Burmese Boy
Birma

Ziemia, Niebo, Rangun

Azja­tyc­kie mia­sta lubią popa­dać w skraj­no­ści. Nie ina­czej jest Ran­gu­nie, miej­scu gdzie zie­mię od nieba dzieli kilka kroków.

40-o stop­niowy upał sku­tecz­nie wybił nam z głowy pomysł spa­ceru po mie­ście. To nie Bang­kok gdzie co kilka metrów czeka kli­ma­ty­zo­wany 7Eleven a do celu można doje­chać w chłod­ni­czych warun­kach Sky­Tra­inu.  W Ran­gu­nie do dys­po­zy­cji podróż­nika są doszczęt­nie zapchane, roz­kle­ko­tane auto­busy, tak­sówki, które z powo­dze­niem mogłyby tra­fić do muzeum moto­ry­za­cji oraz zastępy rowe­ro­wych rik­szy. Posta­wieni przed takim wybo­rem posta­wi­li­śmy na…pociąg.

Tak zwany cir­cut train to linia kole­jowa zata­cza­jąca zgrabne kółko wokół nie­gdy­siej­szej sto­licy Birmy. Pociąg zaczyna bieg na głów­nej sta­cji kole­jo­wej Ran­gunu (do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­cej hin­du­skie dworce kole­jowe, z tą róż­nicą, że tu ludzi śpią­cych na pero­nach jest jakby mniej a oferta obno­śnych sprze­daw­ców nieco uboż­sza) i tam też go koń­czy. Wagon, do któ­rego zapro­sił nas sta­tion master z powo­dze­niem mie­ścił się w defi­ni­cji „bydlę­cego” – ot buda na kołach z wyrżnię­tymi w ścia­nach kwa­dra­to­wymi oknami. Bole­śnie gry­zieni przez jakieś wredne robac­two podró­żu­jące na gapę w drew­nie ławek, na któ­rych przy­szło nam sie­dzieć, ruszyliśmy.

Yangon Circut Train

 

Sprze­dać tę wycieczkę jako atrak­cję tury­styczną nie jest łatwo. To bowiem doświad­cze­nie skraj­nie przy­ziemne. Szcze­rze – widoki z za okna nie powa­lają. Mono­tonny kra­jo­braz, hałdy śmieci, walące się budami pro­wi­zo­rycz­nych osie­dli zanie­dbane, brudne sta­cyjki na któ­rych co 10–15 minut przy­sta­jemy. Gołym okiem widać do jakiego stanu został dopro­wa­dzony kraj przez kil­ka­dzie­siąt lat bru­tal­nych woj­sko­wych rządów.

Car dump in Burma

Odwra­camy więc głowę od okna i roz­glą­damy się po wago­nie. Tu jest już wese­lej. Podróżni szli­fują sztukę kon­wer­sa­cji, obno­śni han­dla­rze – sztukę per­swa­zji. Dajemy się namó­wić na kilka jaj na twardo oraz na kolejną tego dnia por­cję paanu. Żuję, strzy­kam rdza­wo­czer­woną śliną za okno czym wzbu­dzam aplauz i zaak­cep­to­wa­nie współ­pa­sa­że­rów. Jest miło, jak to w Birmie.

Burma Boys

Wró­ciw­szy do punktu wyj­ścia zbie­ramy się na odwagę i ruszamy dalej pie­chotą. Opro­wa­dza nas Marek, kolega po fachu, podróż­nik i blog­ger, który kilka mie­sięcy temu osiadł w Bir­mie. Dobrze jest prze­stać myśleć i dać się wieść za nos od dziel­nicy Chiń­skiej po targ przy przy­stani pro­mo­wej, od sto­lika w zapy­zia­łej her­ba­ciarni  po maho­niowy bar w naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nym hotelu w mie­ście – Strand. Ten ostatni robi zresztą duże wra­że­nie – oto pośród tutej­szej pro­wi­zorki, brudu i biedy wyra­sta obiekt, któ­rego nie powsty­dziłby się Paryż czy Lon­dyn. Wysma­ko­wane wnę­trza, drewno na wysoki połysk i ceny za noc­leg rów­na­jące się rocz­nemu przy­cho­dowi na głowę miesz­kańca Myan­maru. Cóż, chęt­nie zosta­li­by­śmy dłu­żej ale czas wra­cać na zie­mię. Nie na długo jed­nak. Z tru­dem ale jed­nak odczy­tu­jemy wypi­sany bir­mań­ską czcionką numer na bur­cie auto­busu, wska­ku­jemy nie­malże w biegu i mkniemy ku sercu miasta.

Shwedagon paya and Jasmine

Wierz­cie mi –wiele świą­tyń widzia­łem, antyczne ruiny zby­wam wzru­sze­niem ramion, zie­wam na widok zło­tych Bud­dów a pagody wycho­dzą mi bokiem…ale nie Shwe­da­gon Paya. Spa­ce­ru­jąc wokół ogrom­nej, lśnią­cej zło­tem kopuły czło­wiek ma poczu­cie obco­wa­nia z abso­lu­tem. Kilka minut temu byli­śmy w świe­cie potu, brudu i roz­kładu a nagle tra­fiamy w miej­sce, które trwa na prze­kór wszyst­kiemu, jest nie­ska­zi­telne, dosko­nałe. Poraża już sam roz­miar monu­mentu ale chyba jesz­cze więk­sze wra­że­nie robi panu­jąca tu atmos­fera. Dźwięk migawki apa­ra­tów foto­gra­ficz­nych prze­plata się z dźwię­cze­niem świą­tyn­nych dzwo­nów, natchnione mam­ro­ta­nie mni­chów sta­nowi tło dla peł­nych zachwy­tów szep­tów tury­stów. Tak jak nie­mal wszy­scy wokół, zadzie­ramy głowę do góry, ku niebu pró­bu­jąc zła­pać w źre­nicę pro­myk zacho­dzą­cego słońca prze­fil­tro­wany przez osa­dzony na szczy­cie stupy sie­dem­dzie­się­cio­sze­ścio­ka­ra­towy diament.

Kil­ka­na­ście godzin póź­niej nasz wzrok skie­ro­wany będzie w prze­ciw­nym kie­runku, w dół. Z nosami wle­pio­nymi w okna samo­lotu będziemy chło­nąc widok Birmy -  z nieba. Ale nie ważne jak długo patrzy­li­by­śmy w zachwy­cie – nie wystar­czy. Wiemy już, że ten kraj nigdy nie da nam o sobie zapo­mnieć. Ślad jaki Birma zosta­wiła w naszych ser­cach, zosta­nie z nami na całe życie.

*Cie­kawe? Dobrze napi­sane? Pomocne? Klik­nię­cie w jeden z przy­ci­sków “Share” pod arty­ku­łem to naj­prost­szy i naj­lep­szy spo­sób by doce­nić wysi­łek jaki wkła­dam w two­rze­nie tej strony i pomóc w roz­woju Skok W Bok Blog.

 

Standard
Add Comment Register



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>