Biczowałem się przez trzynaście lat. Potem przyszła pora na synów. Trzynaście lat wystarczy. Dlaczego się biczowałem? Biczował się mój ojciec, biczował się dziadek. Pradziadek pewnie też. Taka już nasza rodzinna tradycja. – opowiada Andy Balaneda z Infanty.

PANATA

Biczowanie jako pokuta za grzechy własne lub innych znane było już w średniowiecznej Europie. uaktywniali się szczególnie podczas plag nawiedzających Stary Kontynent i nie powstrzymywało ich nawet oficjalne potępienie przez papieża Klementa VI. Na zwyczaj biczowania trafił wraz z hiszpańskimi misjonarzami i do dziś praktykuje się tego rodzaju pokutę w czasie Wielkiego Tygodnia z punktem kulminacyjnym w Wielki Piątek.

Tradycję (panata) biczowania w rodzinie Balanedów datuje się na początki XIX wieku. Choć tak naprawdę bardziej przypuszcza się, że właśnie wówczas się wszystko zaczęło. Stuprocentowej pewności nie ma nikt, a osoby, które mogłyby cokolwiek potwierdzić, od dawna nie żyją. Ale Andy’emu, głowie rodziny Balanedów, dokładne daty nigdy nie były potrzebne. Przez trzynaście biczował się w każdy Wielki Piątek za każdym czyniąc to w intencji zdrowia jednego z chorych członków rodziny. Po trzynastu latach (z dokładnie 13 drewnianych części składa się panyabat, czyli bicz) jego ofiara była spełniona, a w ślady Andy’ego poszli synowie. 25-letni Mandy, 23-letni Marvin i 22-letni Roy biczują się już od sześciu lat.

W tej chwili nie wiem, w jakim celu to robię. – opowiada najmłodszy Balaneda przycinając rodzaj winorośli potrzebnych do przygotowania tukarola. – Kiedy będę taki jak tatay i uda mi się kontynuować tradycję przez trzynaście lat z rzędu, wówczas pomyślę, o co poprosić Boga.

TUKAROL

Tukarol, czyli rodzaj maski albo ozdobnego nakrycia głowy, noszonego przez pokutników, przygotowuje się już w Wielki Czwartek. Wczesnym rankiem Mandy, Marvin i Roy wraz z przyjaciółmi wybierają się do lasu, aby zebrać rodzaj winorośli potrzebnej do przygotowania czapy oraz suche liście bananowca, z których zrobione będą saya – pokutne spódnice. W międzyczasie ojciec chłopaków wyrabia stożkowe stelaże masek, do których zostaną przymocowane liście winorośli, a kiedy synowie zabierają się do pracy przy maskach, on może zająć się misternymi konstrukcjami pełnymi kolorowych flag i świętych obrazków. Praca wre od rana. Mandy, Marvin i Roy w towarzystwie rodziny i przyjaciół przygotowują swoje nakrycia głowy praktycznie przez cały dzień.

Do przygotowania tukarola potrzeba dużo liści. Musi ich wystarczyć do tego, żeby zakryć cały bambusowy stelaż. – tłumaczy Mandy. – Kiedy już liście są odpowiednio umocowane, należy je przyciąć w kształt stożka. A potem ozdabia się wszystko kwiatami wedle własnych upodobań.
Widzicie cokolwiek mając na głowie taką maskę?
– Tak, wycinamy dziury na wysokości oczu. Nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać.

Jednak tukarol, podobnie jak saya, mają służyć przede wszystkim celom pokutnym. nie zakładają masek dla ozdoby. Chcą być nierozpoznawalni, a ich pokuta dzięki temu – jeszcze większa. Ze spódnicami jest podobnie – filipińscy macho zakładając je, umartwiają się i… poniżają.

YABAT

W nocy z czwartku na piątek, w mroku nieznacznie tylko rozproszonym dzięki światłom jednej jedynej latarni ulicznej, rozlega się charakterystyczny dźwięk biczy skonstruowanych ze sznura i drewnianych elementów. Na miejscu są już Mandy, Marvin i Roy. Dołączył do nich też Willard, przyjaciel rodziny oraz Eddie, mang yayabat (biczownik) od lat… dwudziestu sześciu. Zaczyna się yabat, czyli biczowanie. Na plecy mężczyzn opadają bicze. Potem raz jeszcze. I jeszcze. Tak, aby skutecznie znieczulić skórę na ból.

Kiedy boli najbardziej? – pytam.
W ogóle nie boli. – odpowiada Roy. – Kiedy na plecy spadnie wystarczająca liczba razów, nie czuje się już niczego więcej. Nacięcia też nie bolą.
No i mamy lambanog! – śmieje się Willard podając Royowi szklankę z lokalnym wysokoprocentowym trunkiem.

Lambanog, czyli wino kokosowe, chyba faktycznie chłopakom pomaga. Śmieją się, żartują, co jakiś czas zanurzając bicze w wodzie, a w przerwach na kolejne papierosy oddając je w ręce znajomych. Potem zakładają bananowe spódnice i stożkowe maski. O trzeciej w nocy są gotowi do drogi.

KUDLIT

W mroku głębokiej nocy biczownicy wyruszają do kościoła. Ubrani w ciężkie saya i w tukarolach na głowie idą jeden za drugim. Po drodze dołączają do nich kolejni. Wyruszają, aby pomodlić się przed wykonaniem krwawych nacięć na plecach. W mieście tymczasem zaskakujący gwar i tłum. Na ulicach zdążyło zebrać się już sporo gapiów i ciągle dołączają kolejni. Wszyscy dzierżą w dłoniach telefony komórkowe i iPady. Krwawą sesję czas zacząć.

Kudlit, czyli nacięcia na plecach, wykonuje mężczyzna z chirurgicznym skalpelem oceniając uprzednio, czy plecy są do tego przygotowane. Jeśli nie są, trzeba kontynuować biczowanie. Jeśli są, pora na kudlit. Zwykle są to dokładnie dwadzieścia cztery cięcia, po dwanaście na każdą stronę pleców. A kiedy skóra przestanie krwawić, wykonuje się następne. Eddie, rekordzista wśród lokalnych pokutników, decyduje, że chce więcej, więc mężczyzna ze skalpelem wykonuje następne nacięcia na jego plecach i nowe na ramionach. Po plecach Eddiego spływa czerwona krew. Na plecy raz za razem opada bicz.

BARANGAY BOBOIN

Nad ranem wszyscy zmierzają do barangaya Boboin, czyli w kierunku swoich domów. Biczują się nieustannie. Maszerują. Stają, aby wykonać kolejne nacięcia. Ponownie maszerują. A na ulicach tłumy i ruch większy niż zwykle.

Kiedy promienie wschodzącego słońca rozświetlają okolicę, biczownicy są już na lokalnej drodze, a ich okrwawione plecy i bananowe spódnice kontrastują z soczystą zielenią okolicznych pól ryżowych. Są kolejne razy i kolejne nacięcia. Krew spływa na zaparkowane samochody i stopy gapiów.

W gruncie rzeczy nie wiem, po co to robię… – mówi Mandy. – Takie po prostu są u nas zwyczaje.