Pewnego dnia podczas rozmowy ze znajomą z Malezji uświadomiłam sobie, jak mało wiem o sytuacji u jednego z najbliższych sąsiadów Indonezji i tak to się wszystko zaczęło. Pomyślałam, że to bardzo dobry pomysł, aby w jednym miejscu zebrać informacje na temat aktualnej sytuacji w krajach azjatyckich, bo zwykle, o ile żywotnie nie interesujemy się jakimś konkretnym krajem, to nie mamy pojęcia, jak wygląda obecnie na miejscu i, co najczęściej interesuje Was najbardziej, KIEDY będzie można tam przyjechać.

Kilkunastu internetowych znajomych, którzy mieszkają na stałe lub przebywają od wielu miesięcy w różnych krajach, dało się namówić i opowiedziało, jak teraz wygląda tamtejsze życie. SERDECZNIE DZIĘKUJĘ i myślę, że wspólnymi siłami stworzyliśmy coś naprawdę ciekawego.

Przeczytajcie całość, bo z pewnością będziecie zaskoczeni, tak jak byłam i ja.

***

BANGLADESZ: AGA _W_BANGLADESZU

BANGLADESZ

AGA |INSTAGRAM: AGA_W_BANGLADESZU

Żeby opowiedzieć, jak to teraz jest, zacznę od tego, jak to się w ogóle zaczęło w Bangladeszu. Pierwszy przypadek COVID-19 pojawił się w połowie marca, od końca marca do maja w całym kraju ogłoszony był Coronavirus Public Holiday, czyli przymusowe wolne dla wszystkich, zrobiono tak dlatego, żeby nie można było zwalniać ludzi ani obniżać im pensji, ale niestety i tak znalazły się firmy, które złamały ten zakaz. Podczas lockdownu zamknięte były restauracje, silownie, kina, nie było transportu publicznego, wielu ludzi straciło źródło dochodu, a w szczególności Ci najbiedniejsi. Rząd próbował pomagać, tak samo bogatsi mieszkańcy, ale w gęsto zaludnionym Bangladeszu każda pomoc to jak kropla w morzu… Wszyscy zaczęli rozumieć, że przedłużający się lockdown przynosi więcej szkody niż pożytku, ludzie nie mogą głodować. Od sierpnia wszystko powoli zaczęło wracać do normy, otwarto restauracje, siłownie, przywrócono autobusy, loty do niektórych krajów. W tej chwili według oficjalnych danych jest prawie 400 tys. zakażonych, w 160 mln kraju to mała liczba, ale są to dane oficjalne, testów wykonuje się coraz mniej, służba zdrowia w Bangladeszu jest płatna, dlatego wielu ludzi, nawet mając objawy wirusa, nie idzie do lekarza, nie robi sobie testów, bo zwyczajnie ich na to nie stać. Dodatkowo mieszkańcy są przyzwyczajeni, że ciągle coś się dzieje, ciągle coś ich nęka, a to denga, a to powodzie, trzęsienia ziemi, dlatego koronawirus dla większości stał się kolejnym codziennym zagrożeniem, z którym trzeba żyć. Kraj nie może pozwolić sobie na kolejny lockdown, ponieważ gospodarka i tak mocno ucierpiała podczas pierwszego, wizja głodu i braku pracy bardziej przeraża niż wirus. Oczywiście dalej nosimy maseczki, w sklepach w mojej dzielnicy dezynfekują ręce przed wejściem, ale na dziś mam wrażenie, że to wszystko. Zobaczymy, jak będzie dalej, idzie zima, ochłodzenie może przynieść więcej zachorowań, ale czy to zmusi rząd do kolejnego lockdownu, tego nie wiemy…

***

CHINY: TRADYCYJNE TAŃCE MNIEJSZOŚCI NARODOWYCH. FOT. AGNES_TURNER

CHINY

AGNES TURNER: FANPAGE: DZIEWCZYNA Z CZEWUJEWA BY AGNES TURNER | INSTAGRAM: AGNES_TURNER

Chciałabym napisać, że u nas jest tak samo jak wszędzie, żeby nikt nie czuł się już tak sfrustrowany i zły, ale nie mogę. Kraj, który przyczynił się do światowego kryzysu jest w tym momencie najbezpieczniejszy i (jakby to nie brzmiało) najnormalniejszy. W mieście, w którym mieszkam, po koronawirusie śladu praktycznie już nie ma. Niekiedy mam wrażenie, że to się nigdy nie wydarzyło. Ta cała pandemia, lockdown, obostrzenia. Wydaje się jakby to było co najmniej rok temu, a tak naprawdę minęły niecałe cztery miesiące od ostatnich dużych obostrzeń. Wszystkie miejsca operują w trybie jak sprzed pandemii. W miejscach, które w czasie pandemii zostały zamknięte, już pojawiły się nowe biznesy. Większość tych, które ja znam i lubię, przetrwały i nadal funkcjonują bardzo dobrze.
Dzieci wróciły do szkół, ludzie na ulice i w miejsca publiczne. Był pewien okres, zaraz po otwarciu miasta, kiedy dało się wyczuć pewną dyskryminację i wiele miejsc z niechęcią przyjmowało obcokrajowców, czy też odsuwano się od nas na ulicach lub w autobusach. Przez długi czas również nie mogliśmy wchodzić do wielu parków czy obiektów kulturalnych, ale i te obostrzenia już zniknęły. Ja osobiście spotkałam się z taką dyskryminacją kilka razy i miałam ochotę wyjechać, ale później zrozumiałam, że zachowania te wobec nas wynikały z braku rzetelnych informacji przekazywanych społeczeństwu. Tak więc za każdym razem gdy obwieszczano o nowych przypadkach wirusa przywiezionych zza granicy, brak było informacji o tym, kto to przywiózł i skąd. Granice kraju zostały zamknięte bardzo szybko i obcokrajowcy nie mogli w żaden sposób do kraju wjechać. Więc nie były to przypadki przywiezione od nas, tylko od powracających do kraju Chińczyków. Na ten moment, granice cały czas pozostają zamknięte, ale osoby z ważnymi wizami pracowniczymi wydanymi przed pandemią, mogą powoli wracać do kraju. I wracają. Powroty dla nich nie są łatwe. Po pierwsze: cały czas jest bardzo mało połączeń międzynarodowych (i są one abstrakcyjnie drogie). Dwa – mimo ważnej wizy należy uzyskać specjalną wizę jeszcze raz w placówce chińskiej, w kraju w którym się przebywa. Po trzecie: niezależnie od testu wykonanego obowiązkowo na trzy dni przed lotem, wszyscy lądują i tak na dwutygodniowej kwarantannie. Kwarantannę odbywa się w odizolowanym od miasta, specjalnie wyznaczonym hotelu, do którego osoby z zewnątrz dostać się nie mogą; oczywiście jest ona płatna (u nas w mieście jest to ok. 150 zł na dobę i to bez wyżywienia). Więc wracają Ci, którzy naprawdę chcą i muszą. Co do mnie, bardzo chciałabym móc wykorzystać mój zaległy urlop i w końcu odwiedzić dom rodzinny i ten w Indonezji, ale jest to średnio możliwe. O ile dostałabym się jakoś do Polski, bo sporadyczne loty już są, to musiałabym spędzić pierwsze dwa tygodnie w izolacji (mimo, iż wracałabym z bezpiecznego miejsca). Miałabym dwa dni na odwiedzenie wszystkich bliskich (o ile by się nie przerazili, że wróciłam z Chin) i już musiałabym wracać, bo w Chinach czekałaby mnie następna dwutygodniowa kwarantanna. Takim sposobem spędziłabym cztery tygodnie urlopu w izolacji. Dziękuję, poczekam.
O ile z wyjazdem stąd jest średnio, o tyle po Chinach możemy poruszać się bez problemu. Autobusy, pociągi, samoloty – wszystko funkcjonuje. Oczywiście w każdym z tych środków transportu należy nosić maseczki i za każdym razem skanować specjalne kody „bezpieczeństwa”, ale to by było na tyle. Ostatnio obchodziliśmy Święto Środka Jesieni i większość obcokrajowców (jak i Chińczyków) wyruszyła by eksplorować kraj. Większość – oprócz studentów. Ci nie mogą opuszczać swoich kampusów ani miast w których studiują. Nie mieli również w tym roku przerwy świątecznej i te dni zostaną im oddane dopiero pod koniec semestru. Mimo tych obostrzeń dla studiujących, turyści byli wszędzie i nie było łatwo znaleźć zakwaterowania w normalniej, niekosmicznej cenie. Lotniska, stacje kolejowe i autobusowe były przepełnione; jedyną pozostałością po wirusie zdawały się być maseczki i kody. Nie jest to jednak coś bardzo nadzwyczajnego, że są one tu noszone dość standardowo, bo i przed pandemią bardzo wiele osób w miejscach publicznych te maseczki nosiło. I, jak kiedyś wspomniałam, ludzie tutaj nie oprotestowują kwestii obowiązku noszenia maseczek.
Co do otwarcia granic dla turystów, niestety obawiamy się, że nie nastąpi to zbyt szybko. Rząd raczej nie będzie rozważał takiej opcji, dopóki w reszcie krajów sytuacja się nie uspokoi. Ogromną pociechą dla Chin jest to, że gospodarka nie opiera się na turystyce (jak to ma miejsce w Tajlandii czy Indonezji) więc i turystów zagranicznych tak bardzo tutaj nie potrzeba. Zresztą, po ostatniej przerwie świątecznej bardzo wyraźnie było widać, jak wielu Chińczyków podróżuje chętnie po swoim kraju – a lokalna turystyka funkcjonuje tu bardzo dobrze.
Reasumując: w Chinach życie płynie dalej i oprócz tego, że każdy chciałby już mieć możliwość wyjechać stąd choć na chwilę, naprawdę jesteśmy w dobrej sytuacji. Pracy jest dużo, a może i więcej niż przed pandemią, cały czas jest bezpiecznie i stabilnie, a wkurzamy się tylko na to, że reszta świata sobie nie radzi. Bo brakuje nam tej reszty świata, bardzo.

***

Indie: margita.in

INDIE

MARGITA | INSTAGRAM: MARGITA.IN

Muszę podkreślić, że Indie są ogromnym krajem, bardzo zróżnicowanym i podzielonym na 28 stanów i 8 terytoriów unijnych. Prawie w każdym stanie panują inne prawa, zakazy i w czasie pandemii również inne regulacje. Z własnej obserwacji najszerzej mogę mówić o stolicy, ponieważ mieszkam w Delhi i nie ruszyłam się poza miasto od marca. Tutaj od początku pandemii do teraz wszystkie osoby, które widzę na ulicach (włączając bezdomnych), noszą maski lub zakrywają usta i nos chustą. Lockdown od 25 marca do początku maja był naprawdę surowy. Ulice były totalnie puste, nigdy nie sądziłam, że zobaczę Indie w takiej wersji. Spore ograniczenia w przemieszczaniu się i policyjne barykady na ulicach, nie pozwoliły mi spotkać się ze znajomymi mieszkającym 15min drogi ode mnie. Obecnie obowiązuje nakaz noszenia masek wszędzie, również w biurach i w każdym samochodzie, jeśli jedzie nim ktoś oprócz kierowcy. Mandat za niezastosowanie się wynosi 500 INR (ok. 26zł). Do października nie można się było swobodnie przemieszczać między stanami. Obowiązywały specjalne pozwolenia, wymagana była przymusowa kwarantanna dla przyjezdnych lub negatywny test. W większości stanów szkoły są wciąż zamknięte (od połowy marca). Metro w Delhi uruchomiono we wrześniu po ponad półrocznej przerwie, z możliwością płatności za bilety tylko bezgotówkowo. Przy wejściach do świątyń pojawiły się bramki dezynfekujące. Przed wejściem do restauracji i sklepów jest mierzona temperatura, należy też zdezynfekować ręce płynem, który najczęściej ląduje na rękach za pomocą czujnika lub pedała, który naciskamy stopą. Słynny grobowiec Tadź Mahal został ponownie otwarty 21 września z limitem 5000 odwiedzających na dzień i zakazem grupowych zdjęć. Bilety do wielu zabytków można nabyć tylko online, kasy na miejscu nie funkcjonują. Niestety, turystyczne wizy nie są wydawane i nie wiadomo, kiedy Indie uruchomią komercyjne loty i zezwolą na turystykę międzynarodową.

***

INDONEZJA: ANIABLAZEJEWSKA

INDONEZJA

ANIA BŁAŻEJEWSKA | INSTAGRAM: ANIABŁAZEJEWSKA

Pierwszy przypadek koronawirusa w Indonezji odnotowano na początku marca. W tym czasie zawieszone już były połączenia z Chinami, a potem jeszcze z kilkoma krajami, w których wirus wówczas najbardziej się rozprzestrzeniał. Życie jednak toczyło się w miarę normalnie aż do drugiej połowy miesiąca, kiedy wirus rozprzestrzenił się na świecie i znakomita większość obcokrajowców opuściła Indonezję powracając do swoich krajów (więcej na temat pierwszych m-cy pandemii znajdziecie we wcześniejszych wpisach).
Zakazano gromadzenia się, zalecono unikanie niepotrzebnego przemieszczania się, zamknięto szkoły, atrakcje turystyczne, większość pracy zaczęto wykonywać z domu, to jednak prezydent kraju w trosce o choćby minimalne dochody obywateli nie zdecydował się na wprowadzenie pełnego lockdownu. Konkretne decyzje podejmują władze poszczególnych prowincji, więc w różnych miejscach kraju obowiązywały nieco różne zasady. Największe restrykcje dotyczyły mieszkańców Dżakarty, gdzie odnotowano najwięcej przypadków, a na przykład na Bali życie toczyło się swoim rytmem – wiele restauracji, hoteli, a nawet siłowni nigdy nie zostało zamkniętych.
Bardzo obawiano się rozprzestrzeniania wirusa w trakcie migracji Indonezyjczyków w związku z muzułmańskim świętem Idul Fitri, więc profilaktycznie najpierw wprowadzono zakaz transportu lotniczego, morskiego i drogowego, aby potem wprowadzić od niego wyjątki pod warunkiem posiadania negatywnego wyniku testu, zaświadczenia od lekarza oraz z firmy. Fałszywe zaświadczenia można było kupić, więc wielu Indonezyjczyków z tego skorzystało.
Od czerwca wracamy do normalności, a właściwie do „new normal”. Z wyjątkiem Dżakarty, w której wróciły restrykcje, większość Indonezyjczyków powróciła do pracy i życie toczy się w miarę normalnie. Otwarto również większość atrakcji turystycznych. Bez większych problemów można podróżować po kraju pod warunkiem posiadania negatywnego rapid testu na obecność koronawirusa.
„New Normal” to również konieczność umycia rąk (a czasem również dezynfekcji) przed wejściem do sklepów, restauracji i tym podobnych miejsc; regularne pomiary temperatury oraz konieczność noszenia maseczek zarówno w przestrzeni publicznej zamkniętej, jak i otwartej, a nawet podczas jazdy samochodem. Niektórzy stosują się do tego aż nadmiernie (wczoraj widziałam balijskiego kapłana w maseczce i przyłbicy, kiedy jechał samochodem zupełnie sam), inni w ogóle się nie stosują, jak na przykład zagraniczni mieszkańcy popularnej miejscowości Canggu, którym nadal, mimo wszechobecnych tablic w informacjami oraz wprowadzenia kar za brak maseczki (26zł) wydaje się, że ich nosić nie muszą.
Dżakarta oferuje międzynarodowe połączenia lotnicze, ale przylecieć do Indonezji mogą tylko jej obywatele, posiadacze wiz KITAS/KITAP oraz dyplomaci. Wszyscy pod warunkiem negatywnego wyniku testu PCR. Niedawno wprowadzono nowe wizy, na podstawie których można przylecieć na przykład w celu biznesowym i pozostać w kraju przez pół roku (wiza wydawana jest na 2 m-ce, a potem może być 4 razy przedłużona na miejscu), jednak ich koszt jest relatywnie niemały (najtańsze oferty, jakie widziałam to równowartość prawie 1500 zł + 50 usd), choć coraz częściej zdarza się, ze z tych wiz korzystają osoby, które chcą przyjechać do Indonezji na kilka miesięcy. Dla turystów Indonezja ma pozostać zamknięta przynajmniej do końca roku, ale chyba już wszyscy na miejscu nastawiamy się psychicznie, ze na tym się niestety nie skończy.

***

TOKIO: ASIAYA

JAPONIA


ASIAYA | INSTAGRAM: ASIAYA

Tokio wydaje się całkiem dobrze radzić w nowej covidowej rzeczywistości i chociaż codziennie prasa donosi o ok. 200 nowych przypadków, życie w metropolii toczy się w miarę normalnie. Nawet pokusiłabym się o stwierdzenie: spokojnie. Otwarte są biura, sklepy, restauracje, kawiarnie, muzea, szkoły i przedszkola. Przy wejściu powita nas płyn do dezynfekcji rąk, czasami pomiar temperatury, linie wyznaczające dystans w kolejkach. Niektóre muzea wprowadziły rezerwację internetową wejściówek, aby uniknąć tłumów. Nie ma odgórnych nakazów, ale pomimo to większość mieszkańców nosi maseczki, choć zdarzają się wyjątki, a nawet niewielkie antymaseczkowe protesty (sic!).
Transport wewnątrz kraju funkcjonuje, samoloty na lokalnych trasach wypełniają się po brzegi. Jednak przyloty z zagranicy nadal są utrudnione, a dla turystów – niemożliwe. Po miesiącach blokowania powrotów obcokrajowców, w tym nawet długoletnich tutejszych rezydentów, których pandemia zaskoczyła za granicą, Japonia w końcu, bardzo ostrożnie i powoli, zaczyna się otwierać. Na początek zielone światło dostają rodziny japońskich obywateli i biznesmeni, podróżni z krajów, które mają pandemię pod kontrolą. Ekspaci mogą już wyjeżdżać z Japonii bez obawy, że nie będą mogli wrócić lub konieczności starania się o specjalne pozwolenia. Nie oznacza to jednak, że korzystają z tego prawa beztrosko, gdyż przyjazd nadal wiąże się z dobrowolnym poddaniem się testom i kwarantannie. Tylko negatywny wynik obu testów (jeden przed samym lotem, drugi na lotnisku po przylocie do Japonii) upoważnia do przekroczenia granicy. Zaraz potem należy poddać się dwutygodniowej izolacji we własnym domu lub hotelu. Nie jest ona tak rygorystyczna jak w Chinach, pozwala na samodzielne robienie zakupów spożywczych i pójście do apteki, natomiast kategorycznie zabrania korzystania z komunikacji miejskiej (należy mieć zapewniony prywatny transport z lotniska). Sytuacja jest dynamiczna, ale Japonia optymistycznie zapowiada otwarcie granic dla turystów w kwietniu 2021 i organizację olimpiady latem. Jedno jest pewne: to będzie zależało nie tylko od sytuacji tutaj na miejscu, ale niestety też ogólnie na świecie.

***

JORDANIA

JOANNA | INSTAGRAM: CIOTKA_Z_JORDANII


Na początku pandemii Jordania wprowadziła kompletny lockdown na 2,5 miesiąca, co pozwoliło na utrzymywanie się bardzo niskiej liczby przypadków. Dziennie było to kilka przypadków lokalnych i około 30-60 przypadków zachorowań z lotów repatriacyjnych. Na początku września, kiedy otwarto ponownie lotniska dla lotów komercyjnych, liczba przypadków lokalnych zaczęła wzrastać. 20 października zanotowano ponad 2 tysiące zakażeń.
Na mieszkańców Jordanii zostało narzucone szereg obostrzeń. W październiku mieliśmy dwa weekendy (piątek i sobota), podczas których obowiązywał total lockdown, nie można było wychodzić z domu, wszystkie sklepy, restauracje itp. były zamknięte. W chwili obecnej rząd zapowiedział, że lockdown będzie obowiązywał do końca roku tylko w piątki.
W każdej przestrzeni publicznej (otwartej bądź zamkniętej) należy nosić maseczki, często też sklepy takie jak Ikea czy Carrefour proszą o włożenie rękawiczek. Noszenie maseczek jest najbardziej przestrzegane w stolicy kraju.
W kwestii przyjazdu do Jordanii są trzy listy państw (zielona, żółta i czerwona), które na bieżąco są aktualizowane i na tej podstawie dana osoba może (lub nie może) przyjechać do Jordanii. Polska na chwilę obecną jest na liście zielonej. Oznacza to, że należy posiadać negatywny wynik PCR zrobiony na max. 120 h przed przylotem, zrobić kolejny test PCR na lotnisku po przylocie, a później odbyć 7-dniową domową kwarantannę*.
*więcej info na https://www.myjordanjourney.com/coronavirus-update
Poruszanie się po kraju nie odbywa się zupełnie bez przeszkód. Nad Morzem Martwym została wydzielona strefa izolacyjna dla osób odbywających kwarantannę, co utrudnia poruszanie się po rejonie. Dodatkowo, jeśli podróżuje się przez Jordanię autokarem JTT, należy sprawdzić, czy połączenie jest aktualne czy zostało skasowane przez zbyt małą liczbę zainteresowanych.
Trudno powiedzieć, kiedy sytuacja się unormuje. Nic nie wskazuje na to, aby w najbliższym czasie 7-dniowa kwarantanna (a w przypadku krajów z listy czerwonej 14-dniowa) kwarantanna została zniesiona, a to skutecznie odpycha potencjalnych turystów.

***

KAMBODŻA: IGULINA

KAMBODŻA

Iga Guzińska| Instagram: IGULINA

Do Kambodży przyjechałam w lutym 2020. Mimo wieści z całego świata o wirusie Covid-19, udało mi się sprawnie odbyć wszystkie loty i dotrzeć na wyspę Koh Rong Samloem, gdzie rozpoczęłam pracę zmieniając całe swoje życie o 180 stopni. Przez pierwszy miesiąc wszystko działało normalnie, a wyspa była pełna turystów. Na początku marca Kambodża zaczęła wstrzymywać wydawanie wiz dla obywateli wybranych krajów (wysoka ilość wykrytych przypadków Covid-19). Turystów zaczynało ubywać z dnia na dzień. Każdy chciał zdążyć wrócić do swojego kraju przed zamknięciem granic. W połowie marca wstrzymano wydawanie wszystkich wiz na granicy. Wyspy z dnia na dzień zrobiły się puste, a hotele jeden po drugim zwalniały pracowników i zamykały się na czas nieokreślony lub zostawały wystawione na sprzedaż. W kwietniu wprowadzone zostały restrykcje w podróżowaniu wewnątrz kraju, noszenie maseczek, sprawdzanie temperatury i dezynfekcja rąk. Zamknięto kina, a w restauracjach wprowadzono dystans społeczny. Odwołane zostały obchody Khmerskiego Nowego Roku, które normalnie trwają około 7 dni. Dla zagranicznych turystów, którzy pozostali w Kambodży zniesiono konieczność przedłużania wiz turystycznych. Restrykcje nie trwały długo, ze względu na bardzo małą liczbę zakażeń, większość została anulowana już w maju.

Aktualnie granice wciąż pozostają zamknięte dla turystów. Do kraju można przyjechać mając wcześniej wydaną wizę z ambasady w swoim kraju lub jeśli posiadasz już wizę biznesową typu multiple entry. Przed wylotem wymagany jest negatywny wynik testu na Covid-19. Po przylocie należy opłacić kaucję 2000$/osoba dorosła, posiadać ubezpieczenie i wykonać na lotnisku ponowny test. Następnie służby kierują do hotelu w oczekiwaniu na wynik. Z kaucji potrącane są koszty hotelu oraz testów i ewentualnej 14-dniowej kwarantanny, jeśli ktokolwiek z danego rejsu miał wynik pozytywny.

Aktualnie można podróżować po Kambodży bez większych ograniczeń. Jedynym problemem jest to, że zawieszone zostało wiele połączeń autobusowych oraz loty wewnętrzne. Hotele, które pozostały otwarte zredukowały ilość pracowników oraz mocno obniżyły ceny aby zachęcić lokalnych turystów. Angkor Wat czyli najsłynniejszy kompleks świątyń w Kambodży, który rocznie odwiedzało ponad 3mln turystów teraz można odwiedzić i zatopić się samotnie w ruinach wyobrażając sobie dawne czasy. Khmerzy to bardzo pozytywny naród, nie tracą pogody ducha i liczą na szybki powrót do „normalności”. Jako ciekawostkę można dodać że jedną z metod obrony przed wirusem, są stawiane przez mieszkańców Kambodży kukły przypominające strachy na wróble. Mają one chronić domostwa przed złymi duchami. Chyba to musiało pomóc :)
W Kambodży oficjalnie odnotowano 286 przypadków COVID-19 (dane na dzień 21.10.2020) i ani jednego zgonu.

***

KATAR

JOANNA REKIK| BLOG: www.mamaintransit.com | INSTAGRAM: MAMAINTRANSIT

Katar zajmuje obecnie niechlubne 1. miejsce na świecie pod względem liczby przypadków Covid-19 przypadających na milion mieszkańców. “Pierwsza fala” mimo starań rządu rozprzestrzeniła się błyskawicznie, głównie za sprawą tzw. “blue collar workers” – robotników mieszkających w dużych skupiskach i wątpliwych warunkach sanitarnych.
Rząd zareagował szybko i zdecydowanie. Zaczęło się od zakazu wjazdu do kraju, który początkowo objął wszystkich poza obywatelami (warto tu zaznaczyć, że w Katarze na prawie 3 mln mieszkańców, obywatele to niecałe 350 tys.!). Wielu rezydentów przebywających akurat za granicą zostało na kilka miesięcy pozbawionych możliwości powrotu do kraju. Nakazano również noszenie maseczek w przestrzeni publicznej (nawet na świeżym powietrzu!), co obowiązuje aż do tej pory. Wprowadzono pracę zdalną, zamknięto szkoły, parki, restauracje itp. Wszyscy dorośli musieli obowiązkowo pobrać specjalną aplikację na komórkę (Ehteraz), pokazującą status zdrowotny użytkownika. Bez okazania tej aplikacji nadal nie można wejść do centrów handlowych czy restauracji.
Co ciekawe, społeczeństwo do obostrzeń podeszło dość spokojnie, na zasadzie “jak trzeba to trzeba”. Pomogły w tym zapewne niebotycznie wysokie kary finansowe grożące za złamanie zakazów…
Gdy liczba przypadków zmalała (ok. 3 miesiące temu), restrykcje zaczęto stopniowo znosić, monitorując na bieżąco sytuację. W chwili obecnej do kraju nadal mogą wjeżdżać jedynie obywatele i osoby o statusie rezydenta. Nie ma póki co informacji na temat tego, kiedy przyjeżdżać będą mogli turyści – zakaz jest oficjalnie utrzymany do końca roku, nie wiadomo co będzie później. Zniesiono obowiązek pracy zdalnej i w zasadzie wszystko jest już otwarte, jednak z restrykcjami dotyczącymi ilości osób przebywających w jednej przestrzeni, i oczywiście z obostrzeniami sanitarnymi. W ostatnim czasie wiele firm zaczęło na nowo zatrudniać pracowników. “Druga fala” zakażeń póki co omija Katar i mamy nadzieję, że tak pozostanie.

***

KOREA PD: pierogizkimchi

KOREA POŁUDNIOWA

WIOLA BŁAZUCKA | INSTAGRAM: PIEROGIZKIMCHI | BLOG: PIEROGIZKIMCHI

Obecnie w Korei dziennie oscylujemy w okolicach stu przypadków, dzisiaj było ich aż 150, a jeszcze parę dni temu tylko 58. Codziennie około 10-20 procent tych przypadków to osoby przyjeżdżające z zagranicy, reszta to zarażenia lokalne. W Korei od początku bardzo sprawnie działa wychwytywanie ognisk zarażeń i przeprowadzanie testów. Można więc powiedzieć, że dzięki temu nie ma ‘’atmosfery strachu’’, ale z drugiej strony porównując sytuację w Korei z Polską, można dojść do wniosku ze Koreańczycy bardzo boją się wirusa i bardzo skrupulatnie podchodzą do środków ochrony. Na ulicy nie sposób spotkać kogoś bez maseczki, ludzie unikają spotkań towarzyskich a w obchodzone ostatnio święta dziękczynienia – Chusok, zanotowano rekordowo niską liczbę osób odwiedzających swoje rodziny.
Jeżeli chodzi o restrykcje, to od początku epidemii w Korei prawie wszystko jest otwarte i funkcjonuje na w miarę normalnych zasadach (wyjątkiem były kawiarnie i restauracje, które prowadziły sprzedaż tylko na wynos przez okres kilku tygodni, kiedy nagle wzrosła liczba zachorowań i pokoje karaoke i kawiarenki internetowe, ale nie jestem pewna czy są one otwarte teraz, chyba już tak).
Do Korei nie można teraz łatwo wjechać, wjazd na wizie turystycznej jest całkowicie zablokowany, ruch bezwizowy został wstrzymany i wydawane są tylko wizy krótkoterminowe. Wyjeżdżać oczywiście można (nie było tutaj zamknięcia granic ani niczego podobnego), ale po przyjeździe obowiązuje wszystkich 2 tygodniowa kwarantanna i test na Covid.
Poruszanie się po kraju odbywa się na normalnych zasadach, nie ma żadnych restrykcji z tym związanych i nie było od początku epidemii.
Wydaje mi się, że perspektywy na przyszłość zależą tylko od szczepionki, nie wydaje mi się, żeby Korea zaczęła przyjmować turystów i zniosła kwarantannę zanim pojawi się szczepionka.

***

LAOS: ORIENTUJEMYSIE

LAOS

ANIA & RADEK | INSTAGRAM: ORIENTUJEMYSIE | BLOG: ORIENTUJEMYSIĘ

Przyjechaliśmy do Laosu w marcu, kiedy sytuacja z koronawirusem dopiero zaczęła nabierać tempa w Azji i jeszcze nikt nie wiedział czego się spodziewać. Mimo to, władze kraju zareagowały błyskawicznie – zamknięto granice i wprowadzono kilkutygodniową kwarantannę we wszystkich prowincjach. Długo obowiązywał nakaz noszenia maseczek w miejscach publicznych, zamknięto punkty gastronomiczne i atrakcje turystyczne, wszędzie unosił się zapach żelu antybakteryjnego robionego na bazie lokalnej wódki lao lao. Mieszkańcy i tak często noszą maseczki na co dzień do jazdy motorem, więc ludzie bez oporu się dostosowali do rządowych zaleceń. W pierwszych tygodniach pandemii prawie nikogo nie było na ulicach, odwołano uroczystości, a miejscowi szerokim łukiem omijali turystów szczelniej zakrywając przy tym usta i nos. Na bramach i drzwiach domów pojawiły się też taleosy – bambusowe plecionki pełniące rolę talizmanów odstraszających choroby i złe moce.
Czuć było atmosferę strachu, na szczęście wrodzony luz i buddyjski spokój Laotańczyków szybko wzięły górę. Przypadków nie przybywało, więc stopniowo zaczęto znosić restrykcje, a życie codzienne wróciło do normy. Obecnie można bez problemów poruszać się po kraju, restauracje i hotele są otwarte, podobnie jak atrakcje. Oczywiście nie wszystkie, ponieważ masowy exodus cudzoziemców mocno odbił się na branży turystycznej. Niemniej nie mogliśmy trafić do lepszego miejsca na przetrwanie tej globalnej zawieruchy. W Laosie od 7 miesięcy liczba zakażań nie przekroczyła 25, nie było też żadnego zgonu. Sytuacja jest w pełni opanowana, czujemy się więc tutaj spokojni i bezpieczni.
Granice jednak nadal pozostają zamknięte. Do Laosu nie można wjechać, chyba, że posiada się specjalną wizę biznesową. Problem stanowi nawet wyjazd z kraju – wszystkie loty długo były zawieszone, odbyło się tylko kilka lotów repatriacyjnych, ale i te potrafiły być odwołane w ostatniej chwili. Obecnie nieśmiało pojawiają się też loty charterowe i komercyjne, ale udział w nich wymaga posiadania certyfikatu zdrowia wystawionego na 72 godziny przed odlotem, pisemnego zezwolenia na powrót od rodzimej ambasady oraz kilkuset dolarów w gotówce. Sytuacja do końca roku raczej nie ulegnie zmianie, więc wzorem miejscowych, czekamy na lepsze czasy leniwie sącząc Beer Lao.

***

MALEDIWY

Magdalena Typel | INSTAGRAM: DZIENNIKI_TYPELKA_MALEDIWY | BLOG: DZIENNIKI TYPELKA

Malediwy to kraj, w którym turystyka jest jednym z głównych gałęzi gospodarki, zatem nie trudno zgadnąć, że skutki pandemii ten kraj odczuł dość mocno.
Pierwszy pozytywny przypadek wsród lokalnej społeczności wykryto 27 marca. W tej samej chwili rząd postanowił o zamnięciu stolicy i granic. Wstrzymane zostały wszystkie promy i motorówki, które kursują na wyspy lokalne oraz zamknięto restauracje, urzędy i miejsca publiczne. Turyści powoli opuszczali kraj już wcześniej, w obawie przed zamknięciem granic w ich kraju.
Aktualnie każdego dnia ilość zachorowań spada, liczymy na to, że do połowy listopada stolica zostanie otwarta (od marca kursują jedynie promy towarowe z żywnością).
W połowie lipca, zostały otwarte granice, turyści mogli odwiedzać zaledwie kilka ośrodków resortowych. Aktualnie czynnych jest połowa resortów, a większość lokalnych wysp nadal nie jest gotowa na przyjęcie gości. Spowodowane jest to głównie brakiem transferu (nie ma się jak dostać ze stolicy, chyba, że wynajętą motorówką prosto z lotniska, ale to wiąże się z wysokimi kosztami). Zmieni się to dopiero po otwarciu stolicy.
Turyści winni mieć ze sobą negatywny test, który ważny jest na 96h od godziny wejścia na pokład samolotu. W resorcie maseczki nie są konieczne. Nosi je tylko obsługa hotelu. Nie ma możliwości przemieszczania się między wyspami, cały pobyt powinien odbywać się na tej samej wyspie. Z wyjątkiem pierwszej lub ostatniej nocy, którą z uwagi na godziny przylotu lub powrotu, trzeba spędzić przy samym lotnisku. W tym celu zostało przygotowanych kilka hoteli tzw. tranzytowych.

***

MALEZJA

BLONDTARZANGIRL | INSTAGRAM: BLONDTARZANGIRL_

Chiński Nowy Rok (24-25.02.2020 r.) obchodziliśmy w Singapurze i już wtedy wracając na Langkawi, w Malezji na lotnisku były ustawiony pomiar temperatury skanujący wszystkich podróżujących oraz wzmożone kontrole, przede wszystkim osób powracających z Chin z rejonu Wuhan. Niedługo później został wprowadzony zakaz wjazdu do kraju osób przebywających w ostatnim czasie w Chinach.
W zasadzie od samego początku pojawienia się epidemii Covid-19 Malezja podeszła do zaistniałej sytuacji bardzo poważnie wprowadzając zwiększone kontrole oraz restrykcje na lotniskach. 18 marca 2020 ogłoszono w całym kraju LOCKDOWN tzw. MCO (Movement Control Order) – co jak się później okazało dla nas wszystkich, była to kwarantanna na ponad 3 miesiące.
Również od tej daty Malezja zamknęła granice. Do kraju mogły wrócić jedynie osoby, które w tym czasie utknęły w innym Państwie, Obywatele Malezji oraz posiadacze wiz pobytowych. Z Malezji można wyjechać, lecz możliwość powrotu jest ograniczona. Rząd oficjalnie zakazał wyjazdów biznesowych, turystycznych bądź rodzinnych poza granice kraju.
Decyzją Rządu, kraj pozostaje zamknięty do 29.12.2020 r. więc do tego czasu podróżować można tylko wewnątrz kraju – powinnam raczej napisać – podróżować można było….. 14.10.2020 ponownie w niektórych stanach w tym Selangor – Kuala Lumpur, został wprowadzony częściowy lockdown – CMCO (Conditional Movement Control Order). Warto wspomnieć również, że w tym czasie, czyli od marca do dziś 24.10.2020 r. mieliśmy już wprowadzany stan EMCO (Enhanced MCO), SEMCO (Semi Enhanced MCO) i RMCO (Recovery MCO) jeśli ktoś wciąż ma ochotę zgłębić temat i doczytać o obowiązujących zasadach podczas każdego z etapów – odsyłam (najlepiej od razu z lampeczką wina) na stronę Wikipedii ;P https://en.wikipedia.org/wiki/2020_Malaysia_movement_control_order.
Od początku roku (do dnia 23.10.2020) w Malezji zdiagnozowano łącznie 24 514 przypadków zachorowań na Covid-19, w tym stwierdzono 214 zgonów, 15 884 osoby już wyzdrowiało, pozostało aktualnie: 8 416 aktywnych przypadków.
W ostatnim czasie dzienna liczba zachorowań waha się w granicach 500-800.
Malezja jest krajem, w którym mieszka 32 493 612 osób, to o 5 340 002 mniej niż w Polsce.

Obecnie:

W STREFACH ZIELONYCH (w tym Langkawi)

  • bezdyskusyjnie od 17.03.2020 obowiązuje wszystkich noszenie maseczki w strefach publicznych.
  • rejestracja danych (imienia, nazwiska, numeru telefonu) przed wejściem do każdej pojedynczej lokalizacji, każdego punktu gastronomicznego, usługowego czy sklepu, poprzez zeskanowanie kodu QR bądź wpisanie danych na papierowej liście.
  • Podróżowanie pomiędzy strefami czerwonymi oraz ze strefy czerwonej do zielonej jest zabronione. Jedyne ustępstwa to wydane wcześniej przez policję przepustki pozwalające na podróżowanie biznesowe bądź w nagłych rodzinnych przypadkach (jak np. śmierć najbliższej osoby w rodzinie).
    Oprócz powyższego życie wygląda względnie normalnie. Wszystkie sklepy, restauracje oraz punkty usługowe są otwarte i działają na normalnych warunkach.

STREFA CZERWONA

Wstępnie według zasad ogłoszonych 14.10.2020 r.;

  • zamknięte są szkoły, galerie handlowe, kina, siłownie, salony fryzjerskie oraz kosmetyczne, targowiska, małe sklepy, miejsca kultu religii, muzea, baseny
  • otwarte są sklepy spożywcze, urzędy, hotele (przyjmują rezerwacje z potwierdzonymi przepustkami w przypadku podróży służbowych)
  • restauracje, są otwarte w określonych godzinach, ale maksymalna ilość gości przy jednym stoliku nie może przekraczać 4 osób
  • jeżeli jest to możliwe obowiązuje praca zdalna
    Regulacje zasad praktycznie codziennie zostają zmieniane, są one uzależnione od panującej sytuacji i ilości nowych zachorowań.

***

SINGAPUR: HELLO_ITS_ASIA

SINGAPUR

ASIA | INSTAGRAM: HELLO_ITS_ASIA

Nowa normalność w Singapurze to już nie tylko słowa, ale rzeczywistość.
Singapur był jednym z pierwszych państw, w których Covid pojawił się poza Chinami. Od tego momentu minęło już ponad 9 miesięcy. Nadal pamiętam dzień, w którym dowiedziałam się o pierwszym przypadku zakażenia. Po tym wszystko potoczyło się lawinowo: urlop w Kambodży z okazji Chińskiego Nowego Roku spędzony po części na poszukiwaniu maseczek, które znikały z półek sklepowych w błyskawicznym tempie, powrót samolotem już w maseczce, a na miejscu (i jak to w Singapurze bywa) – szybka reakcja i wprowadzanie obostrzeń, które narastały z każdym dniem. Pierwsze dwa miesiące po raz kolejny udowodniły, że Singapur to jedno z najbardziej zorganizowanych państw świata, a jego poczynania jedynie to potwierdziły, gdyż liczba przypadków na początku marca zaczęła spadać. Niestety do czasu, gdyż pogorszenie sytuacji Covidowej na świecie, a zwałszcza w Europie, powroty Singapurczyków z zagranicy oraz nagły wzrost zakażeń wsród pracowników imigracyjnych, doprowadziły do wprowadzenia 7 kwietnia częściowego ‘lockdownu’, zwanego ‘Circuit Breaker’. Oznaczało to pracę zdalną, zamknięcie szkół, zakaz spotkań z osobami, z którymi się nie mieszka, ograniczenia na marketach oparte o dni parzyste i nieparzyste i przypisane im numery identyfikacji osobistej itp. Singapur nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził również nowinek technicznych do kontroli dystansu społecznego i takowymi również nas poczęstowano, w postaci czworonożnych robotów przemierzających lokalne parki i uprzejmie przypominających nam o tym, jakie są zasady 😉
Co ciekawe, gdy w maju sytuacja zaczęła się poprawiać, jednym z pierwszych złagodzeń obostrzeń jakie wprowadzono, było pozwolenie na korzystanie z Tradycyjnej Medycy Chińskiej. Przypadek? Nie sądzę 😉
Faza ‘Safe Reopening’ wprowadzona 2 czerwca, była fazą przejściową przed ‘ Safe Transition’, w której jesteśmy obecnie od końca czerwca. Maseczki są już stałą częścią garderoby, również na plaży i basenie. Spotkania w grupach ograniczone są do 5 osób, wielu nadal pracuje zdalnie. Mierzenie temperatury traktujemy już jako automatyczny odruch, jako że odbywa się przy wejściu dosłownie wszędzie, nawet do własnego domu. Przy okazji, w większości miejsc wymagana jest rejestracja poprzez skanowanie kodów QR, która ułatwia ewentualne śledzenie zakażeń. Podróżowanie do tej pory ograniczone jest do minimum i mówię tu tylko o celach biznesowych. Myślę, że na krótki weekend na Bali będziemy musieli jeszcze poczekać. Wprawdzie ogłoszono ostatnio otwarcie przepływu turystów pomiędzy Singapurem a Hong Kongiem, jednak szczegóły tej decyzji, a zwłaszcza odpowiedź na pytanie ‘kiedy’, wciąż są ustalane. Jest to już jednak jakieś światło w tunelu, zwłaszcza dla takich ‘travel freaków’ jak ja 😉 Jeśli więc ktoś z Was planował wizytę w Mieście Lwa, będzie musiał uzbroić się w cierpliwość. A dla lokanych pozostaje tzw. ‘staycation’, czyli wakacje na miejscu, co zresztą ma sie dość dobrze, jak potwierdzają statystyki STB (średni wskaźnik obłożenia hoteli wynosił w lipcu +65%; dla porównania w kwietniu +38%, a w styczniu, czyli przed Covidem, +83%).
Obecnie życie w Singapurze przypomina trochę życie w bańce – w pewnym stopniu odizolowani od reszty świata, śledząc wiadomości na temat kolejnej fali Covidu w Europie, spędzając weekendy na plaży czy odwiedzając restauracje (cały czas w maseczkch, zachowując dystans społeczny i rejestrując każde swoje wejście i wyjście). Mam jednak ogromne poczucie wdzięczności, że zmuszona jestem przetrwać ten jakże trudny okres w miejscu, gdzie odpowiedzialność społeczna, w połączeniu z zaawansowaną techniką i przykładowym podejściem władz, dają ogromne poczucie bezpieczeństwa. I mimo iż tęsknota za bliskimi doskwiera, a perspektywa spędzenia świąt po raz pierwszy poza Polską jest bardziej niż pewna, pozostaję nastawiona optymistycznie i trzymam kciuki za szybki powrót do ‘normalnej normalności’ dla nas wszystkich.

***

TAJLANDIA

ELA | INSTAGRAM: STARTINGOVERSTORY

Mieszkanie w Tajlandii w czasach pandemii to niesamowite doświadczenie. Początkowo nie wiedziałam zupełnie czego się spodziewać bo Tajlandia wprowadziła bardzo dużo ograniczeń, między innymi zamknięto wiele prowincji, w tym Bangkok, wprowadzono godzinę policyjną, zamknięto szkoły i praktycznie wszystkie lokale usługowe. Odwołano nawet tajski nowy rok, czyli najważniejsze dla Tajów święto.
Obecnie, po pół roku, sytuacja wydaje się opanowana. Liczba zachorowań jest marginalna. Większość restrykcji zniesiono. Wszystko działa prawie jak przed pandemią, z wyjątkiem branży turystycznej. Ludzie, którzy do tej pory utrzymywali się z turystyki przechodzą bardzo trudny okres. Wielu stracilo pracę i musiało wyjechać w rodzinne strony.
Został obowiązek noszenia masek w miejscach publicznych oraz pomiarów temperatury przed wejściem do budynków. Centra handlowe, sklepy, restauracje i bary działają normalnie. Od lipca otwarte są szkoły. Żyjemy praktycznie normalnie.
Niestety, Tajlandia jest nadal zamknięta dla normalnego ruchu turystycznego. Paradoksalnie łatwiej tu przyjechać do pracy niż na wakacje. I nie jest to żart.
Wprowadzane były kolejne plany otwarcia, ale wszystkie odwoływano w ostatniej chwili. Obecnie obowiązuje plan wpuszczania turystów na wizę turystyczną dwumiesięczną, ale tylko dla krajów niskiego ryzyka. Po przyjeździe do Tajlandii obowiązkowa jest dwutygodniowa kwarantanna, testy na Covid oraz trzeba mieć wykupione ubezpieczenie zdrowotne na kwotę 100000$. Obawiam się, że tanie wakacje w Tajlandii to już przeszłość.Turystyka wewnętrzna, która jest przez rząd dodatkowo wspierana, funkcjonuje całkiem dobrze. Przyznam, że my korzystamy z braku turystów, niskich cen hoteli i podróżujemy częsciej nie zwykle.
Wiem, że dużo ludzi czeka na swoje wymarzone wakacje w Tajlandii.
Doradzam cierpliwość oraz ostrożność w przedwczesnym wykupywaniu biletów lub wycieczek do czasu oficjalnego ogoszenia otwarcia.W chwili pisania tego artykułu, dowiedziałam się, że do Tajlandii przylatuje dziś w ramach specjalnej wizy, pierwsza grupa turystów z Chin licząca 41 osób.

***

TAJWAN

DOROTA CHEN-WERNIK | INSTAGRAM: TAJWAN_FORMOZA

Jest taki kraj w Azji, w którym życie, pomimo pandemii, płynie normalnie – odbywają się koncerty, przedstawienia, targi i wystawy. Restauracje i kawiarnie są otwarte. Szkoły działają normalnie. Na śluby i pogrzeby mogą przychodzić setki osób. Tym krajem jest Tajwan, stosunkowo mała wyspa (powierzchniowo 10 razy mniejsza od Polski) u wybrzeży wielkich Chin (gdzie cała ta pandemia się zaczęła). Tę małą powierzchnię zamieszkują 24 miliony ludności, co stawia Tajwan na siódmym miejscu na świecie pod względem gęstości zaludnienia. Takie warunki powinny idealnie sprzyjać rozwojowi koronawirusa, a jednak… tak nie jest. Tajwan nauczony doświadczeniem SARSu z początku 2003 był przygotowany na epidemię. Nie tylko rząd wiedział co robić, ale i personel medyczny i szpitale były gotowe na przyjęcie dużej liczby, wymagających izolacji, chorych. Na szczęście nigdy do tego nie doszło. Od początku roku, na Tajwanie wykryto jedynie 548 osób zakażonych wirusem, zmarło 7 osób. Od 200 dni nie było ani jednego lokalnego zakażenia. (Dane na dzień 23.10.2020)

Na Tajwanie jest obowiązek noszenia maseczek w miejscach publicznych – środkach transportu publicznego, urzędach, większych sklepach, teatrach, salach koncertowych, kinach. We wszystkich tych miejscach przy wejściu jest bezdotykowo mierzona temperatura, a także dostępne są środki do dezynfekcji rąk. W supermarketach rączki wózków i koszyków są również każdorazowo dezynfekowane. 

Wjazd na Tajwan jest otwarty dla obywateli Tajwanu oraz posiadaczy kart stałego pobytu. Studenci zagraniczni, pracownicy gościnni z krajów Azji Płd.-Wsch., a także osoby przylatujące na Tajwan w celach biznesowych i odwiedzające rodziny zamieszkałe na Tajwanie również mogą ubiegać się o specjalną wizę zezwalającą im na wjazd do kraju. Wszystkie osoby przylatujące na Tajwan muszą poddać się bardzo rygorystycznej dwutygodniowej kwarantannie w miejscu zamieszkania lub w specjalnie do tego celu wyznaczonych hotelach. W niektórych wypadkach kwarantanna może zostać skrócona do 7 dni (potrzebne są wtedy testy wykonane przed przylotem i po przylocie).

Za dwa tygodnie spędzone na kwarantannie obywatele Tajwanu, jak i posiadacze kart stałego pobytu, dostają od rządu tajwańskiego rekompensatę w wysokości NTD 15000 (czyli około 2000 zł). Wszyscy obywatele oraz obcokrajowcy mający żonę lub męża Tajwańczyka dostają także równowartość NTD 3000 (ok. 400 zł) w bonach stymulacyjnych, które mogą wykorzystać w sklepach, hotelach, restauracjach, czy też kupując bilety na imprezy kulturalne.

Jak więc widzicie na Tajwanie da się żyć!

***

WIETNAM: MUSZIMUSZISZI

WIETNAM

KAT | INSTAGRAM: MUSZIMUSZISZI

Pamiętam, że pierwszy raz usłyszałam o COVIDzie, przed wakacjami w Australii, na które wybrałam się podczas Wietnamskiego księżycowego święta Tet. To było jakoś koło 20 stycznia. Koleżanka, która mieszka w Sajgonie powiedziała, że powinnam mieć na sobie maseczkę w trakcie lotu i tranzytu, ponieważ w chinach wybuchła epidemia nowego wirusa. Dziesięć dni później wracałam z Australii. Podczas międzylądowania w Singapurze odczytałam maila, w którym poinformowano mnie , że z powodu wirusa szkoła w której pracuje zostanie zamknięta na okres 7 dni. Pozostałe placówki w kraju również miały podzielić ten sam los. Nie spodziewając się jak potoczy się cała ta sytuacja pomyślałam: „kurczę, a mogłam zostać w Australii o tydzień dłużej!”. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że mój trzecioświatowy Wietnam wkrótce okaże się jednym z najbezpieczniejszych miejsc w roku 2020.

Szkoły nie były jednak zamknięte przez tydzień. W kolejną niedzielę ministerstwo edukacji wystosowało oświadczenie, że szkoły i ośrodki edukacji zostaną zamknięte na kolejny tydzień. A potem na kolejny. I kolejny. W Marcu Wietnam zamknął granice, przy zaledwie kilkudziesięciu przypadkach zachorowań. Wprowadzony został lockdown. Maseczki już od jakiegoś czasu były obowiązkowe – nawet nie ze względu prawnego, ale ekspedient w jakimkolwiek sklepie, bez maseczki by Cię po prostu nie obsłużył. Wszędzie pojawiły się płyny do dezynfekcji rąk. Wszędzie. Tak jak Wietnam nigdy wcześniej nie słynął z przesadnej (tudzież jakiejkolwiek) higieny, tak nagle wszędzie, nawet w najbardziej zapyziałych toaletach typu dziura w ziemi, pojawiło się mydło. Zamknięte bary, zamknięte restauracje, zamknięte kawiarnie, zamknięte sklepy. O dziwo, nikt nie narzekał. Każdy Wietnamczyk z poważną miną nalegał, że trzeba się izolować. Ulice zmieniły się nie do poznania. Powietrze nagle stało się czyste. Stosy śmieci, której do tej pory raziły oczy i nosy – zniknęły.

Minęło parę miesięcy. Lockdown powoli został zniesiony i kraj wrócił do życia. W czerwcu otworzono wszystko – nawet szkoły. Wróciły kawusie, piwka i imprezki. Spacery, pikniczki i zgromadzenia.

Zaczęliśmy planować wycieczki. Wiadomo, tylko po kraju, ale i tak.

Aż do sierpnia, kiedy w Da Nang (Wietnam Środkowy) nagle pojawiło się najpierw kilka, potem kilkadziesiąt przypadków. Błyskawicznie, szkoły i centra edukacyjne, ponownie zamknięte. Zakaz wyjazdu/wjazdu poza obręb miasta. Znowu monitorowanie przypadków, śledzenie geolokacji, upublicznianie prywatnych danych, śledzenie jednostek, kwarantanna, izolacja.

Wietnam reagował błyskawicznie – nie czekał na rozwój wydarzeń. Jeden przypadek wirusa? Pyk, kwarantanna. Śledzenie chorych, upublicznianie danych – zabiegi, które w Europie (wolność???) by nie przeszły.

W tym momencie, w Wietnamie jest tylko jedno obostrzenie – nikt nie ma prawa wjazdu. Nie ma turystów w Wietnamie. Początkowo mieliśmy wrażenie, że kraj, który żyje głównie z turystyki, nie poradzi sobie z tym. Jednak nie. Przewodnicy turystyczni przebranżowali się w taksówkarzy, sprzedawców i różne inne zawody.

Nie wjedziesz do Wietnamu jako turysta. Do kiedy? Nie wiadomo. Wewnątrz kraju nie ma żadnych restrykcji. Maseczki są dobrowolne (większość ludzi nosi je ze względu na zanieczyszczenie, nie wirusa), wszystko jest otwarte. WSZYSTKO. Dwa tygodnie temu uczestniczyłam w festiwalu muzycznym. Życie wraca do normy. Toczy się dalej, tylko bez turystów.

***

ZJEDNOCZONE EMIRATY ARABSKIE: DUBAJ

POLAK W DUBAJU | INSTAGRAM: POLAK_W_DUBAJU

Władze wprowadziły ostre restrykcje już na początku pandemii i teraz sytuacja wydaje się pod kontrolą. Co ważne, ludzie bez żadnych protestów stosują się do zaleceń i w pełni odpowiedzialnie podchodzą do tematu. Dodatkową motywacją są wysokie kary. Za brak maseczki zapłacimy AED3000 czyli 3000 zł. Opieka medyczna działa normalnie. Testy na COVID robione są od ręki, bez kolejek i bez wyraźnych objawów – byłem u lekarza z bólem gardła i na dzień dobry zrobili mi testy – wyniki były po 4 godzinach. Według oficjalnych statystyk w ZEA przeprowadzanych jest 100-120 tysięcy testów dziennie. W tej chwili maseczki poza domem są nadal obowiązkowe (wyjątkiem jest uprawianie sportu na zewnątrz oraz plażowanie) i trzeba zachować dystans społeczny w miejscach publicznych. ZEA otworzyły się na turystów już kilka miesięcy temu, warunkiem jest okazanie negatywnego wyniku testu PCR zrobionego w kraju, z którego lecisz, nie później niż 96h przed wylotem. Pasażerowie lotów z niektórych krajów poddawani są dodatkowemu, darmowemu testowi PCR na lotnisku, zaraz po wylądowaniu. Hotele, restauracje, galerie, siłownie, kina oraz wszystkie atrakcje turystyczne funkcjonują już normalnie. W Emiratach właśnie zaczyna sie zima, temperatura spada do przyjemnych 30 stopni. W normalnych okolicznościach jest to czas, w którym turyści masowo odwiedzają Dubaj i ceny hoteli idą mocno w górę. W dobie pandemii ceny są wciąż bardzo atrakcyjne i można znaleźć naprawde dobre okazje na luksusowy wypoczynek. Paradoksalnie, jest to bardzo dobry czas na odwiedziny ZEA. Polecam i zapraszam.