Wyobraźcie sobie jasny piasek, turkus morza, delikatny powiew wiatru i… ciszę. Z tym kojarzy nam się Malapascua i właśnie dlatego kojarzy nam się jak najlepiej. Choć prawdopodobnie, gdyby się uprzeć, na Filipinach bez problemu znalazłoby się więcej tego typu idyllicznych wysepek.

Filipiny_Malapascua_Island, DSC_2585

Ruch samochodowy? Zapomnijcie. Od czasu do czas gdzieś w oddali przemknie motor, co nie zmienia faktu, że na wyspie brak jakichkolwiek utrwardzonych dróg. To właśnie stąd ta cisza. Atrakcje? Gdyby ktoś miał ochotę, można wybrać się na spacer w stronę latarni morskiej odwiedzając po drodze małe lokalne wioski lub zdecydować się na kolejny island hopping. No i najważniejsze – okolice to prawdziwy raj dla nurków z rekinami jako jedną z głównych atrakcji (nie sprawdzaliśmy).

Jak na nieprawdopodobnie spokojną wyspę przystało, dotarcie tam wymaga pewnego wysiłku, a więc po kolei:
– najpierw samolot do City,
– potem autobus do Maya (ok. 120 peso i 4,5 godz.) lub wynajęty samochód (ok. 3.000 peso i 3 godz.),
– następnie publiczna łódka z Maya na Malapascuę. W wersji oficjalnej to koszt 50 peso + 5 peso za każdy kg bagażu, faktycznie cena to 150 peso od osoby. Wynajem prywatnej łodzi to z kolei koszt 1000 peso.
– zwykle podczas odpływu duże łódki nie są w stanie zacumować w Maya, dlatego aby dotrzeć do dużej łódki lub dopłynąć do brzegu w Maya, trzeba przesiąść się na małą łódeczkę (20 peso od każdej osoby lub dużej sztuki bagażu).
A potem czeka na nas rajska Malapscua.

Filipiny_Malapascua_Island, DSC_2617

Spędzaliśmy tam Sylwestra i Nowy Rok, więc nieco obawialiśmy się, czy nie będzie problemu z hotelem. Nie było. Wbrew temu, co się powszechnie sądzi, na Malapascua Island są różnego rodzaju hotele i hoteliki, a my ostatecznie zdecydowaliśmy się na chatkę przy plaży w Cocobana Beach Resort.

I miło było.