Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 137 135 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Grudzień najpracowitszym miesiącem roku

wtorek, 16 grudnia 2014 15:59

 

Jakoś tak w tym roku wyszło że w grudniu jesteśmy cały czas zajęci - co weekend (oraz w tygodniu) coś robimy, gdzieś idziemy, z kimś się spotykamy. A i tak daleko nam do niektórych rekordzistów ekspatów (bo taki zawalony grudzień to podobno domena ekspatów właśnie).

 

Co w takim razie robiliśmy że nie miałam czasu nic od prawie miesiąca napisać (a teraz mam czas bo jestem na zwolnieniu lekarskim, sacre bleu!)?

 

Zaczęłam z przytupem już w środę trzeciego grudnia imprezą Secret Santa organizowaną przez koleżankę mającą męża Duńczyka - bo Secret Santa to jak najbardziej duńska tradycja (w oryginale nazywana pakkeleg)! O co w tym wszystkim chodzi? Otóż każdy przynosi ze sobą pięknie zapakowany prezent o określonej wartości (może być śmieszny, może być przydatny) i kładzie na stole nie zdradzając co jest w środku. Następnie wszyscy biorący udział w zabawie rzucają kostkami - kto wylosuje dwie szóstki (albo parę, zasady są zmienne) może sobie zabrać jeden prezent - ale uwaga, nie rozpakowujemy! Gra toczy się do momentu w którym nie ma już żadnych prezentów na stole. I wtedy nasatępuje najlepsza część - nastawia się budzik np. na 20 minut i w tym czasie kto wyrzuci dwie szóstki może zabrać dowolny prezent dowolnej osobie.... dużo jest z tym śmiechu, a i u nas walka była zacięta i niektóre prezenty zmieniały właściciela kilka (jeśli nie kilkanaście) razy. W oryginale gra jest niesprawiedliwa, to znaczy jeśli ktoś zostanie bez prezentu to trudno, ale my wprowadziłyśmy drobną modyfikację dzięki której nikt nie został z pustymi rękoma. Pojechałam na Secret Santa prosto z pracy (sama, bo to babska impreza była) i bawiłam się tak przednio że gdyby nie wizja że w czwartek też muszę do fabryki a w nocy dzieci pewno dadzą czadu to zostałabym dłużej niż do 22.30!

 

Piątego grudnia stawiliśmy się z Tomkiem oboje na polskiej Wigilii organizowanej przez PolCham (skrót od przedstawicielstwa Polskiej Izby Handlowej w Hong Kongu) - tym razem w K-Town & Grill. Co roku zasada jest podobna: spotykamy się w knajpie której właścicielem/ menedżerem jest Polak który zapewnia odpowiednią "oprawę" (polskie kolędy z głośników!), wliczając w to pyszne polskie potrawy. W tym roku po raz pierwszy nie gotował dla nas polski szef kuchni, ale jedzenie i tak było wyśmienite (choć nie do końca wigilijne). Był więc czerwony barszcz giga-uchem, deska wędlin, świeżo pieczony chleb, ogórki kiszone, śledzie, pierogi z kapustą i grzybami oraz ruskie, gołąbki, smażona sola, pieczeń wieprzowa z ziemniaczkami, szarlotka i sernik.... oraz do oporu Żywca, Belvedere i wina. I znów zabawa i towarzystwo były tak przednie że wyszliśmy z knajpy około północy (jako jedni z pierwszych, bo rozsądek, dzieci, itp).

 

Szóstego grudnia mieliśmy iść na Festiwal Wina ale pogoda była tak paskudna że zostaliśmy wieczorem w domu, wiedząc że siódmego grudnia szykuje się nam pracowity dzień: rano biegłam z koleżankami w The Color Run, pięciokilomotrowym biegu urozmaiconym rzucaniem w siebie kolorowym pyłem; po południu wybraliśmy się całą rodziną na Swiss Christmas Market w Hullett House (jakich pyszności tam nie było! i małże, i raclette, i kasztany, i minced pies, i chleb żytni, i grzane wino, i piwo świąteczne, i szwajcarska czekolada... mniam! :)

 

Jesteście już zmęczeni? Bo ja się dopiero rozkręcam :) Dziewiątego grudnia wzięłam popołudnie wolne żeby załatwić rozliczne obowiązki związane głównie z Jaśkiem: wizyta kontrolna u ortopedy (jest super!), szczepionka na grypę (ajajajaj, działo się!), zakupy w centrum na które pojechaliśmy dwupoziomowym autobusem (co za atrakcja!). Plany zakupowe miałam takie że hohoho, niestetety z braku czasu skończyło się tylko na czterech parach butów dla chłopaków i ciastku, które obiecałam Jaśkowi. Co oznacza że w dalszym ciągu nie mam kupionych - precyzyjnie obmyślonych już jakiś czas temu - prezentów na gwiazdkę....

 

Dziesiątego grudnia mieliśmy iść razem, ale że Tomka nagle wezwali do Chin to poszłam z koleżanką, na kolejne spotkanie wigilijne, tym razem organizowane przez Polski Konsulat - znów prosto z pracy. Muszę powiedzieć że w tym roku było zupełnie inaczej niż w latach ubiegłych - nowy konsul ma inny styl - i moim zdaniem lepiej, mniej sztywno i oficjalnie, bez długich i dętych przemów. Jedzenia było mniej za to miejsca więcej, no i bardziej się ludzie integrowali ze sobą.

 

Trzynastego stycznia (sobota) byłam rano z Jaśkiem na ostatniej jak się okazało sesji fizjoterapii - nasza lekarka uznałała że jest tak dobrze że tymczasowo więcej się nie musimy spotykać, a po kolejnej operacji to się zobaczy co i jak; a po południu pojechałam z koleżanką do Podróbkowa Wielkiego na długo planowane zakupy. Wróciłam na 20.00 obłowiona po uszy: trzy torebki, trzy pary butów i ciuchy dla chłopaków; doślą mi jeszcze do domu w ten weekend płaszcz oraz liczne kopie ciuchów które na mnie dobrze leżą.

 

W ostatnią niedzielę zaś byliśmy na Polskiej Gwiazdce dla dzieci - było głośno, tłumnie i bardzo, bardzo wesoło (oba chłopaki bawily się przednio, musieliśmy ich stamtąd za fraki wyciągać). Tomek zaliczył kolejny etap wtajemniczenia i robił za Świętego Mikołaja! a przebranie miał tak dobre że Jasiek nie chciał się z nim ustawić do zdjęcia i musiałam chłopakowi powiedzieć prawdę żeby podszedł bliżej :)

 

Od poniedziałku za atrakcję sezonu robi moja choroba (rozłożył mnie jakiś paskudny wirus), a w najbliższy weekend mamy zaplanowany romantyczny wypad tylko we dwoje do jakiegoś tajemniczego hotelu (nic nie wiem, wszystko załatwiał Tomek)... a 23 grudnia lecimy na 10 dni na wakacje na Phuket i już się nie mogę doczekać! (każdy wizualizuje sobie tutaj mój dziki taniec radości)

 

Powiem Wam szczerze że już się nie mogę doczekać bo w fabryce zapiernicz mam straszliwy, moja choroba przyszła tak bardzo nie w porę że aż strach i jedyne co mnie przeraża bardziej niż wizja zrobienia w biurze tego, co miała zaplanowane na 5 dni w 3 dni, to choroba chłopaków - póki co oboje mają trochę kataru (plus Jasiek jeszcze kaszle) i modlę się żeby to nie było nic więcej bo normalnie się zastrzelę. Ja potrzebuję urlopu w ciepłym miejscu a nie w takim wygwizdowie jak u nas - za oknem +10stopni i brak ogrzewania. Ratunku.....

 

Pozdrawiam z obłędem w oczach,

Weronika

 

P.S. A niedługo się w sobie zbiorę i zrobię album z grudniowymi zdjęciami - ale to już nie dziś bo nie mam siły. Dobranoc!!


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Sto lat, Pajtoni!

wtorek, 25 listopada 2014 5:47

 

Niemal tydzień temu Pajtoni skończył rok - dokładnie w czwartek, 20 listopada, chociaż świętowaliśmy dopiero w sobotę, bo czekaliśmy aż Tomek wróci do domu z Chin.

 

Oczywiście był tort ze świeczką - dobra, bądźmy uczciwi: kawałek tortu, bo wiedziałam że i tak nie będzie komu tego jeść (Pajtoni nie bardzo lubi, Tomek nie jada słodkiego i glutenu, Tygrys nie powinien bo po cukrze szaleje a ja nie powinnam bo mi słodkie idzie w cztery litery), prezent, z którego najfajniejszą częścią było opakowanie oraz "sto lat" które znowu oprotestował Tygrys (ja nie wiem dlaczego to dzieko nie lubi jak śpiewamy - oboje z Tomkiem mamy takie głosy że La Scala się powinna o nas zabijać!)

 

IMG_7349.JPG

Dwunastomiesięczny Pajtoni ma 8 zębów (każdy okupiony bezsennymi nocami, kurcze bladę!), mnóstwo bardzo blond włosów, bardzo solidną budowę ciała (jak rugbysta normalnie!), około 86cm wzrostu, około 12 kilogramów wagi, głos jak dzwon i gigantyczną stopę (rozmiar buta 22).

 

Kilka tygodni temu zaczął chodzić i teraz porusza się na dwóch nogach bardzo sprawnie, chociaż nadal jest wolniejszy od Tygrysa; w zrozumiałym języku potrafi powiedzieć "mama" i "tata", chociaż po swojemu nadaje cały czas; umie robić "papa", wleźć do szafy oraz po folelu dostać się na kanapę, czego mu zabraniamy (bo ogólnie wstrętni z nas rodzice i dużo mu zabraniamy, na przykład wyrywania kartek z książek). Jest bardzo silny - jeśli się czegoś złapie, naprawdę ciężko go oderwać- oraz bardzo uparty - jeżeli mu się czegoś zabroni (na przykład wkładać palce do kontaktu) albo zabierze (na przykład Jasiek decyduje że teraz on się będzie bawił konkretną zabawką i mu zabierze), będzie wrzeszczał, płakał i tupał nogami przez następnych pięć minut i na da sobą zakręcić że "o Pajtoni popatrz, tutaj masza taką inną śliczną zabawkę!". Normalnie już się cieszę na te sceny które będzie odstawiał przy buncie dwulatka!

 

Niestety dla nas w dalszym ciągu nie przesypia całych nocy, budząc się co najmniej raz na mleko i wstając ok. 5.00 rano - w zły dzień o 4.30, w dobry o 5.30. W ogóle - w przeciwieństwie do Jaśka - niezbyt chętnie śpi, chociaż po długich bojach udało się nam w końcu ustawić mu dzień z dwoma drzemkami trwającymi łącznie 3 godziny. Uwielbia za to jeść: w niedzielę, kiedy poszliśmy na tradycyjne kluski do restauracji, zjadł najpierw duży słoiczek jedzenia dla niemowląt (190ml) a potem zaczął podbierać z talerzy nam: czarne i zielone oliwki, buraki, sałatę, dynię, chleb, pulpeciki, sos pomidorowy, zupę dyniową, kluski, kurczaka, awokado.... wszystko, co mu w łapki wpadło. Uwielbia też podżerać obiad Jaskowi i nie tylko - jeśli widzi że ktoś coś je to stoi obok i sępi dopóki człowiekowi serce nie zmięknie i się z nim nie podzieli (albo wymusza wrzaskiem i dzielisz się jedzeniem żeby w końcu zamknął paszczękę).

 

Największym autorytetem na świecie jest dla Pajtoniego starszy brat - zawsze chce te same zabawki (nie że takie same - koniecznie musi być dokładnie ten egzemplarz którym aktualnie bawi się Jasiek, co prowadzi do kłótni, awantur i przemocy domowej), chce tak samo jak on chodzić, pić wodę przez rurkę z bidonika, jeść jego obiadki, kąpać się z nim w wannie i czytać jego książki.... ku mojemu zdumieniu Jasiek ma do niego naprawdę sporo cierpliwości i chociaż oczywiście co najmniej dwa razy dziennie wybucha mała wojenka domowa to i tak obawiałam się że będzie gorzej :)

 

Czasami my też mamy go dosyć (zazwyczaj w te noce kiedy budzi się o 2.30 i wrzeszczy przez kolejne półtorej godziny nie dając się utulić ani ululać pomimo zaaplikowanych środków przeciwbólowych, huśtania, bujania i wszystkich innych cudów na kiju), ale ogólnie to z niego straszny słodziak i przytulasek i bardzo go kochamy. I oczywiście jest najśliczniejszym, najmądrzejszym, najukochańszym, najradośniejszym i w ogóle naj! roczniakiem na świecie (sprzeciwy nie są przyjmowane do wiadomości)!! I z okazji pierwszych urodzin życzymy sobie i jemu żeby taki został już na zawsze.

 

Dumni rodzice,

Weronika i Tomek


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Sto lat, Tygrysie!

czwartek, 13 listopada 2014 6:29

 

W niedzielę 9 listopada Jasiek skończył 4 lata (a tak niedawno Tomek pisał tą notkę!) – był tort ze świeczkami, były prezenty, było “sto lat” (dziecko stanowczym głosem kazało nam przestać śpiewać po pierwszych trzech wersach, no ale liczą się intencje :) ). W tym roku - ze względu na wypadek – nie robiliśmy żadnej imprezy żeby Jasiek za bardzo nam nie szalał i sobie nie uszkodził nóg, ale mamy plany nadrobić to niedopatrzenie z nawiązką w 2015.

10633127_10205540973387017_217370257787615939_o.jpg

Czteroletni Jasiek jest jak na tutejsze warunki bardzo wysoki (jak ostatnio mierzyliśmy to wyszło nam 112cm, ale dopuszczam błąd pomiaru bo Młody się strasznie wiercił, podekscytowany możliwością użycia centrymetra krawieckiego), w dalszym ciągu ma blond włosy, które mu jednak odrobinę ściemniały – i biorąc pod uwagę fakt, że oczy ma brązowe, liczę się z faktem że w najbliższych latach stanie się brunetem. Nie mam dokładnych danych, ale ostatnimi czasy przytył – waga na naszej siłowni pokazuje 20 kilo w butach i ubraniu, i chociaż, zdaniem Tomka, jest niedokładna, „na oko” oceniam go na ok. 17 kilo... i jak się razem z braciszkiem na mnie uwieszą to mam problem żeby ich obu unieść bo to jest prawie trzydzieści kilo żywej wagi która się w dodatku wierci i kopie!

 

W dalszym ciągu reaguje na ksywkę „Tygrys”, chociaż sam o sobie mówi per „Jasiek”; czasami, z litości dla rozmówcy, używa angielskiej wersji imienia czyli „Ian” (tak, wiem, że tak naprawdę to wersja gaelicka, a stricte brytyjska jest John, ale już się nie czepiajmy, chłopakowi się podoba – no i brzmi bardzo podobnie do polskiego Jana... bo czasami używamy w domu wersji Panie Janie, która też się Młodemu bardzo podoba). Obecnie mówi po polsku i angielsku równie dobrze, a po mandaryńsku jest w stanie poprowadzić prostą konwersację na odpowiednim dla czterolatka poziomie – chociaż nie bardzo lubi posługiwać się tym językiem i woli angielski, ale pracujemy nad tym.

 

Obojętne w jakim języku, zazwyczaj gada jak katarynka, przez cały dzień, aż czasami mnie głowa boli; w dalszym ciągu uwielbia Ciekawskiego Georga, Świnkę Peppę i króliczka Louie, chociaż pociąg Tomek (i przyjaciele) poszedł trochę w odstawkę (to w ogóle jest śmieszne, bo każdą z tych bajek ogląda w innym języku: Georga po polsku, Peppę po mandaryńsku a Loui po angielsku, i chociaż mamy inne wersje językowe, to najbardziej lubi właśnie w takiej konfiguracji). Lubi koparki, ciężarówki, pociągi i liczenie taksówek na ulicy, lubi rysować (chociaż nie maluje małych arcydzieł które moglibyśmy opylić za grube miliony, niestety) i ogólnie „tworzyć” (wysypywanki, wyklejanki, wycinanki, plastelina), lubi bawić się Lego albo Duplo, które podkrada od Antka. Z książek najbardziej ukochane są obrazkowe serie: Ulica Czereśniowa i Mamoko, które może „czytać” samemu, chociaż miewa okresy kiedy zaczytuje się (z naszą pomocą) Ciekawskim Georgem, Dr. Seussem czy Julią Donaldson do tego stopnia że czasami książka, którą w ciągu tygodnia czytaliśmy już ze czterdzieści razy, znika w tajemniczych okolicznościach i znajduje się dopiero po kilkunastu dniach :)

 

Jest mistrzem w stwierdzaniu oczywistości: „mama, Antek płacze!” kiedy Młodszy wyje ile sił w płucach; w ogóle to bardzo kocha swojego małego braciszka, dzieli się z nim jedzeniem, udziela światłych rad i wskazówek („Antek, nieładnie! Nie ruszaj mamy książek! Nonono!” albo “Zobacz Antek, Jasiek idzie! No Antek, teraz ty idziesz!”) oraz od czasu do czasu spontanicznie przytula i daje buziaki, chociaż równie zazdrośnie pilnuje swoich zabawek i książek i energicznie zabiera Pajtonowi wszystko o czym uważa że jest jego.... no i nie oszukujmy się, czasami w ferworze zabawy szturchnie czy stuknie Młodszego.

 

Dzięki Antkowi który, jak to małe dziecko, dużo czasu spędzał u nas na rękach, Jasiek zrobił się bardziej przytulasty, co bardzo często jest moja zgubą... tyyyyle zawsze sobie planuję na wieczór, a wystarczy jedno „Mama, chodź się przytulać!” kiedy kładę Jaśka spać i już po pietruszce, bo nie jestem w stanie nie zasnąć jak się wieczorem położę :( Chociaż wkroczyliśmy już w ten wiek że to Tata jest największym autorytetem i jeżeli tylko da się Młodemu wybór (na przykład szalenie istotne „z kim chcesz dziś wieczorem umyć zęby?”), odpowiedzią jest zawsze gromkie „Z TATĄ!!” :D

 

Mimo ostatnich wybuchów złego humoru (mamy nadzieję że to tylko z nudów i jak wróci do przedszkola – już dzisiaj, ufff – to mu przejdzie) potrafi być najsłodszym dzieciakiem na świecie. W ogóle jest naukochańszym, najinteligentniejszym, najprzystojniejszym, najradośniejszym i w ogóle naj – czterolatkiem na świecie, i nie przyjmuję do wiadomości żadnych sprzeciwów! I z okazji urodzin życzymy sobie i jemu żeby taki został już na zawsze :)

 

Pozdrawiamy,

dumni rodzice (czyli Weronika i Tomek)


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Na filmie byłam!

czwartek, 30 października 2014 15:29

 

Od czasu do czasu chodzę na chińskie filmy – z premedytacją chodzę, nawet jeżeli istnieje (spora) szansa że mi się jakiś nie będzie podobać, bo stwierdziłam że kiedy jeśli nie teraz będę miała szansę obejrzeć coś innego niż robione na zachodnią modłę wysokobudżetowe hity w stylu „Przyczajonego Tygrysa, Ukrytego Smoka”? Który, swoją drogą, był świetny (moim zdaniem) i nie mogę się doczekać kiedy Netflix wyprodukuje sequel :)

 

Tomek ze mną nie chodzi – odcierpiał raz hongkoński film akcji (moim zdaniem całkiem ok) i stwierdził że nigdy więcej, więc raz na dwa-trzy miesiące chodzę na chińskie filmy sama. Żeby było jasne, wcale nie mam do niego o to pretensji, ja nawet lubię chodzić sama do kina, taka dziwna jestem :) No więc ostatnio poszliśmy razem do kina, przy czym Tomek skręcił w lewo na holiłódzki thriller jakiś (zapomniałam tytułu) a ja w prawo, na tajwańską komedię romantyczną pod tytułem „Cafe. Waiting. Love”. Słuchajcie, to było coś pięknego! Jedyne 65 dolarów za lekcję poglądową jak bardzo Chińczycy się różnią ode mnie i dlaczego nigdy ich nie zrozumiem! W życiu nie będziecie mieli szansy tego obejrzeć (chyba że ktoś się bardzo postara i spiraci nie tylko film ale i angielskie podpisy), więc z czystym sumieniem Wam tutaj opiszę fabułę. Uwaga, to nie będzie streszczenie, bo tego się nie da streścić, za dużo wątków, za bardzo poplątane, za bardzo dziwne :)

 

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/0/0c/Cafe_Waiting_Love_poster.jpg

Film zaczyna się spotkaniem studentów pierwszego roku z bardziej doświadczonym kolegą, członkiem jakiegoś klubu czy stowarzyszenia. Ówże klubowicz opowiada im o dziwnych wydarzeniach jakie mają miejsce na kampusie (przykład: pod prysznicem w męskiej łazience znaleziono odchody konia) oraz o chłopaku-dziwaku który kręci się od kilku lat po kampusie. Dziwak nazywa się A-Tuo i – jak dowiadujemy się w trakcie filmu, bo to będzie jeden z głównych bohaterów – wszystkie jego dziwactwa wynikają z przegranych zakładów: jako członek Klubu Żelaznej Głowy przegrał z członkiem Klubu Karateków (komu uda się złamać wszystkie cegły ustawione w stosik; karatece ręką czy A-Tuo głową) w związku z czym musiał zostać na studiach przez 7 lat; przegrał z członkiem Klubu Pływackiego zawody kto dłużej wytrzyma pod wodą na jednym oddechu (to, że pływak w wyniku tej próby zmarł to inna inszość, A-Tuo przegrał bo wynurzył się pierwszy i kropka) w związku z czym musi przez rok chodzić na wszystkie zajęcia w kostiumie bikini; przegrał z jakimś chłopakiem zawody komu uda się nasikać dłuższą linię na korytarzu akademika, w związku z czym musi przez rok wszędzie ciągnąć ze sobą na smyczy główkę kapusty pekińskiej (tą kapustę codziennie mył pod prysznicem i psikał utrwalaczem żeby mu nie spleśniała); nie pamiętam, jaki zakład przegrał, ale musiał przez rok wszędzie jeździć na rolkach; dodatkowo dowiadujemy się że koledzy się z niego wyśmiewają bo dziewczyna porzuciła go dla lesbijki.

 

Główna bohaterka – Si-ying – jest jedną ze świeżynek która słucha tych opowieści, ale nie wydaje się nimi zbytnio poruszona. Po zakończonym spotkaniu świeżynki dostają zadanie: pod koniec roku mają dostarczyć opowiadanie (tematyka dowolna) przewodniczącemu klubu, a w międzyczasie mają powynosić pudła ze szpargałami po starszych klubowiczach. Si-ying oczywiście pudło wypada z rąk, jeden z brulionów się otwiera i widzimy że cały jest pokryty notatkami jakiegoś super-baristy (rodzaje ziaren kawy, sposoby ich palenia, przepisy na kawowe napoje, maszyny, łyżeczki, filiżanki, itp). Si-ying, zafascynowana, zostawia sobie ten notatnik i czytając go wchodzi na ulicy pod autobus.

 

Na szczęście kierowcy udaje się wyhamować w porę a roztrzęsionej dziewczynie pomaga wstać tajemniczy i przystojny nieznajomy (później dowiadujemy się że nazywa się Ze-yu) w ona którym natychmiast się zadurza i zaczyna go śledzić (klasyczna scena w bibliotece ze spoglądaniem sobie w oczy przez regały ponad książkami, równie klasyczne przekradanie się alejkami i te sprawy). Pewnego dnia Si-ying idąc za Ze-yu dociera do tytułowej kawiarni (tak jest, na szyldzie jest napisane „Cafe. Waiting. Love”) gdzie jest świadkiem jak baristka A Bu-si przyrządza klientom kawy na zamówienie – a znana jest z tego, że potrafi zrobić idealną kawę dla każdego, tylko trzeba jej powiedzieć coś o sobie (cały proces jest przekomiczny, klienci nie zamawiają espresso czy latte tylko mówią rzeczy w stylu „właśnie się rozwiodłam po dwudziestu pięciu latach nieudanego małżeństwa, hahaha, jestem taka szczęśliwa” i kobitka zaczyna tańczyć przed kontuarem albo „zrób kawę dla prawdziwego twardziela” mówi robotnik budowlany i pręży przed A Bu-si muskuły, a ona wrzuca do kawy oprócz cukru i mlecznej pianki: żółtka, rum, kwiatki, kurzą krew, karaluchy, czy inne niestandardowe „przyprawy”).

 

Si-ying stoi za kolumną i gapi się na przystojnego nieznajomego, a tymczasem do kawiarni wpada A-Tuo (niech przypomnę: w bikini, na rolkach i z kapustą na smyczy)  z kolegami i staje jak wryty – mianowicie okazuje się że A Bu-si (ta baristka) jest jego byłą dziewczyną, i nie zostawiła go dla lesbijki, tylko sama stwierdziła że jednak jest lesbijką. Koledzy o mało nie umierają ze śmiechu i zaczynają kpić z A-Tuo, czego nie wytrzymuje Si-ying, która staje w jego obronie i miesza ich z błotem. Zawstydzone chłopaki zwijają się z kawiarni a A Bu-si proponuje Si-ying pracę kelnerki, którą ta przyjmuje (mając nadzieję że będzie częściej widywać przystojnego nieznajomego).

 

Wdzięczny za obronę A-Tuo zaczyna łazić za Si-ying i w końcu się zaprzyjaźniają, po tym jak dziewczyna wpada na niego w kilku miejscach; okazuje się, że A-Tuo pracuje w restauracji, w pralni oraz jako sprzedawca kiełbasek, zbierając pieniądze na wielką wycieczkę dookoła świata w którą się uda jak już odbębni 7 lat na uniwersytecie (zakład!). W międzyczasie Si-ying pracuje jako kelnerka w tytułowej kawiarni, poznając jej melancholijną Właścicielkę która całymi dniami tylko siedziałaby przy oknie i gapiła w przestrzeń smutnym wzrokiem – jak się okazuje, Właścicielka nie może pić kawy, chociaż bardzo by chciała, bo ma bardzo delikatny żołądek; mimo wszystko A Bu-si próbuje przyrządzić dla niej idealną i delikatną kawę (raz podobno ta sztuka się udała), niestety bezskutecznie. Ku wielkiej uciesze Si-ying tajemniczy nieznajomy przychodzi do kawiarni codziennie i siada przy tym samym stoliku – niestety codziennie z inną dziewczyną, które jednak nie poświęcają mu zbyt wiele uwagi (czytają, uczą się, gadają przez telefon).

 

Mija trochę czasu, A-Tuo zakochuje się w Si-ying i wciąga ją w swoje zwariowane życie: zaprasza na seanse filmowe do swojego przyjaciela Bao, właściciela knajpy w której A-Tuo kucharzy. Po chwili okazuje się że Bao jest emerytowanym gangsterem, który młodość spędził grywając w filmach gangsterskich (głównie te filmy oglądają razem, Si-ying siedzi niewzruszona a Bao i A-Tuo chlipią w chusteczki) a i teraz jego restauracja jest tylko przykrywką i służy głównie za miejsce negocjacji walczących ze sobą gangów, w związku z czym serwowane tam jedzenie jest sprawą naprawdę drugorzędną i tak naprawdę A-Tuo potrafi przyrządzić tylko smażony ryż (swoją drogą pyszny). Przepisu na tenże smażony ryż A-Tuo nauczył się od swojego drugiego pracodawcy, Cioteczki Jin-dao która obecnie jest właścicielką małej pralni – jak się później okazuje to ona była kiedyś kucharką w knajpie Bao; mało tego, była jego żoną i grywała z nim w filmach, a rozeszli się 16 lat temu bo Bao niepochlebnie wyraził się o jej kuchni podczas mediacji między gangsterami, w związku z czym Cioteczka Jin-dao zrobiła sajgon, walnęła męża kilka razy patelnią i poszła sobie obiecując, że nie odezwie się do niego dopóki nie przeprosi. Bao oczywiście ani myślał przepraszać pierwszy, też strzelił focha i tak od 16 lat nie rozmawiali ze sobą... dopóki młodociany gang motocyklowy, który lekceważy Bao i jego rolę miediatora dla bandytów, nie napada na A-Tuo i Si-ying. Sytuację ratuje Cioteczka Jin-dao, która wpada w sam środek akcji z dwoma rzeźnickim tasakami i z drobną pomocą Bao, który też akurat tamtędy przechodził, w prawdziwie filmowym stylu ratuje im skórę. Oczywiście taka sytuacja zbliża, Bao i Cioteczka Jin-dao wpadają w swoje objęcia i mamy jeden z happy endów w tym filmie.

 

Tymczasem Si-ying pracuje w kawiarni już ponad trzy miesiące i w końcu wymusza na A Bu-si żeby opowiedziała jej historię melancholijnej Właścicielki, która leci mniej więcej tak (skracam, bo już nie mam do tego filmu siły): Właścicielka miała kolegę, który się w niej zakochał; niestety, Właścicielka zakochała się z wzajemnością w szkolnym reprezentancie drużyny koszykówki i prowadzała się z nim na oczach kolegi. Pewnego dnia kiedy z kolegą kupowała prezent walentynkowy dla koszykarza kolega nie wytrzymał i pękł, wyznając jej miłość a ona kazała mu spadać na bambus. Szczęśliwie dla niego akurat wtedy policja ścigała niebezpiecznego bandytę, który się ostrzeliwał; kolega zasłonił Właścicielkę własnym ciałem, dostał kulkę a ona zrozumiała że tylko prawdziwa miłość tak się poświęca i zmieniła zdanie, rzuciła koszykarza, związała się z kolegą i po skończeniu studiów otworzyli razem kawiarnię (tą samą w której teraz przesiaduje). To właśnie koledze udało się przyrządzić raz tą wyjątkową i delikatną kawę która nie podrażniała jej żołądka – niestety, tego samego wieczoru zginął pod kołami ciężarówki i od tego czasu – a będzie już paręnaście lat - Właścicielka nie pija kawy tylko siedzi smutna i melancholijna w kącie swojej własnej kawiarni i wzdycha za zmarłym ukochanym.

 

Si-ying oczywiście się wzrusza, że taka miłość, i patrzy rozmaślonym wzrokiem za przystojnym nieznajomym, który – razem z A-Tuo – przysłuchuje się tej historii. Wszyscy wyciągają właściwy wniosek, mianowice że z wyznaniem miłości nie należy zwlekać bo nigdy nic nie wiadomo, i wypadki nabierają tempa: następnego dnia A-Tuo wyznaje Si-ying miłość, wyciągając z jej włosów gorące kiełbaski.... i tutaj mamy kolejną historię-w-historii: mianowicie małym A-Tuo rodzice się nie interesowali, w związku z czym stopniami i przeżyciami szkolnymi dzielił się ze staruszkiem sprzedającym kiełbaski na jego ulicy. Staruszek traktował go trochę jak syna, trochę jak ukochanego wnuczka, za każdym razem częstował kiełbaskami i cieszył się z jego sukcesów. Niestety, pewnego dnia staruszek zmarł i jego duch przyszedł się zobaczyć z małym A-Tuo po raz ostatni; porozmawiali sobie od serca o śmierci i życiu i staruszek obiecał chłopaczkowi że kiedy naprawdę pokocha jakąś dziewczynę, będzie potrafił wyciągnąć z jej włosów kiełbaski, takie same jakimi częstował go staruszek, a jeśli dziewczna uczucie odwzajemi, to na jej głowie pojawi się gorący i pyszny imbirowy pudding; po czym duch staruszka zniknął.

 

Niestety, chociaż A-Tuo wyciąga z włosów Si-ying kiełbaskę za kiełbaską nie ma ani śladu imbirowego puddingu, znaczy się – dziewczyna go nie kocha. W związku z czym nasz bohater pakuje manatki i szykuje się na swoją wielką wyprawę, bo już uzbierał wystarczającą ilość pieniędzy i pokończyły się wszystkie jego zakłady (znaczy, już nie musi chodzić w bikini, z kapustą na smyczy i na rolkach; minęło również 7 lat na uniwerku). Si-ying w tym czasie też nabiera śmiałości i wyznaje miłość tajemniczemu nieznajomemu, czyli Ze-yu.... i tutaj mamy kolejny zwrot akcji, okazuje się bowiem że Ze-yu jest duchem, a konkretnie: duchem ukochanego Właścicielki, tego który zginął pod kołami ciężarówki, nikt oprócz Si-ying go nie widzi i wszyscy patrzą na nią dziwnie kiedy rozmawia z powietrzem, żywo gestykulując. Ze-yu prosi Si-ying żeby w jego imieniu napisała niezwykle łzawy i romantyczny list do Właścicielki (jako duch nie może odejść w zaświaty bo ona cały czas o nim myśli i żyje przeszłością) oraz pokazuje jej w którym miejscu w swoim brulione super-baristy zapisał przepis na niepodrażniającą żołądka kawę (tak, to jest ten sam notatnik który Si-ying wyciągnęła z kartonów ze szpargałami w pierwszych minutach filmu). Ze-yu mówi również naszej bohaterce że kierowca autobusu wcale nie wyhamował tak sam z siebie, bo jej zupełnie nie widział, tylko A-Tuo wbiegł na jezdnię i uchronił ją przed pewną śmiercią. W tym momencie pojawiają się wszędzie czerwone nitki, które według chińskiej legendy są niciami losu, i łączą ze sobą ludzi którzy są sobie przeznaczeni.

 

Domyślacie się co teraz będzie? Tak jest, Si-ying, patrząc na swoją czerwoną nitkę która w żaden sposób nie jest przywiązana do Ze-yu, dochodzi do wniosku że jednak kocha A-Tuo, wsiada na skuter i jedzie na lotnisko żeby go zatrzymać; niestety, nie zdąża, i podczas kiedy chlipie z żalu na czerwonym świetle (a ponad nią widać jak samolot z A-Tuo na pokładzie startuje na tle nocnego nieba) kobieta podróżująca samochodem na pasie obok zwraca uwagę że coś ma na głowie; nasza bohaterka ściąga z kasku wielką miskę pełną parującego puddingu imbirowego, kobieta z samochodu pyta, czy smaczny, i Si-ying, wciąż chlipiąc, odpowiada że tak, jest pyszny.

 

Rok później Si-ying wciąż pracuje w kawiarni „Cafe. Waiting. Love”, jako projekt oddała opowiadanie o Ze-yu, Właścicielce i sekretnej delikatnej kawie, A Bu-si dalej robi ludziom kawy z których jest słynna, Właścicielka nie jest już melancholijna (może dlatego że codziennie pija swoją specjalną kawę?)...aż wtem! drzwi otwierają się, staje w nich A-Tuo z plecakiem, obwieszony tandetnymi pamiątkami z podróży (korkowy hełm, papuga na łańcuszku, dzida, kolorowe maski, te sprawy), Si-ying podchidzi do niego i tadam! Zdejmuje ze swojej głowy miskę z puddingiem imbirowym do którego następnie wkłada dwie kiełbaski które wyciągnęła ze swoich włosów, A-Tuo się uśmiecha, mamy happy end. Kurtyna. Uff.

 

Cała powyższa historia została zmieszczona w 90 minutach filmu, który był całkiem sprawnie nakręcony, bez żadnych dłużyzn i niekiedy z przepięknymi ujęciami. Muszę powiedzieć że chlipnęłam sobie raz czy dwa (np. przy historii z duchem dziadka sprzedającego kiełbaski), ale to nic w porównaniu z tym jak ryczały Chinki (bo w ogóle byłam jedynym obcokrajowcem na tym seansie)... za to uśmiechnęłam się może z raz, podczas kiedy Chińczycy turlali się ze śmiechu co dziesięć minut (dwie opcje: albo to nie moje poczucie humoru, albo jednak dużo się „zgubiło” przy tłumaczeniu), oraz byłam jedyną osobą która w niektórych momentach z zażenowania robiła facepalm. Tak czy owak, nie żałuję! Tyle rozrywki za 65 dolarów! ;)

 

Przyznać się, kto uczciwie doczytał do końca? W nagrodę macie zwiastun z angielskimi podpisami :)

Pozdrawiam,

Weronika


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Uwaga, plebs pluje jadem!

piątek, 24 października 2014 5:52

 

Ostatnio przeczytałam na Gazeta.pl coś, co podniosło mi ciśnienie lepiej niż wiadro kawy - był to felieton Macieja Nowaka na temat transmisji spektakli teatralnych w kinach. Żebyście wiedzieli czemu mnie tak ruszyło proszę, tutaj link do felietonu.

 

Zacznijmy może od tego że oglądałam w kinie wszystkie trzy transmisje National Live Theatre które pokazywano w Hong Kongu: "Audiencje" z Helen Mirren, "Frankensteina" z Cumberbatchem i Millerem oraz "Koriolana" z Gatissem i Hiddlestonem....i gdyby pokazywano ich więcej, obejrzałabym więcej!! Co gorsza, kupiłam już bilety ne transmisję "Dziadka do orzechów" w wykonaniu Bolszoj na przyszły rok, i możliwe że na transmisję oper z Met też kupię (o ile daty będą nam pasować).

 

Ponadto robię inne rzeczy które p. Nowak piętnuje: kupuję ciuchy w galeriach handlowych, książki w supermarketach i wielkich księgarniach sieciowych (przez internety też czasami kupuję!), czytuję ebuki na czytniku, oglądam seriale telewizyjne i czasami (o zgrozo!) jadam również popcorn w kinie.

 

Dodatkowo - nie jest to wspomniane w felietonie, ale co tam, jak już się tak przyznaję to hurtem do wszystkiego - do kina najczęściej chodzę na miłe i przyjemne dla oka produkcje wielkobudżetowe (o zgrozo, oglądałam wszystkie filmy Marvela o komiksowych superbohaterach, włączając w to Lokiego w wykonaniu Hiddlestona), w telewizji oglądam seriale popularne (na przykład takiego Sherlocka na podstawie prozy Doyla, w którym gra Cumberbatch a który rezyseruje Gatiss) a czytam najróżniejsze typy książek, nie tylko te poważne i uznane przez krytykę i nominowane do Nike (na przykład siedząc z Tygrysem w szpitalu na poprawę humoru świetnie mi wchodziła seria o Stephanie Plum czytana na Kundelku).

 

Jednym krótki słowem, w oczach p. Nowaka jestem plebsem - z powodów jak wyżej. Bo przecież ach! teatr w kinie to świętokradztwo! To neokolonialne tłamszenie rodzimej sceny! To nic, że jak napisała Zwierz Popkulturalny (ogólnie bardzo polecam jej wpis), takie transmisje są jak gwiazdka z nieba dla ludzi którzy nie mają pieniędzy i/lub czasu żeby latać do Londynu oglądać na żywo. Jak ktoś nie ma kasy to niech w domu siedzi, bo przecież to jest oczywista oczywistość że teatr tylko dla bogatych i obytych! A jak ktoś mieszka dalej niż w Polsce, to dla bardzo bogatych!!

 

Bo nawet przyjmijmy że z Warszawy do Londynu da się polecieć Ryanairem za 150zł, przenocować w jakimś hostelu za kolejne 200zł plus kupić najtańszy bilet do National Theatre za - nie wiem, 150zł? no załóżmy - i żyć na kanapkach przywiezionych z domu... razem zamykamy się w 600zł (spokojnie, umiem dodawać, dorzuciłam stówkę na nieprzewidziane wydatki :). Załóżmy, że uda się to wszystko zrobić w weekend, więc praca/ studia/ rodzina nie ucierpią. Załóżmy nawet że te 6 stów każdy dałby radę wydać, pomijając takie drobnostki jak to że przecież nie każdy mieszka w Warszawie albo innym mieście które ma bezpośrednie i tanie połączenia lotnicze z Londynem; że ktoś może pracować w weekend; że ktoś może być samotnym rodzicem i musi załatwić na te 2 dni opiekę do dzieci; że te 6 stów to dla kogoś może być pół pensji. Ależ przecież, nie bądźmy tacy drobiazgowi!

 

To teraz spójrzmy poza czubek nosa p. Nowaka i weźmy na przykład taką mnie. W idealnym świecie p. Nowaka chęć obejrzenia Koriolana oznacza że muszę się wybrać do Londynu - spójrzmy na logistykę takiego przedsięwzięcia (no i na koszty). Taki na przykład lot trwa co najmniej 14 godzin, więc wypad na weekend odpada, bo nie uda się polecieć tam i z powrotem w dwa dni. Po prostu się nie da, praw fizyki pan nie zmienisz. No więc biorę jeden dzień wolny w pracy (opcja minimum, wylatuję w piątek o północy z Hong Kongu, jestem na miejscu w sobotę rano, w sobotę wieczorem spektakl, powrót z Londynu w niedzielę około południa, czyli ląduję tutaj w poniedziałek wczesnym popoludniem). Dojazd na lotnisko. Do tego dochodzi bilet na przedstawienie, jeden nocleg w Londynie, jakieś jedzenie (a nie, mogę przecież wziąć ze sobą zapas kanapek z domu! to jedzenie odpada). Ale kawa, kawa (albo inny Red Bull) koniecznie, 7 lub 8 godzin różnicy czasowej to nie w kij dmuchał a płynów (kawa z domu, w jakims termosie albo i dwóch) nie pozwolą mi wziąć do samolotu. Dziećmi opiekuje się niania, ale ona niedzielę ma wolną, więc muszę znaleźć kogoś na tą niedzielę (bo zakładam że Tomek leci ze mną - chociaż, gdybym go zostawiła w domu to koszty opiekunki odpadają, więc może niech nie leci?). Dzień wolny od pracy też mnie kosztuje, bo przez wypadek Tygrysa wykorzystałam wszystkie pozostałe dni płatnego urlopu i zostaje mi tylko urlop bezpłatny - to przeciętnie 1/23 pensji.

Koszty, lekko licząc, to minimum 4 tysiące złotych na osobę (zakładam, że wszystko kupuję po taniości, kanapki przywożę ze sobą a Tomek zostaje w domu żeby zająć się dziećmi). 4 tysiące to jest około 9 tysięcy dolarów hongkońskich - kwota nie do wydanie dla większości tutejszych gospodarstw domowych, w których mediana miesięcznego dochodu na dorosłego wynosi 12 tysiecy dolarów [dla osób nieobeznanych ze statystyką - mediana oznacza, że dokładnie 50% populacji ma do dyspozycji miesięcznie mniej niż 12 tysięcy dolarów, a 50% - więcej].

 

Dla porównania - bilet w Polsce na transmisję National Theatre w kinie kosztuje 15 do 20 złotych (vs. 6 stów). W Hong Kongu aż 190 dolarów, czyli drożej bo ok 80 złotych (vs. 4 tysiące).

 

Jak widać, jestem plebsem, i znajduję się, jak sądzę, w doborowym towarzystwie... w dodatku jestem plebsem biednym (bo mnie nie stać) albo, co gorsza, skąpym (bo nie chcę wydać 4 tysięcy na "sztukę" i "kulturę").

 

Panu Nowakowi już podziękuję - tym wpisem zagwarantował sobie że już nigdy więcej nie przeczytam żadnego jego felietonu, nieważne na jaki temat, a jak przypadkiem zobaczę go w telewizji to zmienię stację.

 

Pozdrawiam,

Wasz hongkoński plebs


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Co się dzieje w Hong Kongu?

wtorek, 30 września 2014 15:13

 

O aktualnej sytuacji w Hong Kongu pisze moja koleżanka (a tak, Hong Kong jest mały i wszyscy się tutaj znamy), dziewczyna prowadząca blog Hong Kong Dreaming. Ponieważ nie ma co się powtarzać, wklejam linka do jej bloga - przeczytajcie, warto!

 

http://hongkongdreaming.pl/?p=1047

 

Pozdrawiam,

Weronika

 

PS. Protest nie dotyka nas bezpośrednio, bo mieszkamy i pracujemy z dala od Central, Admiralty i Mong Kok - jedyna niedogodność z jaką się spotkałam w ciągu ostatnich dwóch dni to tłumy ludzi w metro (bo wiele lini autobusowych kursujących przez dzielnice Central, Admiralty i Mong Kok zostało zawieszonych). Zobaczymy jak sytuacja się rozwinie jutro, i miejmy nadzieję że wojska Chińskiej Armii Ludowej, od kilku dni postawione w stan gotowości i będące na manewrach w Shenzhen nie zostaną użyte przeciwko protestującym.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Plany, wyjazdy, urlopy

wtorek, 23 września 2014 7:34

 

W Hong Kongu rok jest tak ustawiony, że niestety większość świąt państwowych jest w pierwszej połowie roku: 1 stycznia, trzy dni z okazji Chińskiego Nowego Roku (to święto ruchome, w 2014 bylo na przełomie stycznia i lutego, w 2015 będzie w połowie lutego), 5 kwietnia (święto Ching Ming), potem Wielkanoc (wolne od pracy są Wielki Piątek, Wielka Sobota i Lany Poniedziałek), potem 1 maja (święto pracy!), potem 6 maja (urodziny Buddy – to, u diaska, też jest święto ruchome, w 2015 wypada 25 maja! Jak można obchodzić urodziny co roku w innym dniu?!), potem święto Tuen Ng (tak, zgadliście- ruchome! w 2014 obchodzone 2 czerwca, w 2015 – 20 czerwca), potem 1 lipca (data ustanowienia SAR Hong Kong – zawsze ten sam dzień, no cóż za ekstrawagancja).... a potem długo, długo nic, i człowiek siedzi w lipcu, sierpniu i wrześniu w mieście, w upale i skwarze, i nie bardzo ma jak pojechać na jakieś wakacje, bo urlopu mało a świąt niet.

 

Dopiero pod koniec roku zaczyna się coś delikatnie rozkręcać: dzień po Święcie Śródjesieni (w tym roku 9 września, wyjątkowo wcześnie! W 2015 będzie pod koniec września), potem 1 października (Dzień Niepodleglości) i 2 paźdzernika (święto Chung Yeung – do kroćset! Znów ruchome! W 2015 będzie 21 października!), a potem już tylko 25 i 26 grudnia (Boże Narodzenie), i zaczynamy całą zabawę od nowa.

 

Ja, jako Polka wychowana na idei kombinowania i długich weekendów, już w styczniu siadam z kalendarzem i usiłuję tak rozplanować rok żeby wycisnąć ile się da z moich marnych 15 dni płatnego urlopu (i dziesięciu bezpłatnego, ale ciiii! To tajemnica, o której mam nikomu w pracy nie mówić, bo się rozbestwią i też będą chcieli! Tylko jak nie mówić kiedy widać, że mnie w pracy nie ma więcej niż ustawa przewiduje?). Ku mojemu zdumieniu, Honkiesy – którzy według prawa na dzień dobry w pracy dostają 7 dni (powtórzmy, bo to nie literówka: SIEDEM) dni urlopu rocznie, przy czym w pierwszym roku pracy teoretycznie nie przysługuje żaden urlop, te 7 dni się dostaje dopiero PO przepracowaniu 12 miesięcy na umowie o pracę... a po dwóch latach przysługuje dodatkowy dzień urlopu, i tak co rok do uzyskania oszałoamiających 14 dni.....  jej, to moja firma jest taka kochana, na dzień dobry daje 10! A im wyższe stanowisko, tym więcej urlopu – dyrektor lub wyżej dostaje 20 dni! To ja nawet nie wiedziałam że pracuję w tak przyjaznej pracownikom firmie!! (czujecie ten sarkazm, prawda? prawda??) – no więc te Honkiesy, które urlopu mają co kot napłakał, nie kombinują w ogóle! Jak kiedyś powiedziałam mojej koleżance czemu mam tak pokreślony dziwnie kalendarz i objaśniłam ideę „pomostów”, że np.  święto jest w czwartek, to bierzesz wolne w piątek i dzięki temu masz długi weekend, 4 dni wolnego, i już można gdzieś blisko wyskoczyć na miły urlopik, na Hainan na przykład czy do Singapuru, to zrobiła oczy jak spodki... po czym szybciutko zaczęła robić to samo, hehe :)

 

Moja firma jest również taka kochana że z własnej i nieprzymuszonej woli dorzuca jeden dzień urlopu z okazji urodzin – to znaczy możesz wziąć wolne dokładnie w dniu urodzin, a jeśli urodziny wypadają w weekend, to w piątek albo w poniedziałek – oraz w ważne chińskie święta wypuszcza ludzi do domu wcześniej... To w ogóle jest śmieszne, więc opowiem dokładniej: bardzo dużo chińskich świąt polega na tym, że trzeba zjeść bardzo dużą i wystawną i trwającą godzinami kolację z rodziną. Ta kolacja potrafi trwać do północy albo i dłużej, więc w Hong Kongu jest praktyka żeby nie dawać wolnego W święto, tylko dzień PO, żeby ludzie mogli odespać po tej kolacji (np. wolny jest dzień po Święcie Śródjesieni, a nie samo święto). Ale ktoś oczywiście tą kolację musi przygotować, ktoś musi w tych przygotowaniach pomóc, itd., itp. – więc nasza firma w dniu Święta Śródjesieni oraz w Wigilię wysyła zazwyczaj około południa maila którego treść można sprowadzić do: „jesteśmy tacy kochani, o 16.00 możecie iść do domu, miłego świętowania!”. I są to jedyne dni w roku w których nikt w biurze nie wysiaduje nadgodzin – o 16.05 wszystkie biurka są puste a ludzie na łeb na szyję lecą do domu. Podobny popłoch i rejteradę z miejsca pracy widzę tylko przy okazji komunikatów pogodowych:  zasada jest taka, że kiedy Obserwatorium wyda komunikat o nadciągającym tajfunie który za kilka godzin osiągnie siłę T8, nasze HRy wysyłają maila do wszystkich pracowników radząc im iść do domu – i znów, w przeciągu pięciu minut nikogo nie ma w biurze a w MTR są takie kolejki że się dopchać nie można.

 

Wracając do tematu – przemęczyliśmy się w lipcu i sierpniu w mieście, wyjeżdżając na króciutko tylko do Macau i na Hainan, we wrześniu nawet nigdzie nie planowaliśmy wyjazdu bo Tomek ma w firmie budżetowanie i nie ma sensu jechać gdziekolwiek jeżeli i tak musiałby po nocach pracować, za to w październiku, haha! W październiku tak się fajnie złożyło że środa i czwartek są wolne (1 i 2 października), w piątek wzięliśmy urlop i tym sposobem mamy 5 dni wolnego!

 

Całe pięć dni które zamierzaliśmy spędzić w Seulu... Już kupiłam bilety lotnicze i zarezerwował hotel, i mieliśmy całe pięć dni zwiedzać pałace i świątynie, jeść kimchi w dzielnicy tradycyjnych domków koreańskich, odwiedzić PSY w dzielnicy Gangnam i poszwendać się po parkach, napawają się dawno nie widzianą jesienią - bo według słów mojego kolegi z pracy, rodowitego Seulczyka, październik to idealna pora na wizytę w jego mieście: nie za ciepło, nie za zimno, mało ludzi i piękna jesienna pogoda...

 

Mój kolega z pracy (tak naprawdę żaden tam kolega, bo to pan po czterdziestce który jest VP, czyli Vice President, Wiceprezydentem całej firmy; bardzo miły i pomocny ale to jednak nie mój świat – ma face swoje własne biuro, a nie siedzi w ołpenspejsie :) już się do pomysłu zapalił, zaprosił mnie na kawę do siebie do gabinetu i przez pół godziny roztaczał przede mną wizje jaki to Seul nie jest wspaniały (podobno jest) i czego ja tam nie powinnam zobaczyć (tak naprawdę to wszystko jest warte obejrzenia). Z bólem serca zgodził się że może z dwójką dzieci i w pięć dni niekoniecznie zobaczę WSZYSTKO i trochę ograniczył autopromocję swojego miasta, ale i tak byłam przytłoczona ilością rzeczy które „absolutnie trzeba” (bo Koreańczycy mają trochę hopla na punkcie swojego kraju, taki patriotyzm w wersji hiper, i uważają że ich kraj jest najfajniejszy a język najpiękniejszy i w ogóle biedni wszycy, którzy nie mają koreańskiego paszportu – naprawdę powiedziałabym że już Japończycy są mniej hurra-patriotyczni!).

 

W grudniu też chcieliśmy dać czadu – najpierw miała być Nowa Zelandia ale jak zobaczyłam ceny biletów to usiadłam! Wystarczy powiedzieć że za cenę biletów (tylko biletów!) do Nowej Zelandii dla naszej czwórki mieliśmy dwa lata temu ośmiodniowy wyjazd na narty do Japonii, do czterogwiazdkowego ośrodka ClubMed w wersji all inclusive (przez całe osiem dni zapłaciliśmy dodatkowo tylko za dwie kawy na lotnisku, bo byliśmy bardzo niewyspani, za małą paczkę pieluch dla Jaśka, za dwie saszetki proszku do prania i za zrobienie dwóch prań, co i tak mieliśmy w planach – ale to były grosze!) – i to wcale nie były bilety w opcji wypasistej, tylko rozsądnej (czytaj – z max. jedną przesiadką w każdą stronę, bo dzieci, i w klasie ekonomicznej). Na dwa tygodnie (bo więcej urlopu nie dostanę; Tomek by może i coś zaczarował, ale u mnie nie ma mowy) to się po prostu nie opłaca, koniec i kropka. Więc Nową Zelandię sobie zostawiliśmy na ten moment kiedy będziemy się wyprowadzać z Hong Kongu (to jeszcze co najmninej rok-dwa lata, ale plan już mamy: pojedziemy na miesiąc-dwa, wypożyczymy samochód i obskoczymy Fidżi, Nową Zelandię i Australię, i wrócimy już do nowego domu, gdziekolwiek to będzie).

 

Następny w kolejce był plan zwiedzenia Sri Lanki, który zapowiadał się całkiem obiecująco, już nawet ustaliłam plan podróży i znalazłam bilety w przyzwoitej cenie....

 

Cóż, niestety, i Seul i Sri Lanka muszą poczekać – z Jaśkiem z nogami w gipsie (październik) i tuż po wyjęciu nóg z gipsu (grudzień) nie będziemy nigdzie szaleć, w październiku zostaniemy w Hong Kongu a w grudniu, o ile lekarz pozwoli, polecimy gdzieś niedaleko na plażę, żeby Jasiek mógł trochę poćwiczyć nogi w basenie, w morzu i na piasku i żeby to za bardzo nie wyglądało na rehabilitację, bo wtedy oczywiście nic z tego nie wyjdzie. Myślimy o Tajlandii, Bali, Okinawie albo Indonezji, zależy gdzie będzie w miarę przyzwoita pogoda i niezbyt drogie loty - wszystkie rekomendacje mile widziane!

 

A jak tam Wasze plany na końcówkę roku? Jakiś szalony Sylwester gdzieś planujecie?

 

Pozdrawiam,

Weronika


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Doświadczenia z publiczną służbą zdrowia w Hong Kongu

środa, 10 września 2014 15:24

 

Ostatnio zostaliśmy zmuszeni do zapoznania się bliżej z publiczną służbą zdrowia w Hong Kongu -  pod koniec sierpnia w Tygrysa na przejściu dla pieszych wjechał samochód i karetka odwiozła go do Szpitala Księżniczki Małgorzaty (Princess Margaret Hospital, w skrócie PMH).

 

Do wypadku doszło na przejściu dla pieszych tuż przed naszym domem - Marysia wracała z chłopakami do domu, Antek był w wózku, Jasiek szedł obok i jakoś tak wyszło, że przy przechodzeniu ulicy, oczywiście na zielonym i na pasach, Jasiek szedł trzy kroki przed wózkiem pomimo upomnień niani i nawoływań do powrotu.... i kiedy właśnie wracał żeby wziąć ją za rękę, wjechała w niego taksówka. Z tego co wiemy z relacji niani i świadka (pasażerki tej taksówki) kierowca wjechał na pasy na czerwonym świetle i rozmawiał przez telefon komórkowy, badziewiarz jeden! Czekam na pełny raport policji mając nadzieję że facetowi już nigdy nie oddadzą prawa jazdy i że pójdzie siedzieć!

 

Tygrys zaraz po wypadku został karetką przewieziony do PMH ponieważ ten szpital "specjalizuje się" w wypadkach drogowych w których udział brały dzieci - i za rekomendacją kilku lekarzy, którzy oglądali jego wyniki badań, został tam przez 9 dni, z czego jeden na OIOMie i 8 na oddziale ortopedii dziecięcej. Na szczęście nie odniósł żadnych obrażeń narządów wewnętrznych, mózgu ani kręgosłupa, niestety złamane okazały się obie nogi (po jedno zlamanie na każdą nogę) - drobiazgów takich jak zadrapane czoło czy posiniaczony łokieć nie liczę.

 

Przez te 9 dni byliśmy z nim cały czas (ja w te pędy wróciłam z biura, Tomek rzucił wszystko i przyjechał do nas z Chin), z wyjątkiem pierwszej nocy - bo na dziecięcym OIOMie twardo pilnują godzin odwiedzin i o 22.00 wyrzucają do domu. Mnie przypadły wszystkie nocki na szpitalnym krzesełku (dokładnie tak samo tandetne, plastikowe i niewygodne jak w Polsce) bo faceci mają zakaz zostawania na dziecięcej ortopedii po 23.00.... plus kilka dni podczas których Tomek absolutnie musiał pracować; przez resztę czasu był z Tygrysem on i wtedy ja miałam okazję skonsultować diagnozę z tysiącem innych lekarzy w Polsce i Hong Kongu/ trochę odespać/ zobaczyć Pajtona/ pokazać się w pracy i nadgonić zaległości.

 

Chcieliśmy przenieść Jaśka do szpitala prywatnego, ale po konsultacjach zrezygnowaliśmy z tego pomysłu z dwóch powodów:

primo, transport z połamanymi kończynami to nie jest dobry pomysł (chyba że to absolutna konieczność),

secundo, w szpitalu publicznym mieliśmy dostęp do lekarza bardzo wąskiej specjalizacji który zoperował Tygrysa (chirurg ortopeda dziecięcy), czego nie gwarantował żaden szpital prywatny (chirurg ortopeda - tak, dziecięcy - nie).

 

Jasiek w szpitalu był bardzo dzielny i jak na swój wiek wzorowo współpracował z lekarzami, w miarę spokojnie i bez żadnych histerii, zalecana operacja nastawiania kości i unieruchomienia ich metalowymi szpikulcami przebiegła pomyślnie, rany goiły się ładnie i już w trzy dni po zabiegu Jasiek został wypisany do domu, gdzie szybko przyszedł do siebie - wrócił mu apetyt, już próbuje sam się poruszać, jest coraz bardziej samodzielny i kłóci się z Antkiem o zabawki (bo dostał tonę prezentów od naszych przyjaciół i oczywiście Młodszemu nie wolno ich dotykać, a on by tak bardzo chciał bo przecież wszystko, czym bawi się starszy brat jest takie fajne!). We wtorek idziemy na pierwszą wizytę kontrolną, ale póki co prognozy mówią o 6-8 tygodniach z unieruchomionymi nogami (to nie jest gips, tylko taki lżejszy odpowiednik), ok. miesiącu fizjoterapii i operacji usunięcia szpikulców za cztery do sześciu miesięcy, po którym to czasie powinien wrócić do sprawności sprzed wypadku, za co wszyscy mocno trzymamy kciuki!!

 

O ile ze strony medycznej pobytowii w szpitalu nie mogę niczego zarzucić (wszystkie decyzje były potwierdzane przez niezależnych ekspertów z Polski i HK), o tyle wszystko inne ma u mnie wieeeeelką krechę: pielęgniarek było mało i wymagały, żeby przy każdym dziecku cały czas ktoś był i pomagał (karmił, mył, aplikował lekarstwa, odprowadzał do toalety, itp); sala niby ośmioosobowa była zagęszczona do 10 osób bo tylu małych pacjentów było; jedzenie było monotonne i - moim zdaniem - mało odżywcze: na śniadanie congee, na obiad ryż z sosem, mięsem i warzywami, na kolację ryż z sosem, mięsem i warzywam; światło i telewizor na sali dziecięcej gaszono dopiero o 23.00 a pobudkę urządzano między 6.00 a 7.00 rano; rodzice mogli spać jedynie na plastikowych krzesłach obok łóżek dzieci; nikt nie dbał o ciszę i spokój (telewizor huczał, odwiadzający się przekrzykiwali, pacjentom komórki wyły na pełen regulator o każdej porze dnia i nocy).

 

Przyjaciele i znajomi stanęli na wysokości zadania: zapewniają Jaśkowi rozrywkę, odwiedzając nas w szpitalu i domu, kupili Tygrysowi tonę fajnych zabawek, pomogli przystosować dom do wymagań dziecka z nogami w gipsie, pożyczyli samochód z kierowcą żebyśmy mogli wygodnie przetransportować Młodego ze szpitala do domu, wspierają nas dobrym słowem i prywatnymi kontaktami do lekarzy, za co jesteśmy dogłębnie wdzięczni, i jeszcze raz w tym miejscu wszystkim dziękujemy.

 

Szefostwo moje firmy też pokazało klasę jakiej się po nich nie spodziewałam - nie, żeby to kolektywnie jakieś wredne potwory były, ale jednak tutaj jest przyjęte żeby dzieckiem się zajmowały pomoce domowe, nawet w takich okolicznościach - tymczasem szef mojego działu, jeden z wice prezydentów całej firmy, obiecał że mogę wziąć tyle urlopu bezpłatnego i pracować z domu tak często i długo jak będzie trzeba. I muszę powiedzieć, że póki co (tfu, tfu odpukać) słowa dotrzymuje: dwa tygodnie temu wzięłam w sumie 2,5 dnia urlopu, w ubiegłym tygodniu - 3 dni, w tym tygodniu 3 dni pracuję z domu i nikt złego słowa nie powiedział... mało tego, jeszcze z prywatnych pieniędzy zrzucili się na wielkie pudło LEGO dla Tygrysa!

 

A rzeczą już zupełnie niespodziewaną było wsparcie i pomoc ze strony lokalnych mam, członkiń fejsbukowej grupy HK Moms o której tu kiedyś wspominałam... niniejszym odwołuję wszystko złe, co na nie napisałam! Zupełnie obce mi osoby - bo "znamy się" tylko z internetów - załatwiły mi dojście do jednej z najlepszych lekarek z dziedziny chirurgii w ortopedii dziecięcej, która zupełnie za friko wydała drugą opinię o stanie Tygrysa i zweryfikowała plan lecznia; wysłały mi gadżety ułatwiające życie, takie jak wodoszczelna osłonka na gips do kąpieli; przysłały zabawki "żeby dziecko miało czym się bawić"; zaoferowaly pomoc w zabawianiu Jaśka (w sensie - że przyjdą ze swoim dzieckiem do mnie do domu żeby Młody miał towarzystwo w swoim wieku); jedna wykwalifikowana pielęgniarka i jedna fizjoterapeutka wysłały mi mailowo całą listę profesjonalnych zaleceń, porad i wskazówek jak się takim dzieckiem opiekować; i ogólnie bardzo dużo słów otuchy i miłych słów.

 

W sobotę przylatuje na 3 tygodnie mama Tomka żeby pomóc w opiece nad Tygrysem, a co będzie potem to się zobaczy - sporo planów mieliśmy i musieliśmy je wszystkie pozmieniać, to teraz wolimy niczego ze zbyt dużym wyprzedzeniem nie planować.

 

Pozdrawiam w imieniu Załogi G,

Weronika

 

PS. A wczoraj przypełzł pocztą rachunek za pobyt Tygrysa w szpitalu. Za 9 dni (1 dzień na OIOMie i 8 dni na ortopedii dziecięcej), wszystkie konieczne badania (tomografię komputerową mózgu i kręgosłupa, całościowe USG jamy brzusznej, ilości rentgenów nie zliczę, plus drobiazgi w stylu pełna morfologia), skomplikowaną operację w pełnym znieczuleniu robioną przez specjalistów chirurgów-ortopedów dziecięcych, lekarstwa i wyżywienie (prawda że według naszych standardów nader nędzne, ale chińskie dzieci jadły z apetytem) mamy zapłacić w sumie..... 550 hongkońskich dolarów, czyli około 230 złotych. Mam dziwne wrażenie że w Polsce taki sam zestaw w publicznej placówce wyniósłby jednak drożej!


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Wyjście do restauracji

niedziela, 17 sierpnia 2014 3:15

Jestem na takim etapie życia że wyjście do restauracji kojarzy mi się z lenistwem (nie chce mi się ani gotować, ani potem zmywać) oraz świętym spokojem (nikt nie będzie mnie ciągnął za nogawkę domagając się kawałka ziemniaka - Antek, ani nie zabierze sobie tego ziemniaczka sam, rozgrzebując mi przy tym połowę talerza - Jasiek, nikogo nie będę musiała uspokajać ani rozdzielać).


Oczywiście wychodzimy z dziećmi do restauracji - prawie w każdą niedzielę jesteśmy w PizzaExpress gdzie Jasiek sam składa zamówienie, zawsze takie samo: kluski z szynką, sok pomarańczowy i na deser bułeczki z Nutellą; Antek też z nami chodzi, ale on póki co dostaje tylko do pomemłania paluszki chlebowe, a poza tym je swój obiad ze słoiczków (to też dla niego święto, bo normalnie jada domowe obiadki)

photo 1.JPG

 

photo 2.JPG

 

W ogóle PizzaExpress jest bardzo przyjazna dzieciom i w weekendy bardziej przypomina przedszkole niż restaurację :) Ale teraz mowa o wyjściach tylko we dwoje - zdarza się nam, a jakże! Czasami częściej niż zazwyczaj - i w ubiegłym tygodniu był właśnie "ten czas". Nie, nie obchodziliśmy grupowych urodzin/ imienin/ spóźnionych Walentynek :) W ubiegłą niedzielę zakończyła się po prostu kolejna edycja “Restaurant Week”.

 

Na czym polega "Restaurant Week"? To bardzo proste – uczestniczące w wydarzeniu restauracje przez określony czas (wcześniej to był tydzień, w tym roku zmieniono formułę tak, żeby obejmowała dwa weekendy, czyli 10 dni, od piątku do kolejnej niedzieli), oferują określone menu (podane zawczasu do wiadomości), zazwyczaj w porze lunchu (najczęściej od 11.30 do 14.00) i kolacji (18.00 – 22.00), chociaż czasami niektóre placówki oferują tylko jeden posiłek dziennie.

 

Rezerwacji dokonuje się przez specjalną stronę – www.restaurantweek.hk – gdzie bardzo czytelnie przedstawiona jest dostępność stolików w poszczególnych restauracjach, oceny klientów z poprzednich edycji „restaurant week”, menu, no i ceny.

 

Ceny w ogóle stanowią clou całej imprezy – są mianowicie tak niskie żeby zachęcić do odwiedzin i spróbowania konkretnej kuchni ludzi, którzy normalnie by się nie zdecydowali (bo to nie ich bajka, bo za drogo, bo nie ma okazji, i takie tam inne wymówki). Są dwie kategorie cenowe:

$ - lunch za $158, obiad za $328

$$ - lunch za $248, obiad za $438

Napoje (oprócz wody i tych wyszczególnionych w menu) oraz wszelkie „dodatki” nie uwzględnione w menu są płatne dodatkowo.

 

Z poprzednich edycji pamiętam, że była jeszcze jedna, niższa kategoria cenowa (z pamięci – lunch za ok. $120, obiad za ok. $260), ale najwyraźniej uznali że im się to nie opłaca.

 

Czy $$ to tanio? Jeżeli weźmie się pod uwagę że w tej kategorii można zjeść lunch za 100zł i obiad za 175zł w restauracji z gwiazdką Michelin, albo takiej w której normalnie za taki sam zestaw zapłacilibyśmy cztery do pięciu razy więcej, to moim zdaniem – jak najbardziej!

 

Bo w tym właśnie tkwi siła tego wydarzenia – biorą w nim udział naprawdę dobre restauracje, a nie żadne odrapane budki w chińszczyzną z lokalnego ryneczku. Fakt, nie jest ich zbyt wiele – około 80 – ale i tak można wybierać i przebierać i zawsze się znajdzie coś ciekawego: a to kuchnię holenderską, tajską, hinduską czy hiszpańską, najróżniejsze kuchnie Chin, lunch z dimsumami „jedz ile zmieścisz”, stekownię, eksperymentalną wariację na temat kuchni francuskiej czy nowoczesną wersję kuchni europejskiej w której wszystkie potrawy są z wieprzowiny (nie żartuję – knajpa się nazywa Salted Pig i chociaż nie powaliła nas na kolana, to koncept był interesujący a wszystkie potrawy całkiem-całkiem :) ).

 

Oczywiście najlepsze restauracje zostają zarezerwowane na pniu, a że system jest trzystopniowy (najpierw kilka dni mają na zaklepanie terminów klienci jakiejś karty w jakimś banku - Visa City, chyba – ale nie jestem pewna, bo ja się nie łapię; później kilka dni mogą rezerwować ludzie zapisani jako „fani wydarzenia”, do których hasło dostępu na stonę z rezerwacjami wysyłane jest mailem – to ja!; na koniec rezerwacja otwierana jest „dla mas”), to czasami pozostaje tylko obejść się smakiem.... Mnie na przykład udało się zjeść dwa razy w restauracjach z gwiazdkami Michelina tylko i wyłącznie dlatego, że w tegorocznej edycji zimowej mogłam pójść na lunch w środku tygodnia (urlop macierzyński na coś się jednak przydaje :), bo WSZYSTKIE terminy kolacyjne zostały zarezerwowane w pierwszym rzucie.

 

Ponieważ obłożenie jest olbrzymie, organizatorzy są bardzo rygorstyczni w sprawie spóźnień (stolik czeka tylko przez 15 minut) oraz tzw. „no-show” – jeżeli nie odwołasz rezerwacji co najmniej na godzinę przed początkiem serwowania lunchu czy kolacji i po prostu się nie pojawisz, dostajesz żółtą kartkę; po kolejnym takim numerze zawodnikowi wręczana jest czerwona kartka, wpisywamy jest na czarną listę i przez kolejny rok nie ma możliwości rezerwacji stolików na Restaurant Week. Ale trzeba im oddać sprawiedliwość - dokładają wszelkich starań żeby o rezerwacjach przypomnieć i umożliwić ewentualną rezygnację bez żadnych konsekwencji: dzień przed „godziną zero” wysyłają przypominającego maila a kilka godzin wcześniej – smsa.

 

Każdy uczestnik proszony jest o ocenę każdego swojego wyjścia do restauracji w kilku kategoriach: jedzenie, atmosfera, ogólne, i cośtam jeszcze; po podliczeniu głosów ogłaszani są zwycięzcy danej edycji i następuje kolejne wydarzenie, czyli dodatkowy tydzień w którym można rezerwować stoliki w wygranych knajpach (nazywa się to „extended restaurant week” i udział w tym biorą bodajże po trzy najlepiej ocenione restaruacje z każdej kategorii).

 

Żeby pokazać jakie pyszności są podawane, poniżej menu z dwóch restauracji które odwiedziliśmy w ubiegłym tygodniu (zrobię Wam smaka, a co!):

 

W Stables Grill, restauracji w pięknie odnowionym Hullet House, jedliśmy co najstępuje (nie chce mi się tłumaczyć z angielskiego, wybaczcie):
Iberian Ham (36 months) – Gazpacho - Crabmeat Salad on Toast
Crispy Calamari –Veal –Kofta
Grilled Grouper Fillet with Lobster Sauce or U.S. Sirloin Steak with Homemade Gravy
Crème Brûlée
Coffee or Fine Tea

 

W Madame Sixty Ate, odjechanej restauracji podającej wspomnianą już eksperymentalną wariację na temat kuchni francuskiej, spożyliśmy:
Celeriac soup, foie gras, rabbit or Tuna, smoked avocado, watermelon and strawberry 
Seared Barramundi, prawn, chorizo and vermouth cream or French origin duck breast, cherries and black pudding 
Pineapple 'ravioli', mango and ginger beer sorbet or blueberries, whipped lemon mascarpone, almond crumble

(jak widać, zamiast nazw potraw podane są nazwy składników – patent, który w Polsce widziałam tylko u Wojciech Amaro, ale ja nie jestem zbytnio zorientowana w polskich restauracjach, więc możliwe że cos przegapiłam).

 

Czy warto? Moim zdaniem jak najbardziej, bo chociaż nie zawsze wykonanie powala (moja zupa z selera w Madame Sixty Ate była na przykład niewystarczająco doprawiona, a królik niezbyt mi się komponował z foie gras), to jeszcze nigdy nie poczuliśmy się „oszukani”... no i to zawsze fajnie spróbować czegoś nowego :)

 

No i poczuć się jak Matka Po Godzinach (rysunek stąd), nie tylko 14 lutego!:

kolacja bez dzieci.jpg

Oblizując się już czekam na kolejną edycję - zimą przyszłego roku (bo każdego roku są dwie) i pozdrawiam znad klawiatury,

Weronika


PS. A zupełnie nie na temat - skasowałam dziś chyba z pięćdziesiąt idiotycznych komentarzy w stylu "wyborny blog" lub "intrygujący wpis" umieszczonych pod zupełnie losowymi notkami (również takim sprzed trzech lat). Cóż do diaska?!


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jak wychować wielojęzyczne dziecko?

wtorek, 29 lipca 2014 7:01

Od przyjazdu do Hong Kongu postanowiliśmy że Jaśka będziemy uczyli trzech języków – polskiego, angielskiego i mandaryńskiego. Dla Antka, mimo że ma dopiero osiem miesięcy, mamy dokładnie taki sam plan :)

 

Dlaczego zdecydowaliśmy się na te konkretne języki?
Dla każdego języka mamy dokładnie trzy powody:

Polski: po pierwsze, bo nie wyobrażamy sobie żeby nasze dzieci nie mówiły językiem ojczystym – pomimo że chłopaki urodziły się poza granicami Polski, mają polskie paszporty i obywatelstwo; po drugie, planujemy wrócić do Polski w ciągu najbliższych kilku lat; po trzecie, jakoś z dziadkami muszą się dogadywać :)

Angielski: po pierwsze, w dalszym ciągu jest to oficjalny język w Hong Kongu; po drugie jest to współczesna lingua franca i nie wyobrażam sobie żeby dzieciaki mogły nie znać angielskiego; po trzecie, bo wiemy że jeszcze kilka razy się w życiu przeprowadzimy i najprawdopodobniej w tym języku będą się uczyli, jak nie teraz to chwilę później.

Mandaryński: po pierwsze, chociaż nie jest to język używany w Hong Kongu (mówią po kantońsku), to jednak jest to język urzędowy Chin, który pod naciskami Pekinu powoli wypiera języki lokalne; po drugie, bo wiemy że kilka razy się jescze w życiu przeprowadzimy, i po namyśle wyszło nam że łatwiej będzie dzieciom kontynuować – nawet poza Azją – naukę mandaryńskiego niż kantońskiego; po trzecie, bo mandaryński jest od kantońskiego łatwiejszy pod względem wymowy (ma „tylko” cztery tony, nie osiem).

 

Jak się do tego zabraliśmy?
Jako rodzina jesteśmy w bardzo komfortowej sytuacji – również pod względem finansowym, chociaż nie tylko. Najważniejszym ułatwieniem jest dla nas fakt, że oboje z Tomkiem jesteśmy Polakami i między sobą mówimy po polsku, więc chcąc nie chcąc dzieciaki ten język od nas słyszą i uczą się przez osmozę... do tego stopnia, że nawet nasza pomoc  domowa się trochę polskiego nauczyła! Mówi na przykład – głównie do Jaśka i Antka - „dobranoc”, „dzień dobry”, „proszę”, „dziękuję”, „am-am”, „siusiu”, „jajko”, „mleko”, „woda”... woła też na Jaśka „Tygrysiu Pysiu”, chociaż chłopak w jej wydaniu tego nie cierpi i ucieka po domu krzycząc „no Tygrysiu Pysiu! NO!” :D

Wbrew pozorom gorzej mają rodziny dwu- lub trójjęzyczne; znam rodzinę gdzie matka usiłuje mówić do dzieci po polsku, ale ponieważ z mężem rozmawia po japońsku, mąż do dzieciaków też mówi po japońsku, a starsze dziecko chodzi dodatkowo do japońskiej szkoły, to polski u dziecka jest słaby (sporo rozumie, ale prawie wcale nie mówi). W bardzo dobrej sytuacji są rodziny w których oboje rodziców mówi dwoma językami - mamy wśród swoich znajomych co najmniej dwie rodziny w których oboje mówią bardzo dobrze i po polsku, i po niemiecku, i mogą stosować zasadę OPOL, czyli „one parent one language” (jeden rodzic – jeden język) bez konieczności uciążliwych tłumaczeń ani wykluczaniu jednego z rodziców z konwersacji.

 

Do nauki mandaryńskiego i angielskiego podeszliśmy na tak zwany chłopski rozum – od kogo dzieci uczą się najlepiej? od siebie nawzajem! – i zapisaliśmy Tygrysa do prywatnego żłobka i przedszkola, gdzie od najmłodszych lat zajęcia są dzielone pół na pół – półtorej godziny z Chinką mówiącą po mandaryńsku i półtorej godziny z osobą mówiącą od urodzenia po angielsku (ze Stanów, Wielkiej Brytanii, Kanady czy Australii, te panie się co rok zmieniają). No i tutaj kłania się aspekt finansowy – takie prywatne przedszkola nie są tanie, chociaż na nasze szczęście kontrakt Tomka zawiera punkt mówiący o finansowaniu przez firmę nauki dzieci powyżej lat 2 :)

 

Oczywiście w obu językach którymi władamy pomagamy mu jak możemy: jeżeli „podmienia” słówka, bo nie zna jakiegoś w konkretnym języku zawsze mu podpowiadamy, i to w obu językach. Jeśli np. mówi do mnie „patrz mama, lata!” i pokazuje na motyla, mówię „Rzeczywiście, bardzo ładny motyl, cały żółty. To jest motyl. Powtórz Jasiek: „motyl”. Po angielsku „motyl” się nazywa „buttelfly”. Powtórz:  „butterfly” i tak ze dwa razy; a kiedy przy następnej okazji widzimy motyla, zawsze się pytam „ a jak to będzie po polsku? A jak to będzie po angielsku?”. Jest to oczywiście bardzo upierdliwe – i tłumaczy skąd pomoc domowa nauczyła się polskiego :) – ale niezwykle skuteczne.

 

Dodatkowo staramy się używać jak najwięcej słów, które po polsku i angielsku brzmią podobnie, nawet jeżeli nie są tak do końca poprawne – nie mówimy na przykład „lekarz” tylko „doktor”, nie „karetka” tylko „ambulans”, nie „taksówka” tylko „taksi”, nie „motocykl” tylko „motor”, nie upieramy się, żeby mówił „autobus” – „bus” wystarczy. Nawet nie zdajecie sobie sprawy ile takich słów w jezyku polskim jest – ja też żyłam w nieświadomości dopóki się nad tym porządnie nie zastanowiłam! Ponadto, nawet jeżeli słowo ma kilka synonimów, staramy się trzymać jednego – na przykład zawsze oglądamy „bajkę”, nigdy „kreskówkę”, zawsze czytamy „książkę”, nigdy „opowiadanie” czy „bajkę”, woda czy mleko jest zawsze w „kubku”, a nie w „szklance”, itd.

 

Staramy się nie mącić mu w głowie zdrobnieniami – mówimy na przykład „mała łyżka”, a nie „łyżeczka”  - wystarczy, że musi się tego samego słowa nauczyć w trzech językach, nie będziemy mu jeszcze dokładać zdrobień po polsku, bo to jakby czwarty język; jak będzie starszy to sam się domyśli że „nosek” to mały „nos”, „ksiażeczka” to mała „książka” a „domek” to mały „dom”, póki co używa „nos”, „książka” i „dom” i dla nas starczy.... Prosiliśmy też całą rodzinę żeby nie zdrabniali i nie robili zamieszania; niestety, niektórzy nie potrafią (albo nie chcą) tego zapamiętać i cały czas ciumkają w stylu „Jasiu a jaką bajeczkę dzisiaj mamusia ci czytała” :(

 

Więcej inforamcji i bardzo przydatnych materiałów na temat wychowywania dwu-i więcej-języcznych dzieci można znaleźć na stronie http://multilingualparenting.com/, która jest moją internetową biblią w tym temacie (strona po angielsku)

 

Jak nam wyszło?
Mimo faktu że od nas Jasiek słyszy prawie wyłącznie polski, do marca tego roku wolał nam odpowiadać po angielsku, bo w tym języku czuł się pewniej – w końcu po angielsku rozmawia z nianią i po angielsku mówi do niego pani w przedszkolu, a polski słyszy godzinę rano, półtorej godziny wieczorem i w weekendy. Cóż takiego wydarzyło się w marcu, że nagle roztrajkotał się po polsku jak katarynka? Bardzo zwyczajna rzecz – korzystając z dłuższej wizyty w Polsce zapisałam go na miesiąc do polskiego przedszkola w Łodzi (co od tej pory polecam jako skuteczną metodę wszystkim znajomym którzy chcą żeby ich dzieci mówiły lepiej po polsku). Obawiałam się trochę że będzie miał chłopak problemy adaptacyjne, bo to jednak zupełnie inny model „nauki” niż w Hong Kongu, ale na szczęście nic takiego nie miało miejsca: pierwszego dnia pomknął na zajęcia z uśmiechem na ustach, i z takim samym uśmiechem latał codziennie przez cały miesiąc (z wyjątkiem okresu w którym miał zapalenie oskrzeli i siedział w domu). Oczywiście fakt, że wszyscy dookoła, wliczając w to Dziadków i ukochanego Wujka Baranka, mówili tylko po polsku, również sporo pomógł :)

 

Ku mojej radości na wzmocnieniu języka polskiego nic a nic nie ucierpiał angielski i dzisiaj Jasiek przerzuca się z jednego jezyka na drugi bez zastanowienia i żadnych problemów, w zależności od tego z kim rozmawia i w jakim języku się zacznie konwersację. Oczywiście nie buduje okrągłych zdań wielokrotnie złożonych, ale bez problemu komunikuje się prostymi zdaniami i zwrotami. Nie mam porównania, ale pani logopedka, z którą miał w Łodzi kilak zajęć, oceniła że jak na trzyipółlatka wypada gdzieś w okolicach średniej dla polskich dzieci (jedyne, do czego tak naprawdę można się przyczepić to fakt, że dalej czasami mówi o sobie w trzeciej osobie rodzaju żeńskiego: „Jasiek upadła na ziemię i boli kolano”, bo już nawet rzeczowniki odmienia w większości poprawnie! Plus czasami ma śmieszny akcent, no ale to jest to wyprostowania w późniejszym terminie), a pani przedszkolanka (ta od angielskiego) potwierdza że jeżeli chodzi o angielski to ona oceniłaby go nawet trochę powyżej poziomu którego oczekuje od dzieci w tym wieku.

 

Niestety, z mandaryńskim jest trochę gorzej, co wynika z faktu że tego jezyka słyszy po prostu najmniej, czyli: półtorej godziny dziennie w przedszkolu pięć dni w tygodniu, plus codziennie jedna bajka po mandaryńsku w domu, plus godzina „korepetycji” w weekend („korepetycje” polegają na tym, że przychodzi studentka z Chin kontynentalnych i przez tą godzinę się z nim bawi używając wyłącznie mandaryńskiego :). Poważnie zastanawiamy się czy nie zapisać go jeszcze dodatkowo do jakiegoś mandaryńskiego przedszkola popołudniami, choćby ze dwa razy w tygodniu, i na pewno w przyszłym roku pojedzie do szkoły językowej na Tajwan – oczywiście nie sam, i oczywiście będzie to w formie zabawy dostosowanej do wieku, ale takie „totalne zanurzenie” w języku mandaryńskim choćby przez dwa tygodnie na pewno mu dobrze zrobi. Póki co nie chcemy przesadzać żeby mu tego języka nie obrzydzić – poza tym uważamy że powinien mieć też trochę czasu żeby „porobić nic” w domu, a nie tylko nauka i nauka :)

 

Podsumowując:

Jest prawdą że Tygrys zaczął mówić później niż przeciętne polskie dziecko, bo zdania składające się z więcej niż dwóch-trzech słów zaczął tworzyć dopiero po drugich urodzinach – i tutaj nie wiem, czy porównywaliśmy go do nieodpowiedniej „średniej” (bo do córek znajomych, a dziewczynki podobno zaczynają wcześniej od chłopców mówić), czy naukę mówienia opóźniały jego problemy ze słuchem, skorygowane w wieku 2,5 lat (rzeczywiście po operacji bardzo się rozkręcił), czy po prostu dzieci które muszą się połapać w więcej niż jednym języku tak po prostu mają (córeczka koleżanki, wychowywana w Chile i uczona mówić równocześnie po polsku i hiszpańsku też nie była zbytnio wyrywna do rozmowy jak ją poznaliśmy w wieku dwóch lat). Albo może wszystkie te przyczyny się na siebie nałożyły?

 

Tak czy owak, chłopak piękne nadgonił braki i jak wcześniej tylko czekałam aż zacznie mówić tak teraz czasami już nie mogę się doczekać aż przestanie szczebiotać – bo czasami od jego słowotoku naprawdę głowa może rozboleć :)

 

A dziś niestety głowa boli mnie z zupełnie innej przyczyny - chłopaki są przeziębione (ja zresztą też, ale to akurat mały pikuś), kaszlą, kichają, prychają i mają problemy ze snem: do Antka wstawałam dziś w nocy pięć czy sześć razy, a dodatkowo Jasiek przypełz do mojego łóżka i świszczał mi zakatarzonym nosem nad uchem, co znacznie obniżyło mój, i tak już niski, komfort snu. Nie muszę więc dodawać że w pracy nie osiągam wyżyn wydajności mimo jednej kawy którą już w siebie wlałam.... pochłonęłam również dwa kubki gorącej herbaty i dwa Strepsilsy (ból gardła) oraz Apap (gorączka i ból głowy), smarkając i zaciągając się inhalatorem (katar). Oczywiście takie drobiazgi nie zwalniają w Hong Kongu z obowiazku pracy, więc będę siedzieć i umierać w biurze do 18.00, po czym wrócę do domu żeby utulić do snu smarkających i nieszczęśliwych chłopaków. I tak, wiem że lekarz powiedział że to tylko przeziębienie,nic poważnego i że chłopakom przejdzie, ale jakoś jak pomyślę o kolejnej nocy to mnie to nic a nic nie pociesza....

 

Pozdrawiam kichając i prychając,

Weronika


Podziel się
oceń
2
2

komentarze (0) | dodaj komentarz

Na bloga liczniki

środa, 21 stycznia 2015

Licznik odwiedzin:  170 731  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

We had been living in
Copenhagen, Denmark,
for 3 years & 8 months!

Daisypath Vacation tickers

Aktualnie:
Weronika czyta:
"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"
Swietłana Aleksijewicz
Tomek czyta:
"Fałszywy trop"
Henning Mankell
Weronika i Tomek
oglądają:
Tru Blood: sezon 4
Supernatural: sezon 7
Glee: sezon 3
Dexter: sezon 6
Walking Dead: sezon 2

Napisz do nas

jeśli musisz :) weronikaitomek@gmail.com

Sława, sława, sława:

Duńczyk się szanuje

Gazeta Wyborcza, Duży Format, 18.03.2009

Pomoc domowa w Hong Kongu

Mandragon, 12.08.2011

Klima w Hong Kongu

Mandragon, 05.09.2011

Chiński Nowy Rok

Mandragon, 02.2012

Zima w Hong Kongu

Mandragon, 02.2012

Z dzieckiem w Hong Kongu

Mamo, to ja, 04.2012

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

* Kulinaria

* Zdjęcia przyjaciół:

Ciąża/ dziecko:

Czytuję:

Kopenhaga:

Linkują do nas

Oglądam:

Warszawa:

Wizyty:

Wyprawy bliższe:

Wyprawy dalsze:

Złośliwostki :)

o Hong Kongu:

Ślub nasz - 21.04.2007:

Śluby przyjaciół:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl