Faktycznie było tak, jak napisał Krzych. Decyzja o wyjeździe zapadła i zaczęliśmy myśleć o dziesiątkach szczegółów organizacyjnych. Ale zanim Krzych coś więcej na ten temat skrobnie, ja chciałabym wrócić do momentu, kiedy temat Filipin w ogóle pojawił się w naszym życiu.

Bo prawda jest taka, że my i owszem, marzyliśmy przez długi czas o przeprowadzce do Azji, ale nigdy, ani przez krótką chwilkę nie przyszłyby nam wówczas do głowy właśnie Filipiny. Marzyła nam się Indonezja, może Malezja… No i ewentualnie Tajlandia. Indie też jak najbardziej marzą mi się cały czas, ale niestety w tych marzeniach jestem nieco odosobniona. Zamieszkać na Filipinach? Bynajmniej.

Wszystko dlatego, że tak naprawdę mieliśmy bardzo mgliste pojęcie na temat tego kraju. Wiedzieliśmy oczywiście, gdzie go można znaleźć na mapie. Że w Wielki Piątek z własnej woli ludzie pozwalają, aby ich ukrzyżowano. Że „leczą” tam poważne choroby bez użycia skalpela. Wiedzieliśmy nawet, że są tam imponujące pola ryżowe i wspaniałe plaże, bo oglądaliśmy je wcześniej na pięknych zdjęciach na blogu Careerbreak. O! I przypomnieliśmy sobie pamiętną przygodę Magdy z jajkiem-niespodzianką, czyli takim, w środku którego znajduje się niedoszły młody kurczaczek (wiem, wiem, okropieństwo, ale to coś, czyli balut, faktycznie jest najpopularniejszą filipińską przekąską…). I jeszcze o Manili słyszeliśmy – że biednie, niebezpiecznie i generalnie nieciekawie. A my tam właśnie mieliśmy mieszkać.

Mało wiedzieliśmy, prawda?

Zaczęliśmy więc czytać i oglądać wszystko, co się tylko dało. I okazało się, że może być całkiem ciekawie. I ciepło. I blisko wszędzie tam, gdzie lubimy jeździć. I tak naprawdę dopiero wtedy przestaliśmy się zastanawiać i wreszcie zapadła ostateczna decyzja.

Gdyby ktoś miał ochotę, poniżej krótkie filmiki nt. tego jak mogą wyglądać Filipiny (choć są to z pewnością wersje nieco cukierkowe;):

Ultimate Journeys Philippines

Philippines – Experience the 7107 Islands