pamir5

Znów w drodze na południe. Po krótkiej przerwie w Osz dałem sobie dwa dni na przejechanie do granicy tadżyckiej i czas ten wcale nie okazał się zbyt długi. Z miasta na południe nie odjeżdża żaden transport zbiorowy. Odniosłem wrażenie, że jedyne co z niego w ogóle wyjeżdża to taksówki do Dżalalabadu i Biszkeku oraz mikrobusy do kilku wiosek w okolicy. Osłabiony niewielkim zatruciem wydostałem się z miasta, w którym temperatura sporo przekraczała trzydzieści stopni i okazało się, że nie mam siły na to by stać na poboczu i łapać autostop. Potrzebowałem odpoczynku nawet po kilkukilometrowym marszu. Nie bacząc na zdziwione spojrzenia ludzi położyłem się na przystanku i spałem tak, z plecakiem pod głową, przez trzy godziny. Podróż przez góry, z dwójką sympatycznych Kirgizów, trwała aż cztery godziny. W tym czasie pokonywaliśmy wysokie przełęcze i serpentyny szosy. Po drodze kierowca zabrał też na pakę młodego chłopaka. Gdy wieczorem znaleźliśmy się w Sary Tasz, w pobliżu granicy, nasz przypadkowy pasażer, Mohamed, zaprosił mnie do siebie. Tę noc spędziłem więc w baraku pośrodku pastwiska, u jego rodziny. Mało kto z moich gospodarzy mówił po rosyjsku, z wyjątkiem Alizy, starszej siostry Mohameda. Gdy wyszedłem rano na łąkę przed letnim domem pasterzy, ujrzałem fantastyczny widok: szeroka i kompletnie płaska dolina rzeki Alaj oddzielała od siebie dwa łańcuchy górskie. Na północy, niższy i łagodniejszy Tien-Szan, na południu potężny, pokryty  śniegiem, skalisty Pamir.

Z gościną u Mohameda i Alizy

Pamir – ta nazwa od dawna brzmiała jak obietnica czegoś niezwykłego. Równie niezwykła jest droga jaka przez nią poprowadzono. Wąska nitka prowadząca przez jedne z najwyższych gór na świecie znana jest jako Pamir Highway, choć w Sary Tasz, gdzie wylądowałem, była tylko pełną dziur i wąską drogą, na której asfalt zdawał się trzymać nawierzchni tylko jakąś nieznaną siłą.  Gdzie zaczyna się ta droga? Jedni mówią, że w Chorogu, po drugiej stronie gór. Inni, że w Duszanbe, stolicy Tadżykistanu. Nieliczni, że w afgańskim Mazar-e-Szarif, skąd przez Uzbekistan i Tadżykistan prowadzi w góry. Wszyscy zgodni są jednak, że Pamir Highway kończy się w kirgiskim Osz, już pomiędzy górami Tien-Szan.

Z gościnnego baraku Alizy i Mohameda wyszedłem na drogę łapać kolejnego stopa już do granicy. O ironio! Spodziewałem się, że międzynarodowa droga będzie ruchliwą szosą, po której co chwile przemykać będą ciężarówki i marszrutki. Tymczasem przez dwie godziny na drodze nie pojawiło się NIC. No, może poza jednym, szczelnie wypełnionym mikrobusem. Zacząłem się denerwować, gdyż tego dnia mijał termin ważności kirgiskiej wizy. Zanim znalazłem kogoś, kto mógł mnie podrzucić choćby do posterunku granicznego minęło południe. Jakiś kierowca, zachęcony resztką kirgiskich somów jakie miałem, nadłożył drogi by wysadzić mnie przed szlabanem. Trzy minuty, jedna pieczątka i oficjalnie opuściłem terytorium kraju. Oficjalnie, gdyż pomiędzy barakami pograniczników a rzeczywistą granicą znajdował się dwadzieścia pięć kilometrów gór które musiałem przejść. Tak, właśnie przejść, gdyż tego dnia do Tadżykistanu nie jechało już nic. Maszerowałem do wieczora, jednak do celu nie udało mi się dojść. Noc spędziłem koło drogi i dopiero nazajutrz, wśród padającego śniegu, dotarłem na przełęcz 4280 m, za którą znajdował się tadżycki posterunek. Po drodze minęło mnie kilka samochodów terenowych wypełnionych turystami oraz kilku rowerzystów, walczących z wysokością. I tak zaczęła się moja przygoda z tym, co nazwałem pamirską nauczycielką.

Pamir Highway uczy pokory. To pierwsze słowa jakie przyszły mi do głowy podczas wędrówki tą drogą i które od tej pory powtarzałem codziennie. Szosa pamirska stała się prawdziwą nauczycielka podróży i wędrowania, pokazując codziennie że to właśnie pokora potrzebna jest by zmierzyć się z tą jedna z najwyższych dróg świata.

Dlaczego właśnie pokory?

Gdy tadżycki stempel znalazł się w moim paszporcie minąłem szlaban i uniosłem ręce w geście triumfu i zacząłem schodzić na drugą stronę grzbietu. Wokół piękny krajobraz, taki, jak najbardziej lubię w górach: szczyty nagie i pozbawione roślinności, ale pełne kolorów. Droga prowadzi między kolejne szczyty i doliny, daleko po horyzont. Zamierzałem dostać się na początek do jeziora Karakol, odległego o ponad osiemdziesiąt kilometrów. Na normalnej drodze – dwa dni marszu. Gdy jednak po godzinie lub dwóch oceniłem moje tempo marszu okazało się, że na miejsce dotarłbym za cztery lub pięć. Nie z powodu trudności czy zawiłości drogi, ale ogromu tych gór. Wędrówka skalnym pustkowiem na wysokości czterech kilometrów to nie zwykły spacer. W Pamirze czas biegnie inaczej, a przestrzeń rozciąga się. To pierwsze czego nauczyła mnie Pamir Highway: pokora wobec ogromu tych gór i przestrzeni jaką trzeba w nich pokonać.

Po trzydziestu kilometrach wędrówki przez Pamir udało mi się wreszcie znaleźć transport. Była to kolumna trzech Land Cruiserów z grupą turystów, których przewodniczka zgodziła się zabrać mnie do jednego z wozów. Odległość którą pieszo szedłbym dni, przejechaliśmy w niecałe dwie godziny. Po drodze zatrzymaliśmy się na posiłek w jurcie. Gospodarze mogli ofiarować gościom to, co sami posiadali: chleb, herbatę i niewiele więcej. Ich jedzenie było niezwykle proste i składało się wyłącznie z tego, co dostarczały im owce i jaki. Większość jedzenia goście przywieźli ze sobą. Szybko nauczyłem się, że żyjący w Pamirze Kirgizi swoją gościnnością nie ustępują rodakom z ojczyzny, ale pojawienie się kilkunastu osób w jurcie, odległej o dziesiątki kilometrów od najmniejszej nawet wioski zmusiłoby gospodarzy do oddania przybyszom zapasów wystarczających na kilka dni.

Wieczorem dojechaliśmy nad Karakol. Trudno nawet opisać ten cud natury. Gigantyczne, słone jezioro położone jest na wysokości czterech tysięcy metrów. Otaczają je wiecznie ośnieżone szczyty i pustka koloru jasnobrązowych skał i piasku, który unoszony jest przez najlżejszy podmuch wiatru. Domy budowane są tu z gliny i kamienia, parterowe i o płaskich dachach, gdyż w promieniu stu kilometrów nie rośnie tu ani jedno drzewo z którego można by zbudować szkielet domu jaki znamy z naszych stron. Kilka takich domów służy za „Homestay”, jak głoszą dumnie napisy na białych ścianach. Przewodniczka zaprasza do jednego z nich na herbatę. Na stole czeka chleb, masło, konfitury, chińskie herbatniki, herbata i to właściwie wszystko.

Szosa Pamirska i góry przez które ona prowadzi, uczą pokory wobec tego miejsca. Najprostsze rzeczy są tu często niedostępne. Poczęstunek który jemy w Karakol jest skromny, ale wystarczy pomyśleć jak daleko znajdujemy się od terenów zamieszkałych, by zrozumieć, że nawet przywiezienie w to miejsce czegokolwiek wymaga dnia drogi, czasem nawet więcej. Tu nie ma miejsca na luksus, można tylko dopasować się do surowych realiów lub uciekać.

Co jeszcze? Mnie osobiście Pamir Highway zmusił do jeszcze jednej rzeczy: nabrania dystansu wobec tej podróży. Dlaczego? Ano dlatego, że na drodze tej codziennie – dosłownie codziennie! – spotykam ludzi, których droga i upór w jej pokonywaniu budzą we mnie najwyższy podziw. Brzmi to dumnie gdy na zadawane często pytanie „Jak długo jesteś w podroży?” odpowiadam „Dwadzieścia jeden miesięcy”. Spotkania na Pamir Highway pozwalają jednak nabrać dystansu do własnych osiągnięć. Na tej drodze mijam bowiem co chwilę ludzi o sile woli i determinacji bez porównania większej od mojej.
Tak było na przykład w Osz, jeszcze przed wyruszeniem na południe, gdy w drzwiach naszego mieszkania pojawił się Bart. Pochodził z Belgii, a przyjechał do Kirgistanu z Istambułu, pokonując Jedwabny Szlak rowerem. W dodatku odcinek pamirski pokonał nie asfaltową szosą, ale nieprzejezdną nawet dla najlepszych samochodów terenowych górską drogą przez dolinę Bartang, daleko na północ od głównych szlaków komunikacyjnych Pamiru. Przez wiele kilometrów pchał rower, nie mogąc przejechać karkołomnej trasy. Gdy mu się to wreszcie udało, czuł się, jak to określał, niczym wrak. Zamierzał dojechać do Mongolii, jednak awaria roweru i kontuzja odwiodły go od tego pomysłu. Po przyjeździe do Osz zdecydował się wrócić do domu, wyleczyć stopę i… wyjechać w podróż rowerem po Skandynawii.

Tak było również na podejściu pod graniczną przełęcz Kizyl-Art, w drodze do tadżyckiego posterunku. Poprzedniego wieczoru minęło mnie dwóch Belgów, także jadących z Istambułu. Patrząc na ich buty i wyposażenie, wzmocnione spora ilością srebrnej taśmy oceniłem, że mają za sobą trudną drogę.

Jedna noc spędzona w górach i oto widzę, zwijających swój biwak, Adama i Kate. Dwa rowery obładowane są bagażami. Jadą do rodzinnej Szwajcarii, wystartowali zaś z… Nowej Zelandii. Poprzez swoją stronę zbierają fundusze na terapię nowotworów skóry. Gdy spytałem jak wiele czasu spędzą na siodełkach odpowiedzieli „pewnie rok”. Jakiś czas później spotkałem Jamesa, Anglika pedałującego z Bangkoku do rodzinnego miasta gdzieś na północ od Londynu. Barwnie opowiadał o straszliwej drodze przez chińską pustynię i cały czas martwił się, że ma zaledwie cztery miesiące na dokończenie swojej drogi. Cztery miesiące i sześć tysięcy kilometrów jednośladem?

Byli też wreszcie Karin i Mäse, Szwajcarzy którzy przez jeden miesiąc i jeden rok objechali Azję. Spotkałem ich dwa dni później, w Murgabie, gdzie wspólnie trafiliśmy na doroczny koński festiwal. Podróżowali śmiesznym camperem, którego dach pomalowany był w czerwoną panterkę. Samochód był ich domem i środkiem lokomocji zarazem, w nim spali, jedli, odpoczywali. Gdy się spotkaliśmy wracali już do Europy. Namówiłem ich więc, by w drodze przez południową Polskę nie zapomnieli o Krakowie. Byli też Mary i Peter pedałujący z Anglii gdzieś do Azji Południowo-Wschodniej czy Kee i Robin jadący podobną trasą – ale motocyklami.

Spotykani codziennie rowerzyści czy kierowcy uświadamiają, że nie jestem jedynym wariatem, który postanowił zmierzyć się z dachem Świata, jak przed stu laty nazywano Pamir. Setki osób próbują swoich sił, czasem podróżując tysiącami kilometrów, choć pieszo lub autostopem robią to chyba tylko Słowianie. Jeśli kiedykolwiek uważałem, że ta podróż jest jedyna w swoim rodzaju i wyjątkowa, Pamir Highway szybko przekonała mnie, że podobnych do mnie są tłumy!

Taka jest właśnie podróż Szosą Pamirską. Piękna, męcząca, inspirująca, dająca do myślenia… i ucząca pokory. A miejsca, ludzie i krajobrazy Pamiru? Piękne, surowe, niepowtarzalne. Opisywać ich nie ma sensu – niech poniższe zdjęcia zrobią to same.

Pamir Highway

Na granicy
Pamir Highway

Kolory Pamiru

Pamir Highway

Pamir Highway

Pamir Highway

Pamir Highway

Pamir Highway

Jeden z wielu… szaleńców :)

Pamir Highway

Granica z Chinami jest 30 km dalej, ale już tu zaczyna się „ziemia niczyja”

Pamir Highway

Pamir Highway

Pamir Highway

Pamir Highway

Pamir Highway

Karakol

Pamir Highway

Pamir Highway

Jezioro Karakol

Pamir Highway

Pamir Highway

Pamir Highway

Pamir Highway

Pamir Highway

W drodze do Murgab

Pamir Highway

Przełęcz 4660, najwyższy punkt Pamir Highway

Pamir Highway

Komentarze: 9 o “Pamirska nauczycielka”

Komentarze (9)
  1. wilan pisze:

    Te widoki powalają, piękne miejsce. Trzymaj się Sołtys i uważaj na siebie.

  2. Radek pisze:

    Łukasz jak udało ci się wyrobić wizę do Tadżykistanu? Jesteśmy wlasnie w Almaty i zastanawiamy sie czy lepiej tutaj czy w Biszkeku. Mozesz cos doradzic?
    Masz fantastyczne zdjecia i tez chcielibysmy to zobaczyc…

    • Łukasz pisze:

      Wizę i przepustkę do Badachszanu robiłem w Biszkeku, zajęło to 2 dni. Tamtejsza ambasada jest bezproblemowa. Niestety jest inny kłopot – po walkach w Chorogu przejście graniczne w Pamir, w na północ od Murgab, jest zamknięte i na razie straż graniczna nie wpuszcza tam ludzi. Do Tadżykistanu trzeba jechać na okrągło. Myślałem, że po naszym wyjeździe z Chorog wszystko się tam uspokoiło, ale turyści z którymi teraz rozmawiam mówią co innego. Jeszcze tydzień temu wojsko wyrzuciło moich znajomych z regionu Murgab. Nie jest dobrze…

      EDYCJA: Za kilka dni sytuacja może się zmienić, miejscowi donoszą, że decyzja władz co do ponownego otwarcia gór ma zapaść w ciągu 4-5 dni. Na razie od strony Osz wjazd w Pamir jest niemożliwy.

  3. robb pisze:

    ach ten Pamir :)
    tęskni się za nim oj tęskni :)
    R

  4. Marcin pisze:

    Od niedawna zacząłem czytać Wasz blog, i … jestem pod wrażeniem . Po prostu brak słów. Gratulacje , powodzenia i oby tak dalej trzymać. Tylko pozazdrościć.
    a ja tak z innej beczki – wziąłeś ze sobą w podróż laptopa – możesz napisać jaki to model , czym się wzorować gdybym wybierał się w taką podróż. jak mniemam musiałeś także zainstalować jakieś programy , do obróbki zdjęć i filmów , itp .

    Powodzenia w dalszej drodze !!!

    • Łukasz pisze:

      Niezłe pytanie. „Laptop dla podróżnika” – właśnie podrzuciłeś mi dobry pomysł na kolejny wpis. Dzięki!
      A żeby nie zostawiać bez odpowiedzi napiszę na szybko: Acer E-machines 350. Waży około 1 kg, z baterią 4400mAh pracuje około 6 h. Do tego darmowe programy graficzne i do obróbki RAW, np. Fast Stone (bardzo go lubię) i PaintNET (to taki uboższy Photoshop, ale też z możliwością pracy na warstwach). Do filmów Any Video Converter oraz Windows Movie Maker. Taka maszyna jest dość wolna przy konwercji filmów i dużych RAW-ów, ale większej nigdy bym nie brał.

      Robb: zanim wojenka w Pamirze się skończy zdarzysz podkurować kolano, więc na siodło i do przodu!

      • Marcin pisze:

        Dzięki za odpowiedź.
        Faktycznie przydałby się komuś text o laptopie w podróży – może nie tylko ja jestem takim gadżeciarzem.
        Jeszcze może mógłbyś podać jakim aparatem robisz zdjęcia, z tego co kojarzę masz także 3 obiektywy, jakieś dodatkowe akcesoria ? filtry, statyw.
        Gdzie magazynujesz zdjęcia< i ładujesz baterie .
        Wiem że trochę dużo pytań , ale może będziesz miał chwilę wolnego czasu ;) .

        Pozdrawiam

  5. Aga i Adam pisze:

    No pięknie tam!

    Pozdrawiamy jeszcze z Wrocławia!

    Aga&Adam

  6. Joa pisze:

    Proszę, napiszcie książki o swoich wyprawach. Pozdrawiam

Zostaw komentarz

(wymagane)

(wymagane)

© Droga do Shangri-la. Prawa autorskie zastrzeżone. Suffusion WordPress theme by Sayontan Sinha