Kiedy wyjeżdżam sama, najtrudniejszy bywa moment opuszczenia domu. Potem z każdą upływającą minutą jest tylko łatwiej: najpierw droga na lotnisko, odprawa, filiżanka herbaty w jednej z lotniskowej knajpek, szybkie „pa, kochanie” rzucone Krzychowi (bo źle znoszę pożegnania), kolejne pieczątki w cierpiącym na brak miejsca paszporcie, security check, propozycje wspólnego wyjazdu na Boracay ze strony jednego z wyższych rangą pracowników lotniska aż wreszcie…samolot i dźwięki ulubionej muzyki w uszach.

Od prawie dwóch godzin jestem w , szczęśliwa, bo znowu (to 2. raz w Wietnamie) mam okazję napawać się obrazami z ulubionych wietnamskich filmów i podekscytowana możliwościami, jakie da jutro, a potem każdy z kolejnych prawie trzydziestu dni, bo tyle czasu tu spędzę.

Poniżej trasa, chyba najbardziej oklepana z wszystkich możliwych, co nie znaczy, że gorsza o tych wariantów, z których ostatecznie zrezygnowałam, bo zwyczajnie nie da się być wszędzie tam, gdzie chciałabym być. Już cieszę się na to wszystko tak bardzo, że mimo bardzo późnej pory aż przebieram nóżkami, żeby już, żeby wreszcie…