie zamarzają, czyli postęp. (…) Mamy w planach zejście do Namche Bazaar, czyli czeka nas ok 7 – 8 godziny marszu.



Dzień 6 Namche Bazaar (3,440 m) – Lukla (2,860 m)

Podczas tego ciągłego schodzenia w dół zaczynam mieć problemy ze stawami. To błąd, że nie wzięłam ze sobą kijków trekkingowych. W Phakding wchodzimy na do pierwszej sensownej knajpy na lunch. Potem kolejne godziny marszu. Ostatnia godzina to dodatkowo pełne zachmurzenie i początki deszczu. W bramie wejściowej do Lukli wygląda już nas nasz tragarz. Był na miejscu o 13, czyli 2,5 h przed nami. Gdy tylko dochodzimy do hotelu, zaczyna lać. Pada cały czas tak, że nie ma mowy o wyjściu na zewnątrz.

Przewodnik mówi, że następnego dnia ok. 6 rano idziemy na lotnisko i czekamy na samolot. Jeśli nie uda się wylecieć do godz.13., wracamy do hotelu i czekamy następny dzień. Wtedy kończy się budżet trekingu i płacimy sami. Oczywiście kiedy przed trekingiem pytaliśmy o opóźnienia samolotów w Lukli, przekonywali nas, że to się zdarza sporadycznie i są max 2-godzinne. (…)


Dzień 7 Lukla (2,860 m) – Kathmandu (1,400 m)

Siódmy dzień trekkingu, a trzynasty całego wyjazdu, nie jest jednak pechowy.(…) Po ok. 30 minutach w lotniskowej poczekalni duże poruszenie – słychać lecący samolot. Za chwilę ląduje, za nim kolejny i kolejny. Samoloty bardzo szybko wypluwają z siebie ludzi, bagaże wyrzucane są na płytę lotniska, wsiadają kolejni pasażerowie i samolot odlatuje. Wszystko szybko i sprawnie. Samolotów jest sporo, ale cały czas Buddha albo Yeti Airlines, naszej Sity nie było widać. Przylatuje jako ostatni, ale i tak cieszyliśmy się, ze w ogóle jest.

Start niesamowity: krótki pas startowy, bardzo z górki i zaraz potem urwisko. Samolot musi się rozpędzić i lecieć, bo pasa po chwili już nie ma. Nie bez powodu Lukla należy do najbardziej niebezpiecznych lotnisk na świecie. W samolocie strasznie trzęsie. Znów rozdają niedobre cukierki i waciki do uszu.

Bez większych problemów docieramy do Kathmandu.