Raport z podróży: Ewa i Tomek

//Raport z podróży: Ewa i Tomek

Raport z podróży: Ewa i Tomek

Ewa i Tomek. Ona, humanistka z wykształcenia, pracownik branży lotniczej z wyboru, on politolog i dziennikarz z wykształcenia, konsultant biznesowy z zawodu. Wspólnie od 2009 roku spędzają razem wakacje i większe wyjazdy urlopowe. Co jakiś czas urozmaicają sobie te wyjazdy, teraz na tapecie jest nurkowanie i to z nim wiążą się plany urlopowe. On kręci pod wodą, ona fotografuje to, co zwiedzają. Razem tworzą bloga www.poprostupodroz.com Mają bardzo elastyczne plany wyjazdowe, ale ostatecznie takie, które obydwojgu pasują. Ewa pracuje na etacie, więc to Tomek się do niej dostosowuje, ale kiedy Ewa jest w delegacji dwutygodniowej w Bombaju, Tomek potrafi to sprytnie wykorzystać i pojechać na miesiąc na południe Indii sam, więc nie jest stratny. Z racji świetnego dogadywania się w podróży, postanowili też spędzić razem życie. Ot, taka tam łamiąca sobie codzienną rzeczywistość egzotycznymi kierunkami para.

W Azji spędziłem/am…

Ewa: Niewiele, bo łącznie w czasie urlopów 6,5 miesiąca. To jednak wciąż mało.:)
Tomek: Trochę ponad 10 miesięcy. Zdecydowanie za mało!

Azja to dla mnie…

Ewa: jeden z pewniaków wakacyjnych. Wiem, że jeśli tam pojadę, to gdziekolwiek by to było, będę zadowolona. Ludzie, kultura i pyszne jedzenie. Nie zawsze w takim samych udziale procentowym, ale jeśli już jeden element wystąpi, to jest dobrze.
Tomek: ulubiony kontynent. Dlatego, że tak różnorodny. Są i góry, i plaża. I Wschód Bliski, i Daleki, takie od siebie odmienne kulturowo. O ile Bliski Wschód traktuję jako mniej odmienny od kręgów cywilizacji, w której żyję, o tyle Daleki Wschód cały czas zachwyca mnie swoją egzotyką.

Bejrut-2

Przygotowując podróż najchętniej zaglądam do…

Ewa: do Internetu. Najpierw szukam blogów i osób, które już były tam dokąd ja się wybieram. Czytam ich spostrzeżenia. Często gęsto, przeglądam zdjęcia i szukam w ten sposób miejsc, które mnie zaintrygują. Zazwyczaj też zakupuję przewodnik, żeby wiedzieć, dokąd i jak się dostać, a przede wszystkim poznać trochę dogłębniej kulturę i historię. Przyznam, że np. w podróży do Birmy zdecydowanie pomogła mi literatura, którą przeczytałam przed wyjazdem. To niesamowite, jak można sobie taką podróż właśnie takim „przygotowaniem” pogłębić już na etapie przygotowań.
Tomek: niezawodny przewodnik „Lonely Planet” i jego internetowe forum „Thorn Tree”. Czasem przejrzę jakieś zdjęcia w sieci, ale nigdy nie czytam żadnych relacji osób, które odwiedziły wcześniej to miejsce. Nie chcę się niepotrzebnie z góry na coś nastawiać. Wolę się rozczarować lub mile zaskoczyć samemu.

Z Azją najbardziej kojarzy mi się…

Ewa: świątynia. Buddyjska, hinduistyczna czy katolicka w środku Bombaju. Zdecydowanie curry: tajskie czy indyjskie, nieważne. Na zawsze zostało ze mną, odkąd je poznałam. A także wszechobecna wilgotność i upał, których nie znoszę.
Tomek: wyjątkowo sympatyczni ludzie, otwarci, gościnni i przyjacielscy, nawet wtedy, kiedy próbują wcisnąć mi na bazarze kolejny szal z paszminy. Tego się nie spotyka w Europie, gdzie każdy jest zajęty sobą.

Mingun-2

W Azji zachwyciło mnie…

Ewa: Oglądanie plantacji herbat i pól ryżowych. Wciąż mnie to zachwyca w Azji. Uwielbiam je oglądać w różnych rejonach. Wciąż zaskakuje mnie ich położenie. Ostatnio zdecydowanie drewniane łodzie budowane w Pantai Bira, na południu Sulawesi i canopy walkway na wysokości koron drzew w Cameron Highlands. Totalnie komercyjne miejsce, ale jedyne w swoim rodzaju.
Tomek: Himalaje, które odwiedzę pewnie jeszcze nie raz. I podwodny świat Indonezji, tak rafy, jak i wraki. Mógłbym tam spędzić czas do końca świata.

Najbardziej zaskoczyła/o mnie…

Ewa: czas, jaki należy poświęcić na pokonanie jakiegoś odcinka. W Polsce samochodem zrobiłabym taki sam dystans w zdecydowanie krótszym czasie. W Azji, w większości miejsc trwa to mnóstwo godzin. Głównie dlatego, że korzystam z publicznego transportu, bo lubię. W Birmie było to niesamowite, że autobus z Ngapali Beach do Yangonu jechał polnymi drogami!
Tomek: wrażenia z Indii, a konkretnie to, jak zmieniło się moje nastawienie do tego kraju. Pierwszy raz byłem tam w 2007 przez miesiąc, w pierwszej dalekiej podróży i z Indii wyjeżdżałem zmęczony: nachalnością ludzi, hałasem, tłumami, śmieciami, absurdalnymi sytuacjami. W 2014 pojechałem tam znów na miesiąc i zupełnie nic mi już nie przeszkadzało. Po prostu przez te siedem lat podróżowania po świecie… przywykłem! :)

Największe rozczarowanie przeżyłam/em w…

Ewa: Na szczęście nie w Azji.:) Było to na Kubie i nie lubię do tego wracać. Gdybym jednak miała rzeczywiście takowe pokazać w Azji, to…chyba Pindaya w Birmie. Jest to miejsce, gdzie w świątyni wykutej w skale, zgromadzono setki, tysiące statuetek buddyjskich. Niestety było wtedy wilgotno i sporo kapało z sufitu, jedyne co pamiętam to odór mokrych szmat do mycia podłóg, który niestety wywoływał niepożądany odruch.
Tomek: w Birmie. Miał być kraj egzotyczny nawet jak na warunki południowo-wschodniej Azji, dziki, nie zadeptany przez turystów. Tymczasem nic specjalnego. Turystów jak mrówków i ceny w związku z tym kosmiczne jak na Azję. Divesite w Ngapali koszmarny, płytki i piaszczysty, a dodatkowo cholernie drogi, bo centrum nurkowe było jedno i zmonopolizowało rynek. Aha, i jedzenie kiepściutkie – a to dla mnie prawdziwa tragedia.

NyaungShwe-2

Najprzyjemniejszy wieczór spędziłam/em w…

Ewa: …ciężko powiedzieć. Dwa przychodzą mi do głowy: ten w Hsipaw, kiedy czekaliśmy na znajomych, zapijaliśmy się shake’ami tak pysznymi, że do tej pory nie spotkałam miejsca, które by im dorównało, i miałam okazję porozmawiać z naprawdę leciwym przewodnikiem, który wciąż powtarzał z tym świetnym akcentem „You are gorgeous”. Sporo razem żartowaliśmy i dowiedzieliśmy się wtedy o bezpiecznych dla turystów trasach trekkingów. Przychodzi mi też do głowy drugi w Yogyakarcie, gdzie poznaliśmy, zupełnym przypadkiem Martę i Romka. Ta para z Łodzi to nasza zdobyczna, bardzo miła znajomość, którą pielęgnujemy już w kraju. Zdarza się nam osobno planować wakacje i wybrać to samo miejsce, zupełnie niezależnie.
Tomek: Na Togeanach, na Pulau Kadidiri, przy ognisku z drewna palmowego z localesami, popijając arak przy dźwiękach gitary, słuchając coverów Tracy Chapman i Janis Joplin, rozmawiając o… o wszystkim i o niczym, do czasu, aż nie skończyło się drewno do ogniska, a w butelce nie pokazało się suche dno.

Nusa zachod słońca-2

Najlepsza azjatycka kuchnia to…

Ewa: tylko jedna? Nie da rady! Mam dwie póki, co: tajska i indonezyjska. Za zielone curry w wersji tajskiej oddałabym sporo, a z kolei tofu i sos z orzeszków arachidowych, których można posmakować Indonezji to też coś, co sprawia, że moje kubki smakowe szybciej pracują. Wciąż mam w szufladzie zapas przypraw, a w lodówce sos peanut satay i kecap manis do ryżu. Bardziej skłaniam się zatem ku Indonezji i to nie jest żaden podliz! :)
Tomek: Sushi, ale nie wiem, czy się liczy, bo jeszcze w Japonii mnie nie było. Ale nawet w szczytowym momencie dengi w Singapurze – kiedy człowiek chce umrzeć, a nie jeść – poszedłem na sushi i to był właściwie mój jedyny posiłek przez całą ponad tygodniową chorobę. Potem w kolejności: indonezyjska, indyjska (zwłaszcza oparta na seafoodzie, ta z Goa czy Kerali), tajska. Nie cierpię za to birmańskiej: zimnego mięsa w zimnym tłuszczu. Okropność!

Najlepszą kolację zjadłem/am w…

Ewa: Ja będę w tym temacie monotematyczna, ale w jednej z naszych ulubionych restauracji w Jakarcie, gdzie jadłam najlepsze gado-gado w Indonezji. Ja się nawet przyznam, że ono było tak dobre, że w drodze powrotnej do domu zrobiliśmy sobie stopovera w stolicy i kiedy Tomek zdjęty dengą (wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy) wolał zostać na śniadaniu w łóżku, ja sama, co mi się bardzo rzadko zdarza, poszłam tam zjeść moje ulubione danie.
Tomek: I tu mam dylemat: czy był to kurczak po balijsku z ryżem w ekologicznej restauracji na polach ryżowych powyżej Ubud? Czy gigantyczna porcja pysznego seafoodu na Pulau Bunaken, wliczona w cenę noclegu w centrum, z którym nurkowaliśmy? Nie wiem, nie potrafię określić. W każdym razie to było w Indonezji. :)

Najtańsze piwo wypiłem/am w…
Ewa: Hmm, zdaję sobie właśnie sprawę, że na wyjazdach wypijam mało alkoholu. Zatem nie pamiętam, poza tym wolę wino.:)
Tomek: W Azji nie ma taniego piwa. Następne pytanie, poproszę. :)

Kakku_Bambus-2

Najbardziej szalony dzień przeżyłem/am w…

Ewa: to będzie chyba wyprawa skuterem w Krabi. Wypożyczyliśmy jeden, pierwszy raz ruch lewostronny i Tomek, bo to on prowadził, na rondach wciąż chciał jechać inaczej. Siedziałam za nim i krzyczałam mu do ucha: „Lewej! Trzymaj się lewej!”. Teraz to nawet zabawne wspomnienia, ale wtedy miałam chwilami śmierć w oczach. Szaleństwo polegało na tym, że wybraliśmy się na wycieczkę i na jednym skuterze. Od tamtej pory każdy następny raz był już przeze mnie kwitowany tekstem o tym, że ja nie lubię siedzieć z tyłu i już. I na tarasy ryżowe na Sulawesi jechaliśmy już osobno.
Tomek: to nie był jeden dzień – ale te parę dni zlały mi się w jeden. Otóż na Goa wypożyczyłem pamiętającego jeszcze II wojnę światową Royal-Enfielda, klasyczną, naprawianą z milion razy, potężną maszynę. Mimo pory deszczowej i konieczności chronienia się co jakiś czas w przydrożnych sklepach i innych wiatach przed najgorszymi nawałnicami, udało mi objechać praktycznie cały ten indyjski mikro-stan. :)

Najfajniejsze azjatyckie miasto to…

Ewa: od razu przychodzi mi do głowy Singapur. Nie wiem czy dlatego, że byłam tam już trzy razy i chętnie zajrzałbym tam jeszcze raz, bo na przykład ogrody w zatoce się rozrosły. Jakoś mocno odbiega czystością od tego co wokoło w Azji, a jednocześnie można tam odnaleźć namiastkę większości azjatyckich miejsc. Na przykład Hong Kong to coś podobnego, ale ten tłum był dla mnie przytłaczający. Jednak najfajniejsze miasta to były te małe, na trasie lub w drodze, gdzie, albo zbłądziliśmy skuterem, albo ktoś nas zatrzymał, żeby dać owoce. Czasami przygarnął, żebyśmy się schronili przed deszczem. Tak, metropolie odwiedzam często przymusowo z racji przylotu lub wylotu, a te małe, na uboczu i poza szlakiem pamięta się najlepiej i najcieplej.
Tomek: Hong Kong! Jestem wielkim fanem azjatyckich metropolii. I pomimo niesamowitych tłumów ludzi czy mikroskopijnych rozmiarów mieszkań i pokoi hotelowych, to mogłoby być miasto w Azji, gdzie mógłbym zamieszkać. A zaraz po nim Singapur. A zaraz po nim Bangkok. A zaraz po nim… Tak mógłbym wymieniać i wymieniać… :)

MerLion-2

W Azji najbardziej męczy mnie…

Ewa: zdecydowanie ludzie, a dokładniej ich ilość. Do dziś pamiętam setki, jak nie tysiące osób, które mijały mnie w Hong Kongu. Mimo, że nie mieszkam na odludziu, jest to dość osobliwe doświadczenie. A dodatkowo upał i wilgotność powietrza. To idzie w parze z Azją, a ja wciąż tego nie lubiąc, za każdym razem wysiadając z samolotu zastanawiam się, czy byłam naprawdę w pełni świadoma podejmując decyzję o kolejnej wizycie w jednym z krajów azjatyckich. :)
Tomek: Nie tyle męczy, co wkurza. Inni turyści. A szczególnie celują w tym Rosjanie. Często widzę, jak traktują localesów ze swego rodzaju poczuciem cywilizacyjnej wyższości, choć przecież cywilizacja europejska, w porównaniu choćby do tych z subkontynentu indyjskiego, jest jeszcze bardzo młoda. Często obserwuję, jak zachodni turyści zachowują się w stosunku do localesów niczym neokolonizatorzy, choć teraz są tylko gośćmi w ich własnym kraju. Dzieje się to zwłaszcza w klasycznie turystycznych miejscach: na Bali, na Goa, w Damaszku, w Agrze czy w Sharm el-Sheik. Z drugiej strony, turyści wpływają przez to też na to, że potem ja jestem traktowany przez localesów jako chodzący ATM i nic ponad to. Ale jakoś się potem owym localesom nie dziwę…

Inle Lake-2

Największa azjatycka przygoda…

Ewa: No tak, zdecydowanie wyjazd do Moni na wyspie Flores, by stamtąd wybrać się na wulkan Kelimutu i zobaczyć trzy różnokolorowe jeziora. Dotarliśmy tam rano i mgła nie schodziła w ogóle w dół. A my, wyjątkowo jak na nas, zakupiliśmy bilet powrotny na następny dzień z Ende na Bali i nie mogliśmy zostać dłużej w Moni. Jak sobie dziś o tym myślę, to takiej przygody to nie mieliśmy nigdzie indziej. Generalnie te okolice Moni były mocno przygodowe, bo, jakby nie patrząc, tam też Tomek złapał dengę. Jakby nie było – też przygoda, tylko już trochę bardziej ciężkiej materii.
Tomek: Siedmiodniowy trekking w Himalajach najgłębszą na świecie doliną rzeki Kali Gandaki. Pierwszy raz w życiu złapała mnie tam choroba wysokościowa, bo bez żadnej aklimatyzacji w dwa dni wszedłem na prawie 4000 metrów nad poziom morza. W swojej lekkiej postaci – jeśli odjąć koszmarne zmęczenie i problemy z oddychaniem – to obłędne uczucie, trochę jak głupawka po spaleniu… herbaty ziołowej, no. :)

 

Najlepiej wspominany odcinek podróży przebyłam…

Ewa: w Malezji, kiedy jechaliśmy autobusem do Tanah Rata. Kiedy zbliżaliśmy się do górskich wzniesień, wybudziłam się i byłam przekonana, że jedziemy Pętlą Bieszczadzką, bo widok był tak znajomy.
Tomek: Ponad 24-godzinna podróż z Mataram na Lomboku do Labuhan Bajo na Flores. Wybraliśmy się autokarem. Przejechaliśmy Lombok z zachodu na wschód, przeprawiliśmy się promem na Sumbawę, by – znów po przejechaniu całej wyspy z zachodu na wschód z postojem w Bimie, wsiąść na wieczorny prom w Sape. Byłem zaskoczony, że tak szybko i sympatycznie minęła mi ta droga. W przeciwieństwie do pewnego birmańskiego odcinka między Kalaw a Ngapali Beach – ale miałem mówić o najlepiej, a nie najgorzej wspominanym odcinku. ;)

Najbardziej niestandardowy nocleg zdarzył się…

Ewa: w Birmie. Dojechaliśmy do Nyaung Shwe dość późno i niestety hostele były już zajęte, a hotele, które miały wolne miejsca, były mocno poza naszym budżetem i generalnie była już 3 nad ranem, nawet trochę później. Zmęczona szukaniem, zauważyłam drewniany podest przy jednej z restauracji. Idealne zagłębienie, delikatnie ponad ziemią. Do dziś pamiętam zdziwienie Tomka, kiedy spojrzałam na podest i na niego i powiedziałam: ”Śpimy tutaj, rano będziemy kontynuować szukanie czegoś odpowiedniego”. Chyba wciąż nie wierzył, że drewniana podłoga mi wystarczy.
Tomek: Jak wyżej. Nic dodać, nic ująć. :)

Puskhar-2

Najbardziej fotogeniczne miejsce…

Ewa: to mam dwa typy: Indie i tam Pushkar, święte miasto położone nad jeziorem u skaju pustyni Thar, gdzie można spotkać mnóstwo wyznawców Brahmy, bo tam znajduje się jedyna świątynia kultu tego boga. Stamtąd mam najładniejsze portrety. I chyba Indie w całości były mocno fotogeniczne zarówno ludzie jak i atrakcje dla zwiedzających. W Birmie też było pięknie i różnorodnie, ale Indie pierwsze przychodzą mi na myśl.
Tomek: Z zasady nie robię zdjęć, raczej kręcę filmiki, czy to na lądzie czy – najczęściej – pod wodą. Ale nepalskie Himalaje wydają mi się takim fotogenicznym miejscem. Mógłbym zatrzymywać się co pięć kroków, żeby strzelić fotkę.

Najpiękniejszym uśmiechem obdarzono mnie w…

Ewa: najpiękniejszy, a przynajmniej ten który najlepiej pamiętam to ostatnio na trasie z Ngapali Beach do Yangonu, kiedy na jednym z postojów zgłodniałam i zobaczyłam starszą panią sprzedającą jakieś frykasy. Pojęcia nie miałam, co to, a ona nie potrafiła mi wytłumaczyć. Pani z szerokim uśmiechem podała mi dwa rodzaje i kazała spróbować. Po chwili wiedziałam, że jedna z tych rzeczy to banany w cieście smażone w oleju i to one smakują najlepiej. Wykupiłam wszystko, co pani miała aktualnie na sprzedaż, było tego ok. 10 sztuk, ale pani i tak była zaskoczona. Jeszcze z autobusu widziałam, że uśmiechała się z powodu tego całego zajścia. Dopiero w tymże autobusie odezwał się do mnie Birmańczyk i po angielsku wyjaśnił, że kiedy on chciał kupić banany, to Pani wyjaśniła mu zachodząc się śmiechem, że na razie nie ma bo cały zapas został wykupiony przez turystkę. Oczywiście podzieliłam się swoim zapasem z Panem i dzięki temu poznałam fajnego nauczyciela angielskiego.:)
Tomek: Urocza, tajska stewardessa na pokładzie „Thai Airways”, serwująca mi kolejny gin z tonikiem.

Pao_portret copy-2

Najciekawszą historię usłyszałem/am w…

Ewa: z racji takiej, że Syria to już Azja, mniej, ale jednak, to historię taką tam usłyszałam. Ar-Raqqah była to miejscowość, do której dojechaliśmy ciemną nocą i okazało się, że żywcem nie ma tam gdzie spać. Jedyny hotel, w którym były miejsca, to był taki za 70$ za noc. Później była szybka akcja: taxi-wujek-wolny pokój-nocleg. Gościnność syryjska na żywo. Wujek naszego taksówkarza, lokalny szejk, przyjął nas na noc i poznaliśmy historię jego interesów w kieleckim i czasy, kiedy jako pilot myśliwców latał w wojnie z Izraelem. Generalnie, mocno polityczna , która otworzyła nam oczy na wiele takich, a nie innych sformułowań pochodzących z Bliskiego Wschodu.
Tomek: W Birmie nasza przewodniczka po Kakku, młoda dziewczyna z plemienia Pa’O opowiadała nam o tym, jak powstał jej lud. Otóż historia mówi, iż jej lud wywodzi się związku szamana ze smoczycą, która złożyła dwa jaja. Z jednego wykluł się mężczyzna, z drugiego – kobieta. To oni są protoplastami ludu Pa’O, a każdy członek plemienia jest potomkiem smoka, a więc tak naprawdę – smokiem. OK, historia jak historia. Ale najciekawsze jest to, że owa przewodniczka naprawdę w to wierzyła.

Najbardziej mrożący krew w żyłach moment zdarzył się …

Ewa: póki co nie przypominam sobie takiego momentu i to chyba dobrze. Był jeden taki powrót z Pulau Bunaken do Manado, kiedy fale były dość mocne i tak bujało łódką, że nasz sternik zdecydował, że do Manado jednak nie możemy płynąć, bo to niebezpieczne. Wysadził nas u brzegu w środku lasu namorzynowego. Wskakiwaliśmy do wody po uda, z plecakami 70l na plecach i nie wiedzieliśmy dokładnie, w którym miejscu się znajdziemy. Nasza grupka 5 osób szybko się zżyła. I choć mieliśmy z tego później ubaw, to pamiętam, że wtedy na łódce rzeczywiście zdałam sobie sprawę, że się boję i rozważałam, co mam zdjąć z siebie, żeby nie pójść na dno. ;)
Tomek: 17 marca 2007 roku. Nocny przejazd autobusem z Birganj do Kathmandu. Jesteśmy w autobusie jedynymi turystami, reszta to localesi. Wieczorem autobus ma dostać obstawę policyjną, bo w miasteczku antyrządowe zamieszki nepalskich maoistów, właściwie regularna bitwa z policją na pałki, kamienie, świece dymne. Dojeżdżamy na miejsce za miastem, gdzie miał się formować konwój. Spóźnieni; wszystkie autobusy już odjechały. W tym momencie kamień wybija szybę tuż koło mojej głowy… Potem wylatuje jeszcze kilka szyb, w tym przednia i tylna. Ludzie kulą się na podłodze, pomiędzy fotelami, demonstranci walą bambusowymi kijami po drzwiach i masce pojazdu. Na szczęście wojsko wraca po nas, odstawia nas do swojej jednostki, skąd po jakimś czasie, dobrze po północy, puszczają nas w dalszą drogę. Nikt nie przejmuje się wybitymi szybami w autobusie. Całą bezksiężycową noc jedziemy górskimi serpentynami do stolicy, bez reflektorów, bo też zostały wybite, nad głębokimi przepaściami. A wiatr wiejący na przestrzał przez autobus mrozi mnie do kości.

Nusa Lembongan łódki-2

Ulubionym azjatyckim środkiem transportu jest…

Ewa: skuter! Zaraz po autobusie. Do przemieszczania się między miasteczkami, wioskami wybieram autobusy lokalne, bo wtedy można poznać ciekawych ludzi i pogadać, przekonać się, że wszystko dosłownie wszystko da się przewieźć. Autobusem najczęściej się przemieszczamy. A skuter to świetny środek na eksplorację terenów okolicznych. Można dojechać w wiele miejsc, być localesem na chwilę i być niezależnym. Świetna sprawa.
Tomek: Motory! Zwłaszcza te ciężkie, potężne, stare – żeby nie powiedzieć: starożytne – indyjskie maszyny Royal-Enfielda, chyba jeszcze przywiezione z Wielkiej Brytanii. Odpalane „na kopa”, żrące paliwo jak smoki, wyjące silnikami na wysokich obrotach. Wbrew pozorom, zasada „zero elektroniki” to świetny pomysł. Naprawi go dowolny mechanik (albo nawet nie mechanik), w dowolnej, nawet najmniejszej wiosce na świecie. ;)

Najbardziej widowiskowy wschód słońca podziwiałem/am w…

Ewa: z tym to mam problem, bo ja chętniej na zachody bym chodziła. Ale w Bagan się postarałam i choć Tomek smacznie spał, ja wsiadłam na rower i pojechałam. Nie wylądowałam w świątyni, w której miałam, ale i tak było kameralnie. Na tle wschodzącego słońca pojawiły się balony wzbijające się w powietrze. Coś pięknego i chyba do tej pory najbardziej widowiskowego. Ale nie mam zbyt wielu miejsc do porównania. :)
Tomek: Z założenia – ja, nałogowy śpioch – nie wstaję na żadne wschody słońca! Ale ze dwa razy to może byłem. Raz na Poon Hill w Himalajach, raz w Kanyakumari na południowym krańcu Indii. Nie mogę się zdecydować, który wschód był ładniejszy.

Najpiękniejszą plażę znalazłem/am w…

Ewa: na Togeanach na Sulawesi. Pulau Kadidiri, skąd można łódką, albo kajakiem podpływać do mniejszych wysepek w okolicy. Turkusowa woda, cisza i spokój, bo niewygody podróży tamże sprawiają, że tylko zdeterminowani nurkowie tam docierają, to był strzał w dziesiątkę.
Tomek: Na Havelock Island na Andamanach. Kameralna plaża, biały, drobniutki piasek, po lewej mangrowce, po prawej rafa koralowa… I nawet, jak jest odpływ, to plaża ładnie wygląda.

Amarapura-2

Z największą przyjemnością wróciłbym/ wróciłabym do….

Ewa: wszystkich tych miejsc w Azji, w których byłam, ale wiem, że można zanurkować. Bo dopiero od roku nurkuję i wiem, gdzie warto byłoby wrócić. Ale to powoli nadrobię. Togeany, tam zdecydowanie wróciłabym, żeby zahaczyć o inne wysepki, bo już wiem jakie jeszcze warte są odwiedzin. Już wspominałam, że Indonezja to mój ulubiony kraj, prawda? :)
Tomek: Zbyt mało znam te miejsca, w których byłem, żeby nie chcieć do któregoś wrócić. Z drugiej strony jest tyle miejsc w Azji, gdzie jeszcze nie byłem… Ale na pewno chcę wrócić do Kathamndu (prawdopodobnie już wkrótce), na Andamany i na Togeany. Tak ogólnie to do Indonezji chętnie przyjadę po raz trzeci, bo tam jeszcze jakiś milion wysp do zwiedzenia mi został. ;)

Nigdy nie wrócę do…
Ewa: Niestety do Syrii, z wiadomych powodów. A dzięki różnorodnym zainteresowaniom i aktywnościom, to nie mam takiego miejsca. Wiem, że w miejscach, które odwiedziłam nie widziałam wszystkiego, więc zawsze znajdę choć jeden, dwa powody, żeby jednak wrócić.
Tomek: Do Aleppo… Do Damaszku… Do Bagdadu… Zwłaszcza Bagdadu mi szkoda, który widziałem jeszcze zanim Amerykanie się tam „wprowadzili” po raz pierwszy na początku lat ’90.

Aleppo-2

Osobom wybierającym się do Azji poradziłbym/poradziłabym….

Ewa: Zdecydowanie jasne określenie sobie celu wyjazdu i dostosowanie do niego miejsca. Ja bardzo lubię poznać historię kraju, taką głębszą niż powszechna, którą mamy w głowie. To naprawdę pozwala zrozumieć trochę więcej na miejscu. Nie wszystko, bo to nie jest możliwe, ale naprawdę głębiej przeżywa się wtedy taki wyjazd. Chyba, że ktoś jedzie na plażowanie i jedyne, co mu do szczęścia potrzebne, to ładna plaża i dobry hotel. Dlatego ten cel na początku jest ważny.
Tomek: Nie robić zbyt napiętego planu wyjazdu. Azja jest nieprzewidywalna i podróż, którą przewodnik opisuje jako kilka godzin może zająć dwa dni. Poza tym w trakcie podróży warto zostać w pewnych miejscach trochę dłużej, głębiej poznać ludzi i ich obyczaje. I przyzwyczaić się do myśli, że w Azji nic nie będzie takie samo, jak w Europie. Poza kawą w Starbucks’ie. :)

NusaLembongan koszyk-2

Plany na najbliższe miesiące i dalszą przyszłość….

Ewa: na razie chcę się nauczyć obróbki zdjęć i edycji filmików. Poza tym planuje potrenować jeszcze technicznie nurkowanie. Jak to z planami bywa, często u nas ulegają zmianie i nasz trekking w Himalajach, zaplanowany na kwiecień 2015, pewnie trzeba będzie przełożyć na jesień, ale nie wiem czy wtedy z racji pluchy na zewnątrz nie wybierzemy Filipin. Poza tym na jesieni jedna z linii lotniczych, którą lata mi się wygodniej otwiera połączenie bezpośrednie do Panama City. Lubię zatem fakt, że z moim partnerem możemy mieć dużą elastyczność i dowolność w decydowaniu się na miejsce docelowe.
Tomek: Himalaje w kwietniu, jak dobrze pójdzie. Obowiązkowo Filipiny, może na jesieni. Koniecznie chcę tam zanurkować, zwłaszcza, że już będę miał do tego czasu uprawnienia divemastera i limit do 50 metrów głębokości. A może coś innego? Się zobaczy. :)

By |2017-02-07T19:27:53+00:00Marzec 1st, 2015|Raport z podróży|4 komentarze

About the Author:

Mieszanka zodiakalnego Lwa i chińskiego Smoka. Z wykształcenia politolog, z zawodu fotograf. Ciągle szuka swojego miejsca na świecie.