Ma 25 psów, z których szóstka towarzyszy mu codziennie, kiedy przemierza skuterem południowe zakątki . To właśnie dzięki psom Ketut stał się sławny.

Pierwszy raz spotykamy się w lipcu. Bez większego trudu znajduję uliczkę, przy której mieszka wraz ze swoją psią rodziną, a także jego starsza siostra oraz siostrzenica. Uliczka jest bardzo wąska, jak większość uliczek na wyspie, dom skromny, składający się z kilku zabudowań i położony w popularnej miejscowości Canggu. Na przywitanie wyskakuje mi kilkanaście psów i wita donośnym szczekaniem, więc jestem pewna, że trafiłam pod dobry adres. A za chwilę wychodzi Ketut, którego rozpoznaję od razu, bo nie raz miałam okazję spotkać go na ulicach Canggu, kiedy jechał ze swoimi psami. Dopiero teraz jednak mam okazję poznać osobiście.

Wszystko zaczęło się dwadzieścia lat temu, kiedy trafił do mnie pierwszy pies. A potem było ich coraz więcej i więcej. Tu na Bali często ludzie wyrzucają psy, kiedy te zaczynają „sprawiać problemy”, czy to wychowawcze czy zdrowotne. Zostawiają je na ulicy, na plaży albo gdzieś na skraju wioski. A ja czasem je znajduję. Czasem wiedząc, że zaopiekuję się psami, ludzie podrzucają je pod moją bramę, a z kolei obcokrajowcy wyjeżdżając zostawiają mi psiaki na „przechowanie”, a potem już nigdy nie wracają na wyspę. I tym sposobem psów mam coraz więcej i więcej.

Wyżywienie tylu psów nie jest oczywiście najłatwiejszą sprawą. Ketut ma niewielką farmę, na której hoduje świnie, aby potem je sprzedać. Ale świnie przecież też trzeba nakarmić. To właśnie dlatego pewnego dnia Ketut wpadł na pomysł, że przecież można byłoby je karmić resztkami. Tym, co normalnie wyrzuciłoby się w restauracjach.

-Na skuterze zainstalowałem specjalny stelaż, a na nim umieściłem pojemniki na resztki i zacząłem jeździć po restauracjach. Wiele z nich bez problemu zostawiało dla moich świń jedzenie, które normalnie by wyrzuciło. A potem wpadłem na pomysł, że może w ten sposób dałoby się zebrać również jedzenie dla psów. I wszystko się udało.

To dlatego teraz każdego popołudnia Ketut objeżdża restauracje, z którymi współpracuje i zbiera resztki: dla psów i dla świń.

Ketut z psami przed drzwiami swojego domu.

-Wszystko pięknie działało w czasach przed Covidem, ale potem zamknięto większość restauracji, więc miałem duże problemy ze zdobyciem jedzenia dla zwierząt. Teraz sporo miejsc jest znowu otwartych, ale sytuacja jest daleka od idealnej, bo ludzi nieporównywalnie mniej do tego, co było kiedyś, więc i w restauracjach jest o wiele mniej gości. No i to oczywiście nie wystarcza. Obliczyłem kiedyś, że i tak na jedzenie dla psów potrzebuję dodatkowo około 1 miliona rupii (ok. 260zł). Nie licząc potrzebnych szczepień i ewentualnych kosztów weterynarza. Dlatego cieszę się, że coraz więcej ludzi mnie rozpoznaje i odwiedza.

Tę sławę Ketut zawdzięcza właśnie swym psom. Kiedyś po jedzenie jeździł z jedną ze świń, aż wymyślił, żeby zabrać psa. Najpierw jednego nauczył jeździć na skuterze, co zwykle nie jest zbyt trudne. Potem przyszła kolej na następne. W ten sposób dziś zabiera ze sobą aż sześć psów. Zwykle je wymienia, bo każdy z jego psów aktualnie potrafi jeździć, ale to Mo Lee, duży golden retriever siada zwykle z przodu, przed kierowcą, i wygląda tak, jakby to ona prowadziła ten skuter. Na pojemnikach zasiadają zwykle małe psy i tak, całą siódemką ruszają w drogę po jedzenie. I to właśnie w ten sposób stali się rozpoznawalni.

W ten sposób psy jeżdżą na skuterze. Na pierwszym planie golden retriever Mo Lee.

Coraz częściej zaczęło się zdarzać, ze ludzie przyjaźnie machają mi na ulicy, robią zdjęcia moim psom i mi, i znając moją sytuację, zostawiają mi jakieś małe darowizny. Coraz częściej zdarza się też, że ludzie mnie odwiedzają i przynoszą karmę dla psów, ktoś pokryje koszty koniecznej szczepionki czy wizyty weterynarza i tak to się wszystko kręci.

Psów jest coraz więcej. Kiedy widziałam się z Ketutem w lipcu, było ich dwadzieścia; kiedy ponownie odwiedziłam go w listopadzie, było już ich dwadzieścia pięć. I choć posiadanie kilku psów nie jest niczym szczególnym na Bali, to Ketut ma ich zdecydowanie więcej niż jakakolwiek wyspiarska średnia. I nie wyobraża sobie oddać któregokolwiek z nich, bo każdy z czworonogów jest jego rodziną.

Każdego z psów mam od małego albo od momentu, kiedy go znalazłem i zostanie ze mną do końca. Nie wyobrażam sobie inaczej. One wszystkie są dla mnie jak rodzina, nawet śpimy w jednym łóżku, choć oczywiście nie wszystkie naraz się tam mieszczą.

Miło na nich wszystkich patrzeć. Psy nie odstępują Ketut na krok i ciągle wypatrują jego wzroku, a kiedy wyciąga rower (psy potrafią również jeździć na siodełku) lub skuter, wiedzą, że czeka ich dobra zabawa. Ketut je wszystkie przytula i całuje, jak prawdziwych członków rodziny, bo innej swojej własnej, tej najbliższej, przecież nie ma.

-Moim marzeniem jest, aby ludzie przestali wreszcie wyrzucać psy, krzywdzić je czy jeść. Mam nadzieję, że pewnego dnia świat będzie dla nich lepszy.-mówi Ketut.

Ketut i Zizi Lee.