„Indonezja. Po drugiej stronie raju” Anny Jaklewicz – wywiad z autorką

Palmy kokosowe pochylające się nad zalanymi słońcem piaszczystymi plażami, wokół intensywnie turkusowa woda i kolorowe łódki uśmiechniętych rybaków.  – tropikalny raj, idealna sceneria egzotycznych wakacji na końcu świata. Ale czy ten raj pozostanie bez skazy, jeśli poznamy go lepiej?  w swojej nowej książce pt. Indonezja. Po drugiej stronie raju zabiera nas w głąb świata położonego z dala od turystycznych kurortów, odkrywa jego mniej znane oblicze – zaskakujące, czasem nawet mroczne. Pokazuje obraz Indonezji bez retuszu. Opowiada o swej podróży, podczas której brała udział w szamańskich rytuałach, ceremoniach pogrzebowych, mieszkała z morskimi cyganami w domach na palach i z ludźmi lasu w głębi dżungli. Próbowała zrozumieć i opisać ich świat, unikając jednoznacznych ocen. To zdecydowanie jedna z najlepszych książek o Indonezji, jaką miałam okazję przeczytać.

Dziś mam przyjemność zaprosić Was do przeczytania wywiadu z Anią Jaklewicz.

 Aniu, co sprawiło, ze zdecydowałaś się napisać książkę o Indonezji?

Przed pierwszą podróżą do Indonezji szukałam książek dotyczących tego kraju. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że jest ich naprawdę niewiele. Trafiałam na przewodniki albo pozycje o Bali. Pomyślałam, że warto uzupełnić tę lukę. Podczas drugiej podróży zrozumiałam, jak bardzo Indonezja różni się od jej wizerunku serwowanego przez przemysł turystyczny. Wiedziałam już, że chcę pokazać, jak wiele ten kraj oferuje oprócz plaż pod palemką. I z jakimi problemami borykają się jego mieszkańcy.

Co sprawiło Ci najwięcej trudności podczas powstawania książki?

Kłopotliwa była logistyka, a szczególnie konieczność przedłużania wizy co trzydzieści dni. Kiedy siedzisz gdzieś w dżungli, albo na wyspie, na którą promy przypływają raz na trzy tygodnie, wydostanie się z niej do stosownego urzędu imigracyjnego to naprawdę duży kłopot.

Jak czułaś się w Indonezji jako bule*?

Jak celebryta (śmiech). Indonezyjczycy darzą białych obcokrajowców ogromną sympatią, chętnie goszczą w domach i chwalą się nami przed znajomymi i rodziną. Czasem jednak żałowałam, że skupiam na sobie tak dużo uwagi. Przez fizyczną odmienność nie mogłam być niezauważalna, wtopić się w tłum i nie zwracać na siebie uwagi.

Nie od dzisiaj wiadomo, że Indonezyjczycy do wielu spraw podchodzą zupełnie inaczej niż my. Jak opisałabyś indonezyjski temperament?

Indonezyjczycy, a zwłaszcza Jawajczycy, są od nas zdecydowanie bardziej powściągliwi w okazywaniu emocji. Nie pozwalają sobie na spontaniczne wybuchy radości, rozpaczy, a zwłaszcza na gniew. Różni nas też podejście do czasu. My, Europejczycy, boimy się jego upływu, staramy maksymalnie wykorzystać każdą minutę. W Indonezji czas płynie powolnie, nikt się nie spieszy, a godzinne spóźnienia należą do normy.

Jak wyglądała na co dzień Twoja praca nad książką?

Z podróży po wielu rejonach Azji łatwo wrócić z przekonaniem, że jej mieszkańcy są zawsze uśmiechnięci, że mając niewiele potrafią być szczęśliwi. Podczas podróży po Indonezji i pracy nad książką starałam się nie wpaść w tę pułapkę pierwszego wrażenia. Nic nie jest takie, jakie wydaje się na początku. Żeby być bliżej prawdy, potrzebowałam czasu. Z każdą z opisanych społeczności żyłam kilka tygodni lub kilka miesięcy. Uczestniczyłam w wyprawach na ryby, w polowaniach, w szamańskich rytuałach, ślubach i pogrzebach. Starałam się dzielić ich codzienność i poznać problemy skrywane za uśmiechem.

Czy zamiast eksplorować nieczęsto odwiedzane miejsca w Indonezji nie wolałabyś w tym czasie po prostu poleżeć pod palmą na którejś z rajskich plaż?

Leżenie na plaży niezmiernie mnie nudzi. Sensem moich podróży byli zawsze ludzie. W tym przypadku było więc podobnie. Rajskich plaż też nie zabrakło, choćby na odwiedzonym przeze mnie archipelagu Wakatobi, na Togeanach czy na Wyspach Banda. Dla mnie jednak bajeczne scenerie były tylko tłem ludzkich historii.

Gdybyś w kilku zdaniach miała opisać Indonezję po swojej wielomiesięcznej podróży?

Po tej podróży bardzo trudno mi mówić o Indonezji jako o jedności. To przecież kraj ponad siedemnastu tysięcy wysp zamieszkałych przez trzysta narodowości. Każda z nich ma swój język, unikatowe tradycje, system wierzeń. Indonezja jako kraj jest więc niezwykle różnorodna, mistyczna, skupiona na pielęgnowaniu tradycji bardziej niż na nowoczesności.

Skąd brałaś pomysły na tematy do książki?

Podróż, podczas której powstawała książka, była moją drugą wizytą w Indonezji. Na kilka tematów trafiłam podczas pierwszego, półrocznego pobytu. Wtedy, mieszkając na Jawie, interesowałam się życiem waria czyli osób transpłciowych. Poszukiwanie kontekstów kulturowych doprowadziło mnie do Bugijczyków z Sulawesi, którzy wierzą w istnienie pięciu płci. Na niektóre zagadnienia trafiałam przypadkiem. Mężczyzna, od którego na Jawie wypożyczałam skuter, pochodził Tana Toradża. Kiedy opowiedział mi o toradżańskich ceremoniach pogrzebowych wiedziałam, że muszę odwiedzić Sulawesi. Na tzw. Wyspy Korzenne natomiast zaprowadziło mnie zainteresowanie historią Indonezji, przypraw i obecności białych w tym rejonie Azji.

Kim w istocie są indonezyjscy bissu, czyli tak zwana piąta płeć?

Bissu to osoby, które posiadają cechy kobiece i męskie – pół na pół. Dzięki temu mają większą zdolność porozumiewania się z bogiem, którego płeć jest ludziom nieznana. W swojej społeczności pełnią więc funkcję kapłanów czy też szamanów. Co ciekawe funkcjonują w świecie Islamu, w którym pomimo wiary w Allaha – jedynego boga, uznawani są za świętych. Bissu
zanoszą prośby do boga, doradzają w trudnych kwestiach, uzdrawiają, a nawet pomagają swatać. A na co dzień pracują jako makijażyści lub zajmują się oprawą wesel.

Jak wyglądał Twój przeciętny dzień życia w wiosce morskich cyganów?

Życie w wiosce zbudowanej na morzu zdeterminowane jest przez cykl pływów. Podczas odpływu, kiedy woda znika spod domów, niewiele się dzieje. Kiedy woda powraca, wszyscy ruszają się w morze. Razem z mężczyznami szukałam więc ośmiornic, łapałam na haczyk kałamarnice i przyglądałam się jak nurkując w wodzie polują na ryby z kuszą. A potem z kobietami pływałam na targ by sprzedać owoce morze złapane przez ich mężów.

Niestety widziałam też na własne oczy kłusowników stosujących nielegalne metody połowu ryb. Byłam świadkiem podwodnych eksplozji, widziałam podwodne kratery po wybuchach i wysłuchałam wielu opowieści o tragicznych losach rybaków, którzy produkowali bomby. Rybacy tłumaczyli mi także jak łowić ryby na trujący cyjanek potasu. Kłusownictwo to w Indonezji ogromny problem, z którym od lat próbują poradzić sobie władze kraju.

Czy to prawda, ze dzieci morskich cyganów najpierw uczyły się pływać, a dopiero potem chodzić?

Tak było w czasach, kiedy tzw. morscy cyganie żyli na łodziach i woda była ich naturalnym środowiskiem. W ten sposób żyją obecnie tylko nieliczni Bajo. Większość buduje domy u wybrzeży wysp, albo w ich pobliżu.

Jak najłatwiej i najbezpieczniej dotrzeć do Banda Neiry?

Zdecydowanie promem z wyspy Ambon. Przed taką podróżą należy koniecznie sprawdzić rozkład rejsów, ponieważ promy na tej trasie pływają raz na dwa tygodnie. Podczas podróży po Indonezji w ogóle warto choć raz wsiąść na pokład pełni, najlepiej z biletem tzw. klasy ekonomicznej czyli najtańszym. Może być ciasno, duszno i tłoczno, ale to doskonała okazja na prawdziwą integrację! Ja właśnie podczas rejsów nauczyłam się języka indonezyjskiego.

Zaskoczyło mnie zastosowanie worka na ryż. Opowiesz, do czego może przydać się w podróży?

To moim zdaniem tzw. „must have” w podróży promem. Worek może służyć jako karimata, koc, może chronić cię przed deszczem i wiatrem, możesz go rozłożyć na podłodze i w ten sposób zarezerwować miejsce. To bardzo ważne zwłaszcza, gdy podróżuje się przeładowaną klasą ekonomiczną.

Dlaczego warto wybrać się na Wyspy Banda?

Wyspy Banda, dziś mało znane, były kiedyś jedynym miejscem na świecie, w którym rosły drzewa muszkatołowe, a sąsiednie archipelagi – jedynym źródłem goździków. Do dziś na Wyspach Banda pachnie przyprawami. O monopol w handlu przyprawami pochodzącymi z regionu rywalizowały m.in Hiszpania, Anglia, Holandia. Tutaj też rozpoczęła się historia holenderskiej kolonizacji Indonezji. Do dziś zachowały się ruiny fortów, faktorii handlowych i siedzib plantatorów. A dodatkowo to Moluki są idealnym miejscem dla płetwonurków. Można tu zobaczyć manty, rekiny, żółwie, delfiny i tysiące gatunków ryb.

Byłaś również w Tana Toradża. Co najbardziej zaskoczyło Cię w toradżańskich pogrzebach?

Już samo to, że odbywają się kilka miesięcy, a nawet kilka lat po śmierci jest niezwykłe. Co więcej, od momentu śmierci do pogrzebu zabalsamowane ciało spoczywa w rodzinnym domu, a zmarły uważany jest za chorego. A skoro jest tylko chory to trzeba o niego dbać – przynosić mu napoje i posiłki, opowiadać o życiu rodziny.

Sam pogrzeb to wielka kilkudniowa ceremonia, której punktem kulminacyjnym jest rzeź bawołów. Toradżowie wierzą bowiem, że dusza bawołu pomaga przejść duszy człowieku przez zaświaty, do bram raju.

Jak trafiłaś na informacje o ludziach lasu – plemieniu Wana? Łatwo dotrzeć do ich wiosek?

O Wana powiedział mi znajomy z Tana Toradża który wiedział, że interesują mnie mało znane plemiona z Sulawesi. Część wiosek tzw. ludzi lasu żyje z dala od szlaków turystycznych, kilka dni drogi od najbliższego miasta, w głębi lasu. Dotarcie do nich wymaga cierpliwości i kombinacji jazdy pickupem, motorem i marszu przez las. Ponieważ biali niezwykle rzadko pojawiają się w tych rejonach, warto na miejsce wybrać się z kimś, komu Wana ufają. Ja dołączyłam do antropologa pracującego dla jednej z indonezyjskich organizacji pozarządowych.

A łatwo było pozostać tam na dłużej?

Początki były trudne. Wana nie są przyzwyczajeni do wizyt ludzi z zewnątrz, nie darzą ‘bule’ sympatią na kredyt. Na ich uśmiech trzeba zapracować. Na szczęście mnie się udało. Dzięki temu mogłam brać udział w rytuałach uzdrowień, zebraniach rady wioski, w pogrzebach. I poznać życie bardzo bliskie natury. Wyjechać było trudno. Miałam świadomość, że tych ludzi, którzy tak szybko stali mi się bliscy, być może już nigdy nie zobaczę.

Czym różni się życie Wana od życia przeciętnego Indonezyjczyka?

Życie tzw. ludzi lasu jest znacznie trudniejsze niż życie w miastach. Jeśli chcesz coś zjeść – musisz to sam znaleźć w lesie albo upolować. Ku mojemu zaskoczeniu wyglądające odrażająco larwy palowe okazały się przepyszne. Wana mają także unikatowe zwyczajowe prawo karne – za wszelkie przewinienia płacą talerzami. Ukradłeś sąsiadowi kurę – musisz oddać kurę i 80 talerzy. Złapano cię na zdradzie – musisz to wynagrodzić małżonkowi kochanka talerzami. Nikt jeszcze nie spisał wszystkich reguł ich prawa. Reguły przekazywane są ustnie z pokolenia na pokolenie.

Czego nauczyła Cię wyprawa do Indonezji?

Kolejny raz przekonałam się, że świat jest niezwykle różnorodny, złożony z wielu religii, systemów społecznych, sposobów na oswajanie śmierci. My w Polce żyjemy w bardzo jednorodnym środowisku: dominuje jeden język, jedna religia, wspólne etniczne korzenie. W kraju tak rozległym i zróżnicowanym jak Indonezja dociera do nas z całą mocą, że to co dla nas jest normą jest tylko jednym z wielu sposobów funkcjonowania, a nie jedynym możliwym lub jedynym słusznym.

Dla kogo w szczególności powstała książka?

Dla wszystkich tych, którzy chcieliby się wybrać w oraz tych, którzy w ogóle interesują się Azją. Chciałam im wszystkim powiedzieć: „Hej, w Indonezji jest dużo więcej niż Bali. Lećcie wypocząć na jej słoneczne plaże, a potem pakujcie plecaki i ruszajcie na spotkanie z ludźmi, z tradycjami, jaki w dobie globalizacji mogę zniknąć za kilka lat”

W książce nie unikam też pisania o problemach, na przykład o wycince lasów pod plantacje palmy olejowej czy zanieczyszczenie odpadami mórz i oceanów. Jeśli o nich wiemy, bardziej świadomie układamy plany podróży. Wierzę, że świadomość pomaga unikać rozczarowań „bo miało być idealnie jak na zdjęciu z photoshopa”. Nie musi być idealnie, żeby zakochać się w Indonezji.

I na koniec zadam Ci to samo pytanie, które zadał Ci uczestnik jednego z pokazów zdjęć: czy po tym wszystkim, co widziałaś w Indonezji, możesz spać spokojnie?

Nigdy nie miałam twardego snu (śmiech). A tak na poważnie, to na pewno ta podróż zmieniła moje podejście do kwestii ochrony środowiska. Kiedy na własne oczy widzisz jak znikają hektary dziewiczych lasów zastępowanych plantacjami palmy olejowej, jak obumierają oceany i wyczerpują się zasoby ryb stajesz się nie tylko bardziej świadomym turystą, ale i konsumentem.

*Bule to określenie, jakiego Indonezyjczycy używają w stosunku do obcokrajowców.

Anna Jaklewicz
Podróżniczka, archeolog i fotograf. Autorka książki Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta. Relacje z podróży publikuje między innymi w „National Geographic TRAVELER” i magazynie podróżników „TamTam”. Organizatorka wypraw do Azji i pilotka wyjazdów trampingowych. Prowadzi zajęcia międzykulturowe dla młodzieży oraz warsztaty archeologiczne dla dzieci.
Nie liczy stempli w paszporcie, zazwyczaj wyjeżdża na dłużej. W Sudanie spędziła ponad pół roku, w Egipcie rok, w Chinach prawie dwa lata, tyle samo w Indonezji. Podróżowała także po Mongolii, Indiach, Laosie, Kambodży, Tajlandii, Wietnamie oraz Malezji i Singapurze.
Wielokrotnie wyróżniana za prelekcje poświęcone wyprawom. Jej pokaz o Indonezji zdobył nagrodę publiczności na Kolosach – największym festiwalu podróżniczym w Europie, oraz nagrodę jury festiwalu 100droga. Prezentacja o Chinach zwyciężyła w konkursie Żywioły OFF na festiwalu Trzy Żywioły.
Za samotną, dziewięciomiesięczną podróż po Indonezji, podczas której powstawała ta książka, została nominowana przez „National Geographic” do nagrody TRAVELERY w kategorii Podróż Roku.
www.annajaklewicz.pl

  • Bardzo ciekawy wywiad. Rzeczywiście Azja jest bardzo eksploatowana, a środowisko jest spychane na 2 plan. Smutna rzeczywistość.