• Vietnam_Ho_Chi_Minh_City_motory, DSC_6558

Sajgon to nie tylko sajgon

Motorów i skuterów mknących po ulicach są takie ilości, że trudno to ogarnąć zarówno wzrokiem, jak i rozumem. Kiedy na jednym z nich jedziemy z Wietnamczykiem o imieniu Qui, oczy śmieją mi się do mijanych widoków. Podczas gdy przystajemy na światłach, uśmiechają się do mnie kierowcy innych motorków, a kilkuletnia dziewczynka w kolorowym kasku z Kubusiem Puchatkiem na głowie jedną ręką trzyma się pleców taty, a drugą macha na przywitanie. Mijamy kolejne ulice, skręcamy, wyprzedzamy, wymijamy i trąbimy! Tyle emocji w tej jeździe! Zastanawiam się, czy kiedykolwiek byłabym w stanie odważyć się i wyruszyć na ulice samodzielnie… Na razie jedyne, na co mnie stać, to bezbolesne przechodzenie na drugą stronę drogi pośród pędzących motorów, co przyznaję, uwielbiam i uskuteczniam tak często, jak jest okazja, bo chyba po prostu lubię towarzyszący temu dreszczyk emocji.

Nie jestem wielbicielką muzeów, więc również tutaj nie odwiedzam żadnego. Postanawiam więc dzień spędzić przede wszystkim w klimatycznych buddyjskich świątyniach, co sprawia, że w którymś momencie Qui pyta, czy jestem buddystką.
Przekonuję się, że świątynie to dobry wybór, bo turystów spotykam jedynie w Jade Emperor Pagoda (nie będę w tej chwili sprawdzać, jaka jest jej polska nazwa), a w każdej ze świątyń odwiedzanych później jest cicho i prawie że pusto, co tym bardziej pozwala cieszyć się ich urokiem.

Poza tym:
– cieszę się z tak prozaicznych spraw, jak możliwość załatwienia czegokolwiek i to w tempie zaskakująco ekspresowym (zdążyłam już zapomnieć, że coś takiego jest możliwe);
– z siodełka motorka podziwiam misterne kolonialne budynki;
– uczę się, jak po wietnamsku jest kurczak (gà) i „bez mięsa” (không có thịt), co ma mi się przydać na wszelki wypadek. To drugie pytanie sprawia, że znajoma Wietnamka głosem pełnym współczucia pyta „A co, nie możesz jeść mięsa?
– spędzam miły wieczór w towarzystwie Dipankara, internetowego znajomego z Kolkaty, bo przez przypadek okazało się, że w tym samym czasie jesteśmy nie dość, że w tym samym mieście, to jeszcze na tej samej ulicy. Skutkuje to kolejnym już zaproszeniem do Kolkaty i obietnicą, że w końcu z niego skorzystam.
– w knajpce Binh, która podobno za dawnych czasów była tajną kwaterą Viet Congu, jem najsmaczniejszą w moim dotychczasowym życiu i najbardziej aromatyczną zupę phở.

Chłonę atmosferę miasta i nie mam dosyć. Bo , to nie tylko . ma klimat.

  • Dopiero w Sajgonie mozna zrozumiec skad sie wziął przyslowiowy Sajgon. Ruch uliczny motocyklistow mnkacych wieloma rzedami i bez rzedow po ulicach i pieszych probujacych jakos przejsc na druga strone.. Niewiarygodne. Jesli komus sie wydawalo, ze np. W Delhi nest duzy ruch- to gdy pojedzie do Sajgonu to dopiero sie przekona! :)

    • Zdecydowanie można zrozumieć;) To jest prawdziwe motocyklowe szaleństwo, z drugiej strony jednak jest w nim jakaś metoda i wszystko odbywa się zaskakująco płynnie:)
      A wiesz, że ja właśnie w Delhi miałam największe problemy z przejściem przez ulicę? To było gdzieś w starym Delhi, dwupasmowa ulica, dziesiątki autobusów, samochodów, rykszy i nikt absolutnie ani nie chciał się zatrzymać, ani zwolnić. Wtedy przechodziłam z grupą delhijczyków, ale też nie wyglądali na odważnych;)

  • Dobry Sajgon nie jest zły…

    • Powiedziałabym nawet, że jest bardzo dobry.
      p.s. chociaż piwa nie próbowałam;)

  • Michał

    Coś wspaniałego – mówię tu o zdjęciach i tekście – aż chce się poczuć ten Sajgon na własnej skórze!

    • A takie komentarze sprawiają, że chce się pisać więcej:) Dziękuję!

  • Jozek

    Aniu wspaniale oddajesz atmosfere wietnamu i Sajgonu w szczegolnosci…a czy juz doszlas skad sie biora „sajgonki”. Pozdrawiam i do zobaczenia. Jozek

    • Dziękuję Józku:) Sajgonki na razie tylko jadłam:) Pozdrawiam serdecznie!

  • Monika Ablewicz

    Sajgon jest do kitu

    • A dlaczego? spotkały Cię jakieś nieprzyjemności?

  • No i po HK znów mie wysyłasz w świat? :-)

    • Ciebie nie trzeba nigdzie wysyłać, bo i tak sam się wybierasz i to w bardziej odległe zakątki;)

  • Czasem mi się zdarza! :-)

  • Monika Ablewicz

    Nie, ale ani to azjatyckie do końca, ani europejskie miasto, do oglądania prócz poczty praktycznie zero (nie wspominajcie repliki katedry), po kilku tygodniach spędzonych w Wietnamie to było jedyne miejsce, gdzie nie byłam w stanie przejść sama przez ulicę. Wściekły ruch robi wrażenie, ale czy to powód, żeby zjawiać się w Sajgonie?

    • A co to znaczy, że miasto jest „azjatyckie do końca”? I tak z ciekawości zapytam – co jest dla Ciebie wyznacznikiem „azjatyckości” miasta i idąc dalej – które z azjatyckich miast uważasz za najbardziej „azjatyckie”?

      Oczywiście zgadzam się z Tobą, że ruch uliczny to nie jest wystarczający powód, żeby się zjawiać w Sajgonie, tak zresztą jak to wczoraj napisałam, ale na szczęście to miasto ma do zaoferowania o wiele więcej, wystarczy tylko mieć ochotę poszukać:) miłego dnia!

    • Monika Ablewicz

      Ok, przesadziłam z tym „azjatyckie”, miałam na myśli wietnamskie, bo ciężko do jednego worka wrzucić Singapur, Hongkong, Sajgon i choćby Luang Prabang i Delhi, o tysiącach innych nie wspominając.
      Być może Sajgon ma sporo do zaofiarowania, czego nie odkryłam, tak czy siak absolutnie nie był dla mnie wisienką na torcie po miesiącu pobytu w Wietnamie i kompletnie nie mam ochoty wracać do tego miasta już nigdy więcej. A azjatyckość miejsc to chyba w wielu przypadkach ulotne wrażenie, inne dla każdego.

  • My lubimy sajgonki

    • Ja też i te na miejscu też już spróbowane:)

  • Pięknie opisany Sajgon bez dwóch zdań.

    I takie tam moje 3 grosze do wypowiedzi Moniki
    Sajgon jest azjatycki bo leży w AZJI i jest wietnamski bo leży w Wietnamie. To tak jakby ktoś powiedział, że Lódż nie jest polska bo nawet na poczcie nie ma co oglądac. Troche takie nielogiczne mysłenie, prawda?

    • Cześć kochana Sznupko!
      Wiesz, ja myślę, że cała ta potrzeba „azjatyckości” miejsca wynika z tego, że gdzieś tam podświadomie prawie każdy ma w głowie obraz Azji biednej, kolorowej, z reguły zacofanej i potem, kiedy miejsce nieco odbiega od stereotypu, wydaje się nieazjatyckie. Oczywiście nie twierdzę, że tak właśnie myśli Monika, tym bardziej, że ja sama kiedyś też uważałam Singapur za mało pasujący do pozostałej części Azji. Tylko, że ja po pierwsze znam tak naprawdę jedynie ułamek kontynentu, a po drugie teraz myślę, że Singapur jest taką Azją, do której dąży reszta krajów kontynentu z tą różnicą, że idzie im to nieco wolniej;)

  • coś w tym jest…;)

  • Sajgon jest mega magicznym miejscem. O jaaaaaaaa. ale chciałbym tam teraz wrócic!!!! :D Świetną sprawą są sklepiki z kaskami o różnych designach… noi tanie piwko na ulicy i przepyszne pączki z budyniem- nie wspominając o Królowej- zupie PHO :D szerokości!