Jest sierpień 2008 roku. Opuszczamy lotnisko w Denpasar na i oprócz uderzającej fali wilgotnego powietrza, czuję zapach kretek, czyli goździkowych papierosów, który już zawsze będzie mi się kojarzył nadzwyczaj przyjemnie. Zmęczenie po trwającej ponad dobę podróży nie przeszkadza moim pierwszym zachwytom i marzeniom o zakupie takich zwiewnych, batikowych sukienek jak te, w których właśnie wróciły do hotelu dwie Japonki. Kolejne dni to sporo pozytywnych chwil. Zachwycają uśmiechy na ulicach, bajeczne świątynie i zieleń ryżowych pól, a egzotyczny zapach kadzidełek sprawia, że wszelkie inne mniej przyjemne zapachy jakoś odchodzą w niepamięć. Bawimy się z małpami w Małpim Parku w Ubud, odganiamy od mniej sympatycznych makaków w Uluwatu. Oglądamy wschody i zachody słońca (tak, tak, jakoś udaje mi się wówczas wstać odpowiednio wcześnie). Plażujemy, cieszymy się słońcem, poznajemy ludzi, chłoniemy atmosferę i… obiecujemy sobie i innym kiedyś w te okolice wrócić.

Okazuje się, że na powrót potrzeba aż trzech lat. Dopiero 9 czerwca 2011 roku mam lecieć sama do Jakarty, ale… nie lecę, bo to już nasze ostatnie tygodnie w Polsce i na dzień przed planowanym wylotem decyduję się zostać jeszcze na chwilę w domu. Indonezji jednak nie odpuszczam i kupuję nowy bilet, już z Manili.

Jako świeżo upieczona mieszkanka Azji czuję się wyjątkowo wyluzowana.
Lecę i nie wiem, kiedy wrócę! – ekscytuję się faktem, że po raz pierwszy w życiu mam bilet tylko w jedną stronę do tak egzotycznej destynacji.
Mina mi nieco rzednie, kiedy przychodzi do wypełniania formularzy imigracyjnych, bo muszę podać datę planowanego opuszczenia Indonezji i numer lotu. Mam wprawdzie bilet na trasie Denpasar – Singapur, który „kupiłam” rok wcześniej w promocji „lot za darmo”, ale przecież nie chcę opuścić kraju już za kilka dni, więc świadomie pomijam kłopotliwe rubryki formularza licząc, że w środku nocy urzędnik po prostu nie zauważy braków.

Do kiedy zostaje pani w Indonezji? – pyta uprzejmie urzędnik.
A niech to… jednak zauważył… I co teraz…? – myślę sobie, ale udaję, że wszystko jest w porządku i odpowiadam z nadzieją, że Indonezyjczyk mi uwierzy. – Yyy… wylatuję za cztery dni….yyyy…do Singapuru…
To chyba drżenie w moim głosie sprawia, że on jednak nie wierzy i oczekuje ode mnie zaprezentowania biletu powrotnego.
Mam w laptopie. Wyjąć? – pytam z najbardziej czarującym uśmiechem, na jaki mnie stać.
Młody przystojny Indonezyjczyk uśmiecha się równie miło i bez zmrużenia oka wyjaśnia, że muszę mieć wersję papierową. Przez moment jeszcze próbuję udawać, że pożądany bilet jest gdzieś wśród innych papierów i po prostu się zawieruszył, ale moje starania nie przynoszą oczekiwanych rezultatów.
Nie może wjechać pani do Indonezji. – oznajmia urzędnik (ze smutkiem?) w głosie.

Ostatecznie jednak wjeżdżam uprzednio wręczając wspomnianemu urzędnikowi sugerowaną kwotę 50 dolarów w gotówce. To pierwszy raz, kiedy wręczam łapówkę, więc czuję się co najmniej dziwnie, choć usprawiedliwiam się faktem, że w tej sytuacji jedyną inną opcją był powrót do Manili. A do Manili przecież wracać nie chcę.

Mam sporo planów w temacie Indonezji, ale na początek decyduję się wrócić w miejsce, które już znam, czyli na Bali. Spędzam czas z nowymi i starymi znajomymi, odpoczywam, uczę się jeździć na skuterze i jakoś tak tylko w przerwach robię zdjęcia. To chyba fakt braku domu, do którego mogłabym wrócić powoduje, że z ulgą i wielką chęcią decyduję się zamieszkać w Ubud tak co najmniej… na miesiąc. Wyjeżdżam dopiero wtedy, kiedy zaczynam mieć wyrzuty sumienia spowodowane regularnym już lenistwem. Płynę na Lombok. Zamierzam spędzić 3-4 dni w tamtejszej Kucie, a potem ruszyć dalej – może na Sulawesi, może na Flores, a może na Sumatrę. Ostatecznie bardzo relaksująca atmosfera panująca w Kucie na Lomboku oczarowuje mnie do tego stopnia, że z dnia na dzień przesuwam datę wyjazdu, aż wreszcie wyjeżdżać nie ma już sensu, co przyjmuję z niewątpliwą ulgą. Dwa tygodnie, podczas których sporo jeżdżę na skuterze i odkrywam najpiękniejszą wg mnie plażę na świecie mijają szybko. Przylatuje Krzych, spędzamy w Indonezji kolejne 10 dni, a potem wracamy razem do Manili.

Smutno opuszczać Indonezję, ale pocieszam się, że wrócę tam za dwa kolejne miesiące. Nie wracam. Potem pocieszam się, że niedługo tam zamieszkam. Ale nie zamieszkuję. Dopiero jakoś tak w maju tego roku kupuję bilet do Jakarty na 18 lipca. Czyli jestem w tej chwili w Indonezji? Nie jestem, bo bardziej i mniej racjonalne powody zdecydowały, że lepiej było odpuścić sobie ten kupiony w absurdalnie niskiej cenie bilet i zostać w Manili. Wiem już, że to najlepiej podjęta decyzja z możliwych, ale od czasu do czasu ogarnia mnie żal, że jestem tu, a nie tam. Choć o dziwo Manila mi to wszystko rekompensuje.

Ale tak sobie właśnie myślę, że w kolejnych wpisach na blogu może podzielę się z Wami moimi wspomnieniami z ubiegłego lata?