Właśnie śniły mi się przygotowania do walki kogutów. Gdzieś w cieniu pod drzewami schroniło się kilkunastu mężczyzn wraz ze swoimi opierzonymi pupilami i czekało na swoją kolej. Tymczasem przekrzykiwały się donośnie piejąc:

Kukuryku! Kukuryku!

Ale, ale… nie jestem na żadnej wsi, tylko w mieszkaniu w Manili. Dlaczego te wydzierają się tak głośno, że słychać je aż zza rzeki? – to była moja pierwsza myśl po tym, kiedy jedno z kolejnych „kukuryku” obudziło mnie gdzieś w okolicach godziny 6 rano.

Niechętnie zwlokłam się z łóżka i poszłam na balkon, aby ocenić sytuację. I co widzę?

– Krzych! Koguta przywiązali nam pod oknem! O! I jeszcze jednego!

Krzych przyszedł na balkon równie niechętnie i wtedy otwierając oczy nieco szerzej rozejrzeliśmy się wokół, aby pod naszymi oknami naliczyć 24 (słownie dwadzieścia cztery) dorodne koguty przywiązane za nogi do okolicznych drzew i słupków.

– Ki diabeł???!!!*

Potem okazało się, że koguty przywiózł na nasze osiedle jeden z jego pracowników, aby odpoczęły przed popołudniową walką skubiąc sobie zieloną trawkę. Tylko dlaczego musiały przy tym tak donośnie piać?!

p.s. Ta historia nie miała miejsca ani wczoraj, ani tydzień temu. Przypomniała mi się przed chwilą, kiedy usłyszałam zza okna kolejne „kukuryku”… Wyszłam na balkon. I co? I nic. tym razem był to jeden z kogutów zza rzeki.

* standardowo: ocenzurowano.