Powiedział mi ekspata: Indie i Tajlandia cz. 1

/, Polacy w Tajlandii, Powiedział mi ekspata, z/Powiedział mi ekspata: Indie i Tajlandia cz. 1

Powiedział mi ekspata: Indie i Tajlandia cz. 1

Pewnego czerwcowego dnia wyjechał do Indii, aby spędzić tam pół roku lub… ewentualnie rok. Niedawno od tego pamiętnego dnia minęło już 8 (!!!) lat, w ciągu których nie tylko planowany rok w Indiach wydłużył się do 35 miesięcy, ale również udało się zamieszkać w Tajlandii (nie wspominając o epizodach brytyjskim i duńskim), nauczyć języka bengalskiego i tagaloga, jeździć na słoniu po tajskiej dżungli, wielbłądzie po indyjskich pustyniach i jaku po indyjskich wschodnich Himalajach oraz na koniec, tej wiosny, ożenić się z Filipinką. O swoich życiowych perypetiach w Indiach i Tajlandii opowiada .

są takie, jakie je widzisz, a nie takie, jakie są z opowiadań” – powiedziałeś kiedyś. Jakie są więc Twoje ?

Moje Indie to nie kraj, ale raczej stan ducha, umysłu. Indie nadal jest mi ciężko jednoznacznie opisać i to pomimo tego, że mieszkałem tam przez cztery lata (łącznie 35 miesięcy, bo wyjeżdżałem), a ostatni raz byłem w sierpniu 2010. W Indiach, a szczególnie w Kolkacie, choć nie tylko, jest coś takiego w powietrzu, co zmienia postrzeganie świata. Widzi się wszędzie wiele kontrastów – totalną biedę i wielkie bogactwo, ale jeśli zanurzy się w tym świecie na dłużej niż tylko przejazdem, zaczyna się widzieć wszystko zupełnie inaczej. Ja dużo czytałem, można powiedzieć, studiowałem Hinduizm. Wiedza zaczerpnięta z książek i rozmów z ludźmi pozwoliła zaakceptować te kontrasty, życie ludzi, jedzenie, sposób ubierania. Dzięki Hiduizmowi wtopiłem się w to otoczenie. Nauczyłem się gestykulacji i nie mam na myśli tylko sławnego ruszania głową, ale np. grzecznego odmówienia żebrakom jednym ruchem ręki tak, aby już więcej mnie o nic nie pytali. Ubierałem się w kurty i kurti. Nadal je mam w szafie.

Ale Indie oprócz trudnego do opisania stanu ducha to też wspaniałe widoki, fascynujące rytuały, chociażby grupowe pogrzeby w Varanasi, świetne jedzenie, którego do tej pory mi brakuje. To także ciekawi ludzie, z którymi można porozmawiać o sensie świata pijąc na ulicy herbatę z małego glinianego kubka.

Indie_Kolkata_WywiadIndie15Pamiętasz jeszcze swój pierwszy dzień i pierwsze wrażenia po przyjeździe do Kolkaty osiem lat temu?

Jasne, że pamiętam. Wyszedłem z lotniska i nie mogłem oddychać. Było strasznie duszno. Zupełnie, jakby ktoś zamknął mnie w gorącym samochodzie z zamkniętymi szybami. Chłopak, który mnie odebrał, zabrał mnie do sklepu, żebym wybrał sobie coś do jedzenia. Okrążyłem sklep dwa razy i ręce opadły mi z bezradności, bo niczego nie byłem w stanie nazwać. Nie wiedziałem, co chcę, bo wszystko było inne i w dodatku nic nie wyglądało na zjadliwe. Jechaliśmy z lotniska klimatyzowanym samochodem. Za oknem kobiety w sari niosące dzbany na głowie. Mężczyźni w lungach (sukienki dla facetów) ciągnący wielkie drewaniane wozy. Siedziałem z nosem w szybie zafascynowany ciągle zmieniającymi się obrazami na zewnątrz.

Zdziwiły Cię indyjskie toalety, konieczność jedzenia rękoma, indyjski bóg Ganesh… Co zaskoczyło Cię najbardziej? A co budziło największe obawy?

Największą obawą pierwszego dnia była umiejętność przeżycia. Ciągle zadawałem sam sobie pytanie, po co ja właściwie tu przyjechałem. Co będę jeść, jak będę żył. Dostałem materac na podłodze do spania. Nie było szafy. Trudno było mi się porozumieć z ludźmi, z którymi miałem mieszkać, bo szybko okazało się, że mój angielski nie jest na wystarczającym poziomie. Ktoś zabrał mnie na spacer. Byłem przerażony tą ilością ludzi na chodniku. Bałem się, że się zgubię. Dopiero drugiego dnia zdecydowałem się wyjść sam. Trochę już ochłonąłem, zacząłem poznawać okolicę. Zamówiłem gdzieś jedzenie. Nie smakowało. Nie wiedziałem, że muszę osobno zamówić ryż, więc go nie zamówiłem. Wszystko mnie dziwiło. Pamiętam, że zdziwił mnie niemowlak leżący na chodniku na brudnej szmacie. Po kilku miesiącach życia w Kolkacie takie niemowlaki były już dla mnie czymś naturalnym. Ot, dziecko posiadające złą karmę urodziło się w rodzinie żebraków. Rzecz normalna.

Indie_Kolkata_WywiadIndie16A skąd w ogóle wziął się pomysł wyjazdu do Indii? To było miejsce Twoich marzeń czy o lokalizacji zdecydował przypadek?

Przypadek zupełny. W lutym 2005 dostałem maila od promotora, że jakaś Polka poszukuje kogoś do pracy w Pune. Spotkałem się z nią. Zaciekawił mnie świat, o którym opowiadała i postanowiłem aplikować. Z rozmowy kwalifikacyjnej nic nie wyszło. Byłem już jednak napalony na Indie. Przypomniało mi się wtedy, że ona poleciała tam z AIESEC-em. Otworzyłem więc google i wpisałem „AIESEC Częstochowa” . Napisałem maila, a oni zaprosili mnie jeszcze tego samego dnia do złożenia aplikacji mówiąc, że mam szczęście, bo to ostatni dzień, w którym można aplikować. Przeszedłem całe sito kwalifikacyjne i dali mi dostęp do światowej bazy danych. Mogłem jechać wszędzie. Indie już wtedy wyparowały mi z głowy. Jednak dziewczyna, która się mną zajmowała, uparła się, że wyśle mnie właśnie tam i dopięła swego. Wyprosiłem u rektora o wcześniejszy termin obrony i już 6 dni po skończeniu studiów leciałem do Kolkaty. To było wszystko na wariackich papierach.

Co dała Ci praktyka AIESEC? Czym dokładnie się zajmowałeś?

Zajmowałem się pisaniem stron internetowych w PHP i MySQL. Dużo się tam nauczyłem zarówno pod względem technicznym, jak i pracy w grupie. Po kilku miesiącach zostałem liderem małego zespołu. Miałem dwa projekty pod sobą. Było fajnie, ale płacili mało, 8000 rupii miesięcznie. Odszedłem po 7 miesiącach biorąc kolejną praktykę. Też w Kolkacie, ale za podwójną stawkę. Zajmowałem się rozwijaniem programu dla dilerów Fiata w Wielkiej Brytanii. Tą drogą znalazłem się później w angielskim Leeds.

Indie_Kolkata_WywiadIndie03I nie tylko w Leeds;) Ale zostawmy na razie tę odległą przyszłość. Najpierw opowiedz, jak wyglądał Twój standardowy, zwyczajny dzień w Indiach.

Wstawałem około 7:30. Śniadanie, itd. i dwuminutowy spacer na przystanek autobusowy. W pierwszej firmie musiałem jeździć publicznym busem i to była makabra. Często nie byłem w stanie postawić dwóch stóp na podłodze, bo był taki ścisk. Ciągle musiałem pilnować kieszeni i plecaka w obawie przed kieszonkowcami, ale i tak dwa razy przegrałem z nimi. Ukradli mi komórkę z kieszeni, a później rozcięli plecak od dołu wyjmując aparat. To jednak wyostrzyło moje zmysły na całe życie. W pracy byłem około 8:30. Busem jechałem około 45 minut. Siadałem do komputera i pisałem kod. O 12. była przerwa na obiad. Jadłem indyjskie dania, bo innego wyboru nie było. O 18 zwijałem się do domu. Często współpracownicy krzywo na mnie patrzeli, bo nie zostawałem po godzinach. Nie chciałem marnować czasu, byłem ciekawy życia, a po za tym zawsze wyrabiałem się z robotą. Z powrotem busem do domu. To właśnie droga powrotna była najgorsza. Walka zwierząt o miejsce siedzące, bo ono redukowało ryzyko kradzieży, przepychanie się łokciami, czasem wiszenie na drzwiach jadącego busu, wyskakiwanie z jadącego pojazdu, bo one prawie nigdy się nie zatrzymywały. Kierowca tylko zmniejszał prędkość tak, aby pasażerowie mogli wyskoczyć. Wyskakiwania i wskakiwania też musiałem się nauczyć. Kolację jadłem na ulicy w małych i tanich knajpach, bo 8000 rupii nie pozwalało mi na jedzenie wartościowych rzeczy. Dzięki temu jednak, poznałem ciekawe miejsca, zasmakowałem ulicznego jedzenia, nie bałem się pić darmowej wody z plastikowych kubków, która turystom kojarzy się z siedliskiem chorób. Stawałem się powoli tubylcem.

W drugiej firmie mieliśmy prywatne autobusy i to był wielki komfort. Zawsze miejsce siedzące. Możliwość przyśnięcia bez obawy o własne rzeczy. To był duży krok do przodu.

Kradzieże, tłok w publicznych środkach transportu… Co jeszcze na co dzień w Indiach może rodzić największe frustracje?

Na pewno właśnie transport publiczny, zwłaszcza autobusy, które jadą wolno, nie mają rozkładów i są pełne ludzi. Ale gdy już zdobędziemy to miejsce siedzące, o które trzeba walczyć i nigdy się go nikomu nie odstępuje, to te same busy to znakomity środek do zwiedzania i poznawania miasta. Ja uwielbiałem jeździć busami w weekendy, gdy był mały ruch.
Oprócz tego indyjski sposób myślenia, biurokracja doprowadzona do absurdu. Czasem brała mnie cholera, gdy musiałem coś załatwić. Polecam wszystkim wizytę na poczcie, ale nie tej głównej, bo jest za ładna i zbyt sterylna. Trzeba wejść do jakieś normalnej. Albo na mały komisariat lub szpital publiczny. Widoki i doznania niezapomniane.

Indie_Kolkata_WywiadIndie07A jaki dzień spędzony w Indiach wspominasz, dla odmiany, najprzyjemniej?

Nie licząc pierwszego razu, zawsze bardzo miło wspominam powroty do Kolkaty. Wychodziłem na zewnątrz samolotu. Uderzał mnie ten specyficzny zapach stęchlizny i czułem się, jakbym wrócił do domu. Sam nie wiem, z czego to się brało.

Po za tym przyjemne były wycieczki. Zwłaszcza krótkie wypady po za miasto i jazda rowerem po wsiach. Piękne widoki. Uczucie wolności. Uczucie odkrywania nieznanego. Mam swoje ulubione miejsca niedaleko Kolkaty, w których byłem wiele razy. To mała wioska Shankeniketan pełna świątyń, oraz Darjeeling u stóp Himalajów. Tam jechałem, gdy miałem chandrę i wyeksploatowany mózg. Dwa-trzy dni i mój umysł wracał do pionu. Albo wycieczki do Varanasi, miasta – widmo, które, jak wierzą Hindusi, nie jest realnym miejscem. Jest zawieszone w powietrzu. Tam można urodzić się na nowo.

Jakim miastem jest ? Masz tam jakieś swoje ulubione miejsca?

Dla turystów niespecjalnym. Mało typowych miejsc, które trzeba odwiedzić z aparatem w ręku. Praktycznie jest tylko Victoria Memorial, świątynia Kali i parę świątyń na północy. Nie ma czego zwiedzać, jeśli się Kolkatę porówna z innymi miejscami. Jednak nie po to się tam jedzie. Kolkatę, moim zdaniem, warto odwiedzić, aby pospacerować, pooglądać ludzi. Zwiedzanie miejsc zwyczajnych jest najfajniejsze. Warto wsiąść w metro i jechać do stacji Kalighat, a później przespacerować się z powrotem. Można odwiedzić Kali Temple, ale tam rzuci się na nas chmara żebraków. Fajne są przejażdżki tramwajami. Kolkata to jedyne miasto w Indiach mające tramwaje. Po kilku dniach spędzonych na ulicach, warto odwiedzić parki przy Rabindra Sarobar. To jakby inny świat. Bez zgiełku i ludzi wgapiających się. Bengalczycy chodzą tam randki. Zobaczyć ich jednak trudno, bo ukrywają się dość dobrze, a po za tym randki zaczynają się po zmroku ze względów kulturowych – obejmowanie się lub całowanie są nieakceptowalne.

Polecam mój ulubiony klub „Some place else” na Park Street. Świetna muzyka na żywo. Za moich czasów królował tam rock i metal. Dobrze zjeść można w Oly Pub na tej samej ulicy. Trzeba tylko zaakceptować szczury biegające po podłodze, które mają własne życie i nikomu nie wadzą. Mają dobre ceny i mięso krowie, co jest ewenementem.
Lubię też księgarnię niedaleko „Some place else”. Nie pamiętam nazwy. Mają dużo bardzo ciekawych pozycji. Byłem tam stałym bywalcem.

Indie_Kolkata_WywiadIndie04No właśnie – Kolkata słynie przecież na świecie jako miasto o najwyższym w Indiach poziomie edukacji i najwyższym współczynniku czytelnictwa książek wśród mieszkańców. Jak wygląda tamtejsze życie kulturalne?

Kolkata to taki polski Kraków, ale chyba na większą skalę. Większość indyjskich noblistów jest Bengalczykami. To miasto tętni życiem kulturalnym i nocnym. Jest dużo wystaw, koncertów. Wszędzie można spotkać ciekawych ludzi. Nawet rikszarz z którym przysiądziemy na filiżankę czaju chętnie porozmawia o sensie życia. Bengalczycy to wyedukowani i oczytani ludzie ciekawi świata. Oczywiście nie wszyscy tacy są, bo wielu może zajść za skórę, jak np. taksówkarze. Bengalczycy są też bardzo gościnni. Jeśli już uda nam się odwiedzić ich dom, chętnie opowiedzą o różnych rzeczach. Warto im zadawać wiele pytań, w przeciwnym razie to oni zarzucą nas pytaniami.

A kwestie bezpieczeństwa? Na co należy uważać?

Kolkata, w zasadzie całe Indie, są bardzo bezpiecznym krajem, przynajmniej dla turystów, ale niestety kobietom – o czym ostatnio słyszymy w mediach – jest ciężko. Ja chodziłem po slumsach, po ulicach w nocy. Nigdy nic mi się nieprzyjemnego nie zdarzyło. Byłem co prawda kiedyś na komisariacie i składałem zeznania w sprawie pobicia, ale ta sprawa była sprowokowana przez pewnego Holendra. Inną rzeczą jest, że ochroniarze zachowali się trochę zbyt nadgorliwie.

Uważać trzeba na pewno na kieszonkowców, bo to jest plaga. Po dwóch kradzieżach, miałem portfel i komórkę na łańcuchach przyczepionych do spodni. To wystarczyło. Trzeba jednak ciągle mieć na uwadze, że zaraz padniemy ofiarą kradzieży. Zmysły muszą być wyostrzone. Kiedyś jeden próbował oskubać mnie w pustym autobusie. Przysiadł się i udawał, że musi coś sprawdzić przez okno, przy którym ja siedziałem. Wsadziłem ręce do kieszeni, spojrzałem mu głęboko w oczy i powiedziałem, żeby się przesiadł. Innym razem złapałem kolejnego za rękę, gdy wyciągał coś kobiecie z torby. Ludzie dorwali go, pobili i wyrzucili z autobusu. Tam nikt nie dzowni na policję.

Po za tym, kobiety muszą uważać na mężczyzn lubiących obmacywać w autobusach lub kinach. Być może samotne damskie eskapady mogą doprowadzić do gwałtu, a w najlepszym przypadku niemiłych sytuacji. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.

Widziałam kiedyś zdjęcia zrobione w Kolkacie podczas monsunu. Zalane ulice i problemy z komunikacją to standard czy niecodzienność?

Standard. Jak porządnie przyleje, a w czasie monsunu zdarza to się często, wszystko jest pod wodą. Trzeba więc mieć zawsze klapki ze sobą. Ta woda jednak szybko spływa, bo na drugi dzień rano są już tylko małe kałuże. Deszcze i wichury nie są niebezpieczne. Kwestia przyzwyczajenia. Ja kilka razy nie poszedłem do pracy, bo drogi były nieprzejezdne. To jest pozytywna rzecz. Trzeba tylko śledzić prognozę i zaopatrzyć się w jedzenie, bo wtedy często sklepy też są nieczynne.

Indie_Kolkata_WywiadIndie12Sporo pozytywów słyszałam na temat bengalskiej kuchni. Masz jakieś swoje ulubione potrawy?

Mam. Uwielbiam rollsy i samosa. To jedzenie uliczne. Jest taka restauracja na północy miasta w Salt Lake Sector-V przy Webel Crossing, za SDF, która serwuje tylko bengalskie jedzenie. Niestety nie pamiętam nazwy. Palce lizać i to dosłownie, bo je się prawą ręką. Być może teraz mają swoje oddziały w innych miejscach miasta.

Nie pamiętam już nazw wielu dań. Gdy ktoś mi mówi jakąś nazwę, zapala się lampka w głowie i wiem, co jest co. Polecam biryani, ale lepiej od muzułmanów. Robią lepsze, bo to część ich kultury.

Próbowałeś nauczyć się języka hindi, ostatecznie jednak poświęciłeś czas na naukę bengalskiego… W jakim stopniu znajomość tych języków ułatwia ?

Hindi nie wchodziło mi do głowy. Bengalski wchodził sam. W pewnym momencie zauważyłem, że znam pewne słowa i zwroty. Nauczyłem się ich obserwując ludzi w pracy, na ulicy, w autobusach. Czytać i pisać nauczyłem się z pomocą prywatnej nauczycielki. Bengalski bardzo ułatwiał życie. Ludzie stawali się serdeczniejsi, chętni do rozmowy, bardziej pomocni. Wielu z nich nie wierzyło, że biały może nauczyć się lokalnego języka. Hindi, to jeszcze mogli sobie wyobrazić, ale nie bengali. Czasem zdarzały się przykre sytuacje. Rozumiałem, gdy ktoś sobie robił ze mnie żarty. Zdarzało się, że się odgryzałem. Bengalski po za tym pomagał w kontaktach z żebrakami. Nie walczyłem z nimi. Mówiłem coś śmiesznego, np. żeby dali mi 5 rupii, bo jestem głodny. Śmiali się do rozpuku. Gdy pojawiałem się w tych samych miejscach już mnie nie zaczepiali, a raczej pozdrawiali. Fajnie było.

Do tej pory mogę wiele rzeczy przeczytać i napisać, ale już znacznie wolniej mi to idzie. Zapomniałem też wiele słów, ale gdy spotkam Bengalczyka w Tajlandii jestem w stanie zamienić parę zdań.

Indie_Kolkata_WywiadIndie19Załóżmy, że obcokrajowiec przyjeżdża do Kolkaty z myślą o znalezieniu pracy. Czy to miejsce dla każdego?

Na pewno nie. Przez te cztery lata mojego życia spotkałem wiele osób w Indiach. Część z nich uciekała stamtąd dość szybko. To w ogóle kraj, który się albo kocha, albo nienawidzi. Nie ma stanów pośrednich. Jeśli ktoś lubi ład i porządek, niech jedzie do Europy. Trzeba umieć wiele rzeczy zaakceptować takimi, jakimi są. Nie walczyć, a chłonąć. Indusi są trudni w kontaktach biznesowych. Trzeba się nauczyć ich myślenia i wyprzedzać ich przyzwyczajenia. Ja zawsze mówiłem swoim zespołom, że mamy deadline tydzień przed faktycznym deadline. Wtedy byłem pewien, że wszyscy się wyrobią z robotą. Jeśli komuś coś tłumaczyłem i słyszałem zbyt wiele razy „no problem”, wiedziałem, że będzie wielki problem, bo oni nigdy się nie przyznają, że czegoś nie wiedzą. Taka natura.

Myślę, że pracę nietrudno znaleźć, ale bardzo trudno jest dostać wizę pracowniczą i to jest czasem zapora nie do przejścia. Na innej niż pracownicza radzę nie pracować, bo można nie zobaczyć Indii do końca życia.

No właśnie, a jak pracuje się z Hindusami?

Ciekawie. Można spotkać niesamowicie inteligentnych ludzi, przy których można się wiele nauczyć, ale można też spotkać zupełnych idiotów. W Indiach zatrudniają hurtowo. Nie sprawdzają kwalifikacji. Jak ma się papier z uczelni, biorą bez pytania, a uczelnie są różne i ludzie różnie się na nich przykładają do studiów. Pracę, którą przykładowo w Danii wykonuje jedna osoba, w Indiach będzie wykonywać pięć osób, bo wtedy się wyrobią w czasie. Każdy zespół ma jeden-dwa mózgi i kilka roboli z klapkami na oczach, którzy są od wykonywania prostych zadań. Idiotów często zatrudnia się na pozycje testerów, bo tam się sprawdzają. Klikają bez żadnej logiki, gdzie popadnie i zawieszają systemy, a oto właśnie chodzi.

W pracy łatwo zawiera się przyjaźnie, często dobre przyjaźnie na całe życie. Do tej pory mam kontakt z kolegami z pracy. Gdy byłem jeszcze w Indiach wychodziliśmy gdzieś razem, zapraszali mnie do siebie. To bardzo otwarci i serdeczni ludzi, a w pracy pomocni.

Indie_Kolkata_WywiadIndie10A jacy są Hindusi w takich zwykłych, codziennych kontaktach? W Indiach miałeś swoją bengalską rodzinę, a nawet bengalskie imię. Łatwo zbudować takie relacje?

Nie jest trudno być zaproszonym do domu, ale trudno mieć bengalską rodzinę, którą ja miałem. Częścią tej rodziny zostałem za pośrednictwem mojej nauczycielki bengalskiego, która później została moją dziewczyną. Świetnie dogadywałem się z jej mamą, zdobyłem szacunek brata. Jedliśmy wspólne kolacje, siedzieliśmy na werandzie rozmawiając o różnych rzeczach. Było przyjemnie. Jak już powiedziałem, Bengalczycy to bardzo serdeczni i opiekuńczy ludzie, gdy pozna ich się bliżej. Turyście ciężko jednak dojść do tego poziomu. To nie staje się z dnia na dzień. Tam jest duża ściana, przez którą trzeba bardzo powoli się przebić. Wiele rzeczy można się dowiedzieć obserwując ludzi i ich zachowania. Lubię za przykład podawać kolacje u mojej bengalskiej rodziny. Początkowo posiłek najpierw dostawał ojciec jako głowa rodziny. Później ja jako gość, następnie brat. Posiłki podawała matka, która razem ze swoją córką jadły w kuchni. Mężczyźni jedli w pokoju. Następnie znów ojciec dostawał posiłek z rąk swojej żony. Ja natomiast od ich córki jako drugi w kolejności. Kobiety znów jadły w kuchni, a mężczyni w pokoju. W trzecim kroku, Sudipa, córka (moja nauczycielka bengalskiego i dziewczyna) jadła już z nami siedząc obok mnie. Sposób podawania dań był ten sam. W czwartym etapie Sudipa podawała mnie jedzenie, zanim jej mama podała swojemu mężowi. To było duże odwrócenie ról i hierarchii. Jej rodzice chyba wtedy zrozumieli, że jesteśmy dla siebie kimś ważnym. W ostatnim etapie Sudipa bezpardonowo wkładała mi rękę do talerza częstując się bez pytania. Czegoś takiego się nigdy nie robi. Trzeba być naprawdę blisko bez sobą, aby zdobyć się na taki krok publicznie na forum rodziny. Oczywiście nie odbywało się to wszystko z dnia na dzień. To był długi proces trwający kilka miesięcy.

O czym powinno się wiedzieć przed przyjazdem do Indii, a jakich zasad przestrzegać na miejscu?

Trzeba pamiętać, żeby zawsze myć ręce. Nie pić wody, gdy nie zna się źródła jej pochodzenia. Nie brać nic z lodem, bo lód pochodzi ze złej wody i może skutkować problemami żołądkowymi. Przygotować się mentalnie na problemy żołądkowe, które po 3-4 tygodniach i tak nas nie ominą (zmiana flory bakteryjnej w żołądku). Radzę myć zęby wodą z kranu, bo wtedy zaznajamiamy nasz organizm z tamtejszą wodą i bakteriami. Tym samym, nigdy nie pić wody z kranu. Używać sprejów na komary, ale nie brać lekarstw na malarię – szkoda organizmu. Nie dotykać nikogo stopami, ani nie eksponować ich za bardzo kładąc na krześle lub siedzeniu. Dla mężczyzn, nie siadać na miejscach dla kobiet.

Indie_Kolkata_WywiadIndie09Indie to też zupełnie inna obyczajowość. Takie różnice mogą utrudnić codzienne życie i wzajemne relacje z ludźmi?

Na początku na pewno. Różnic trzeba się nauczyć. Jedne mogą się podobać, inne nie, ale wszystkie trzeba akceptować. Przykładowo, nie myślcie źle o ludziach jadących rikszą ciągniętą przed cherlawego biedaka bez koszuli. To dobrzy ludzie, a ten biedak nie jest biedny. On ma pracę, która często utrzymuje całą rodzinę. Jeśli chcecie mu pomóc, przejedźcie się tą rikszą i zapłaćcie 20 rupii więcej. Kilka osób zje za to obiad. Nie dawajcie mu pieniędzy bez jazdy. Ci ludzie mają godność i nie są żebrakami.

Co na przykład w Kolkacie uchodzi za zachowanie z rodzaju nieprzyzwoitych?

Chodzenie za ręcę mężczyny z kobietą, przytulanie się, całowanie. To są rzeczy bardzo nieprzyzwoite. Policja może nam zwrócić uwagę. Nietargowanie się też jest nieprzyzwoite, chociaż to zupełnie inny kaliber.

Indie_Kolkata_WywiadIndie11Kiedy jechałeś do Indii, planowałeś tam spędzić maksymalnie rok, ale potem zostałeś na dłużej. Myślałeś kiedyś, żeby w Indiach zostać na stałe?

Pierwszy raz przyszło mi to na myśl po trzech miesiącach. Po dwóch latach byłem już pewien, że chce tam zamieszkać na stałe. Po trzech myślałem już o ślubie i dzieciach, ale życie zweryfikowało wszystko. Nie żałuję, chociaż czasem tęskni mi się za Kolkatą. To magiczne miejsce.

To moment, kiedy wrócimy do TATA Consultancy Services, czyli Twojej drugiej indyjskiej firmy. Opowiesz, jak to się stało, że ostatecznie zostałeś w Indiach na dłużej i to jako pełnoprawny pracownik? Cały Twój pobyt w Indiach stanął przecież w którymś momencie pod wielkim znakiem zapytania…

Musiałem przedłużyć wizę. Kazano mi opisać, czym zajmuję się w Indiach. Nie wiedziałem za bardzo jak to ująć w słowa, więc poradziłem się urzędnika. Napisałem tak, jak poradził „I am working as an AIESEC trainee and I get 16,000 Rs per month”. Dokumenty przesłano do Delhi. Tam ktoś spojrzał na słowo “working” następnie na moją wizę, która nie była wizą pracowniczą i kazano wynosić mi się z kraju pod groźbą więzienia. Nikt nie chciał słuchać żadnych tłumaczeń, że to przecież praktyka i w ramach tej praktyki wykonuję pracę, a więc pracuję ucząc się. Tak trafiłem do brytyjskiego Leeds, bo tam była siedziba GE Money UK dla których robiłem projekt w Kolkacie. Sprawa mojej wizy trafiła do Ministerstwa. Po pół roku wszystko odkręcono. Powiedzieli, że mogę wracać, ale tylko jako pełnoprawny pracownik z wizą pracowniczą. Dostałem wizę, automatyczną podwyżkę i wróciłem szczęśliwy do domu. Do Kolkaty.

A potem w ciągu tych kilku lat spędzonych w Indiach kilkakrotnie wyjeżdżałeś, aby potem wrócić. Co ciągnęło Cię do powrotu?

Nie wyobrażałem sobie, że mogę mieszkać gdzieś indziej. Kolkata stała się moim domem, a do domu zawsze chce się wracać.

Indie_Kolkata_WywiadIndie18Napisałeś nawet kiedyś, że „Indie, a w szczególności Kolkata, to najlepsze miejsce w jakim mieszkałeś”. Dziś powiedziałbyś to samo?

Nigdy żadnego miejsca nie uwielbiałem tak, jak Kolkaty. Bardzo lubię Phetchaburi w którym teraz mieszkam. Jest małe i spokojne. Wszystko tu jest blisko. Lubiłem Kopenhagę. Jeżdżenie po niej rowerem. Pracowałem tam przy świetnym projekcie. To jednak Kolkata jako miasto jest w moim sercu. Mam nawet tatuaż w języku bengalskim „Kolkata”. Chciałbym kiedyś był zafascynowany Filipinami tak, jak byłem i chyba nadal jestem, Indiami. Tajlandii daleko do tego.

Co może tak bardzo fascynować w Indiach?

Wszystko. Jedzenie, stroje, religie, krajobrazy. To chyba niekończąca się lista dla tych, którzy kochają ten kraj. Ta sama lista będzie pusta dla tych, którzy nienawidzą Indii.

Z ciekawości zapytam też, jaki jest wizerunek Polski u przeciętnego Hindusa?

Szczerze mówiąc, żaden. Zdarza się, że nie wiedzą nawet, że jest taki kraj. Czasem wiedzą, że jest obok Rosji lub Niemiec. To wszystko. W 2005 jednostki kojarzyły Jerzego Dudka. To tyle. Myślę, że zeszłoroczne Euro mogło tu coś zmienić, bo futbol to drugi sport w Indiach za krykietem, który jest religią.

Pamiętam jak koleżanka chciała wysłać paczkę do Polski. Urzędniczka spytała, w jakim kraju jest Polska. Koleżanka odpowiedziała, że Polska to jest kraj. A ta na to pytaniem „ale od kiedy?”. „Od 966 roku”. Pani bardzo się zdziwiła. W końcu, gdy dowiedziała się, że Polska leży obok Niemiec, chciała słać paczkę do Niemiec, bo Polski nie miała w systemie.

Indie_Kolkata_WywiadIndie14Brzmi to prawie, że absurdalnie;) A inne indyjskie absurdy?

Taksówkarze podwożący swoich znajomych za friko trasą, która zupełnie mnie jako klientowi taksówki zupełnie nie pasuje. Za trasę oczywiście płacę ja. Jedna działająca kserokopiarka na kilka tysięcy pracowników, ale z kłódką, do której ktoś ma klucz i nie wiadomo kto. Na szczęście ktoś znał kogoś, kto znał kogoś, kto znał kogoś, kto znał pana z kluczem. Cały ruch uliczny to jeden wielki absurd, w którym większy ma pierwszeństwo. Ochroniarze goniący obcokrajowców robiących zdjęcia niedozwolonym świątyniom i przymykający oczy na tubylców robiących to samo. Taksówkarze, którzy zawsze gotowi są do jazdy bez względu na znajomość miejsca docelowego. Czasem dla żartów mówiłem im, że chcę do Częstochowy, a oni, że dobra i po kilku minutach zatrzymywali się gdzieś na jezdni pytając przechodniów o drogę. Ćwiczenia przeciwpożarowe w pracy, w czasie których kilka tysięcy pracowników musiało przerwać pracę i opuścić budynek. Później okazywało się, że ochroniarze zgubili klucz i nikt nie mógł wrócić do pracy. Wtedy ktoś wynajdował drabinę i wspinał się do jakiegoś okna. Czasem miałem wrażenie, że pracowałem na Alternatywy 4. Indie są pełne absurdów. Trzeba umieć się z ich śmiać.

Indie_Kolkata_WywiadIndie17Pozostając przy tych przyjemniejszych kwestiach. Miałeś okazję przebywać w Indiach podczas różnych świąt. Które z nich wspominasz jako najciekawsze?

Październikowa Durga Puja to bez wątpienia moje ulubione święto. Świętuje się je tylko w Kolkacie. Już na kilka tygodni przed wszędzie powstają tymczasowe świątynie. Przez cały tydzień całe miasto świeci milionami świateł. W nocy jest jak w dzień. Nikt nie śpi. Wszyscy zwiedzają świątynie na część bogini Durga. Są konkursy na najlepsze pandale, bo tak nazywa się te świątynie. Są przepiękne, fikuśne, z zaskakującymi motywami czasem zupełnie wyrwanymi z kontekstu, jak np. piramidy egipskie lub foki. Ludzie chodzą w odświętnych ubraniach kupionych na tę okazję. Zapraszają się do domów, jedzą wspólnie posiłki. Zamykane są firmy. Przeszkadza tylko tłok i poziom decybeli, bo wtedy piętnastomilionowa Kolkata zmienia się w pięćdziesięciomilionową Kolkatę.

Mimo wszystko brzmi to fantastycznie! W Indiach uczestniczyłeś też w kilku weselach. Opowiesz, jak było?

Zupełnie niebollywoodzko. Oczywiście kobiety były ubrane w przepiękne błyszczące sarii, ale wyjąwszy jedno wesele – a byłem na wielu – tańczyły tylko dzieci na niedużej scenie. Jedzenia na każdym przyjęciu były nieograniczone ilości. Naprawdę nieograniczone, bo dobre wesele w Indiach trwa tydzień. Przez ten tydzień przewija się masa ludzi. Każdy musi być nakarmiony i napity. Alkoholi nigdy nie uświadczyłem. Jedzenie wszędzie było pycha. Wesela czasem odbywały się na świeżym powietrzu, a czasem w świątyni, pałacu lub restauracji. Nie ma tu w zasadzie reguły. Ważne, żeby było jak najbardziej wykwintnie i na pokaz. Panna młoda zawsze siedzi na tronie. Pan młody czasem jej towarzyszy, ale najczęściej wita się z gośćmi. Do młodej nie wypada podchodzić i zagadywać. Ona jest raczej od bycia podziwianą.

Miałem dwa razy okazję oglądać uroczystość ślubną, co nie jest rzeczą normalną, bo niewiele osób ma dostęp do tych ceremonii. Tam jest o wiele ciekawiej. Jest bramin, odpowiednik księdza, który odprawia modły, zakłada młodym specjalne nakrycia głowy, sypie ryż na ręce, itd. Co ciekawe panna młoda, gdy oficjalnie spotyka pana młodego w czasie takiej uroczystości nie może mu patrzeć w oczy. Dopiero, gdy on ją weźmie w ręce, może unieść głowę i na niego spojrzeć. Mam wrażenie, że te ceremonie są o wiele ciekawsze od chrześcijańskich, ale być może to kwestia nieznanego.

Zdarzało mi się też niejako wpraszać na wesela zwyczajnie z ulicy. Wystarczyło podejść do drzwi lub bramy, postać trochę, zapytać czy to wesele, i zawsze ktoś zaprosił do środka. To był najlepszy i darmowy sposób na najedzenie się do syta.

Indie_Kolkata_WywiadIndie02Skoro już jesteśmy przy „jedzeniu do syta”… Czy Twoim zdaniem Indie to biedny kraj?

Trudno powiedzieć. Mój kolega, szef NGO z Kolkaty, lubił mówić, że Indie to bogaty kraj biednych ludzi. Jest w tym wiele prawdy, chociaż gdybyśmy obrócili jego słowa, że Indie to biedny kraj bogatych ludzi, też miałoby to swój sens. Wszystko zależy od tego, na które kasty i warstwy społeczne spojrzymy. Indie to na pewno kraj w którym dzięki dobrej edukacji można żyć na bardzo wysokim poziomie. Kwestią jest tylko zdobycie tej edukacji, bo to często wymaga niestety nakładów finansowych.

Wspominasz, że AIESEC zalecał niewspomaganie żebraków na ulicy Kolkaty. Jak sobie radzić z widocznym na co dzień ubóstwem?

Nie dawać pieniędzy. Nie dawać jedzenia. Cokolwiek dacie, pojawi się zaraz 20 innych chętnych. Trzeba ich ubóstwo zaakceptować. Według Hinduizmu sami sobie zawinili w poprzednich wcieleniach. To ich czyściec. Niestety czasami trzeba być ostrym, zwłaszcza w przypadku dzieci, bo chociaż ich najbardziej szkoda, to właśnie one mogą skutecznie obrobić kieszenie. Nie bójcie się wrzasnąć i odepchnąć w naprawdę skrajnych przypadkach. To źle brzmi, ale takie są realia. Sam musiałem kilka razy tak postąpić, ale nie w Kolkacie, bo tam znam lokalny język i gesty i umiem się obronić. Nie jestem z tego dumny.

Indie_Kolkata_WywiadIndie06Indie zmieniły Ciebie i Twoje nastawienie do życia?

Myślę, że bardzo. Poszerzyły mi się horyzonty, bo podróże zawsze rozwijają, zwłaszcza te dalekie. Poznałem wiele ludzi, odmienną kulturę, nowe religie. Stałem się spokojnieszy. Nauczyłem się akceptować wiele rzeczy, na które nie mam wpływu. Przestałem panikować w trudnych podbramkowych sytuacjach. Gdy coś nie idzie po myśli, staram się od razu znajdować nowe rozwiązania i myśleć pozytywnie. Widzę te różnice zwłaszcza w Polsce, gdy pojawiają się jakieś trudności biurokratyczne lub administracyjne, tak jak ostatnio z naszym ślubem. Z bardziej prozaicznych rzeczy, nauczyłem się jeść prawą ręką, a podcierać lewą. Bez papieru, bo tak się robi w Indiach.

Indie_Kolkata_WywiadIndie13W TATA Consultancy Services przepracowałeś w sumie ponad trzy lata większość tego czasu spędzając w Indiach, ale również w takich miejscach jak Wielka Brytania i Dania. Co Cię skłoniło, żeby praktycznie z dnia na dzień porzucić pracę w korporacji?

Skłoniło mnie Chennai. Nie lubię tego miasta. Nie lubiłem moich liderów. Trzy miesiące życia w południowych Indiach kosztowało mnie wiele zdrowia. Siadła mi psychika. Zacząłem chyba mieć jakąś depresję. W końcu wyrwałem się z powrotem do Kolkaty, ale musiałem odpocząć psychicznie. Nie wyrabiałem. Zwolniłem się więc z dnia na dzień, chociaż myślałem o tym kilka tygodni. Byłem jednak przekonany, że ułożę sobie życie w Indiach na nowo. Miałem plan na przyszłość. Niestety Ambasada Indii miała własną wizję.

W Indiach byłeś, a właściwie nadal jesteś uznany persona non grata. Co właściwie się stało? Będziesz mógł jeszcze kiedyś tam pojechać?

Będę mógł i teraz już o tym wiem. Wszystko to, co mi się przytrafiło nie było moją winą. To nieszczęśliwy splot okoliczności wpłynął na to, że w 2006 roku wyrzucono mnie z kraju, a później ten smród, który wtedy powstał, ciągnął się za mną do 2009 roku, gdy nie pozwolono mi wrócić. Nie chcę wchodzić w szczegóły. W sierpniu 2010 poleciałem ponownie, na 4 dni. We wrześniu odmówiono mi wizy, ale z innego powodu – nie upłynęły wtedy 3 miesiące od ostatniej wizyty w Indiach. Tyle, że wtedy o tym nie wiedziałem. Dowiedziałem się później, ale nie byłem już zainteresowany powrotem. Niemniej jednak wiem, że wrócę kiedyś do Indii. Chcę Kolkatę pokazać mojej żonie. Mam już nowy, czysty paszport. Na pewno mnie wpuszczą, ale z Warszawy próbować już nie będę.

Indie_Kolkata_WywiadIndie05A dzisiaj jesteś w Tajlandii. Minęło już 3,5 roku od czasu, kiedy zdecydowałeś się na wyjazd i ukończenie kursu TEFL uprawniającego Cię do nauczania języka angielskiego praktycznie na całym świecie. Nowe życie, nowa praca, nowe miejsce. Na pewno to wszystko musiało być nieprawdopodobnie ekscytujące?

Było bardzo ekscytujące. Gdy już podjąłem decyzję o wyjeździe do Tajlandii nie mogłem się doczekać. Wszystko nowe i gotowe do odkrycia. Po za tym ta niepewność, czy uda się znaleźć pracę, zacząć nowy rozdział życia, bo przecież oprócz miesięcznego kursu nie miałem zupełnie nic nagrane. Wyjazd do Tajlandii był więc trudniejszy niż ten do Indii, ale ja byłem bogatszy o poprzednie doświadczenia. Byłem pewien, że mi się uda. Nie byłem tylko pewien, ile to wszystko zajmie czasu. Miałem też plan B i C na wszelki wypadek. Niemniej jednak byłem nastawiony tylko i wyłącznie na Tajlandię.

CIĄG DALSZY OPOWIEŚCI ZNAJDZIECIE TUTAJ

WywiadIndie01_01 Konrad Knapik mieszka w Azji od 2005 roku. W latach 2005-2009 pracował jako programista w Kolkacie w Indiach. Od stycznia 2010 mieszka w Tajlandii pracując jako nauczyciel w państwowej szkole średniej w Phetchaburi. W kwietniu 2013 poślubił Filipinkę. O swoim życiu pisze na blogu www.konradknapik.com, który prowadzi od samego początku swojej azjatyckiej przygody, od czerwca 2005.

Zdjęcia i tekst: Konrad Knapik

 

Jeśli i Ty masz ochotę opowiedzieć nam o swoim życiu na obczyźnie (szczególnie, jeśli mieszkasz w Azji), napisz do nas koniecznie!

About the Author:

Mieszanka zodiakalnego Lwa i chińskiego Smoka. Z wykształcenia politolog, z zawodu fotograf. Ciągle szuka swojego miejsca na świecie.