Gunung Agung: na dachu Bali

Śnił mi się dzisiaj . Że wchodziłam na wulkan z Krzychem. I że po kilku godzinach żmudnego marszu pod górę dotarliśmy do Pos 3, ostatniego przystanku przed zdobywaniem szczytu. A tam… niespodzianka! Tłumy ludzi! Młodszych, starszych, a nawet dzieci. Przygotowane punkty widokowe, zbudowane restauracje i inne turystyczne atrakcje. “Przecież dotarcie tutaj to nic trudnego” – dziwił się mężczyzna, że ja dziwię się na widok jego i dwójki jego kilkuletnich dzieci.

Na szczyt Agunga prowadziła drabina. Długa, niemalże zupełnie pionowa. Taka, której końca nie było widać. Z wejścia zrezygnowałam, bo nie dość, że drabin nie lubię, to jeszcze zgubiłam aparat i straciłam nadzieję na dobre zdjęcia. Krzych poszedł sam, a ja zostałam z mężczyzną z dziećmi, aby podziwiać wschód słońca nad z punktu widokowego. I żałowałam tylko trochę, bo i ten wschód słońca był całkiem widowiskowy.

Sen, jak to sen – niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Wejście na Gunung nie jest wcale tak łatwe, po drodze nie ma żadnych restauracji i brak tłumów ludzi, a tym bardziej dzieci. Drabin na szczęście też nie ma. Właściwie zgadza się jedynie szczegół – wchodząc na ten najwyższy balijski wulkan zgubiłam aparat. Zorientowałam się późno, dopiero o świcie, kiedy zza skał wychynęły pierwsze promienie słońca, a mi zachciało się je uwiecznić. A potem przez kolejne godziny zastanawiałam się, dlaczego ta góra mnie tak nie lubi. I dlaczego ja ją lubię tak bez wzajemności. Chociaż, czy aby na pewno?

GÓRA + WULKAN + SIEDZIBA BOGÓW

Dominujący w krajobrazie Bali i wysoki na 3142 metrów* m Gunung Agung to najwyższa i najświętsza góra wyspy, a zarazem jeden z najwyższych szczytów w całej Indonezji. Balijczycy wierzą, że to siedziba bogów i duchowe centrum wyspy. To z tego powodu, na zboczach Agunga zbudowano Besakih – najważniejszą balijską świątynię, a w jego stronę skierowany jest każdy tradycyjny balijski dom i… głowy śpiących w swoich łóżkach mieszkańców wyspy ( w tym od niedawna również nasze). Agung ma również swoją ciemną stronę – to również wulkan, który wybuchł nie tak dawno, bo w 1963 roku. Mówi się, że miało to związek z Eka Dasa Rudra – odbywającą się raz na 100 lat wielką ceremonią, mającą na celu uchronienie świata od zniszczenia. Ostatnia tak wielka ceremonia miała odbyć się właśnie w 1963 roku. Już jednak w lutym Agung zaczął drżeć, co balijscy kapłani odebrali jako złość bogów i zły omen. Zasugerowali, że najpewniej źle odczytano daty planowanych celebracji, ale nic z tym nie można było już zrobić, bo udział w Eka Dasa Rudra potwierdził już indonezyjski prezydent i najwyżsi rangą dygnitarze w całym kraju. 18 marca Agung wybuchł, w wyniku czego życie straciło ponad dwa tysiące ludzi. Jakimś tylko cudem ocalała świątynia Besakih. Lawa jej nawet nie tknęła. Nic dziwnego, że Agung budzi respekt.

Wejście na wulkan marzyło mi się od dawna, ale nie było okazji. Było za to sporo obaw, że nie dam rady zdobyć tego uważanego za jeden z najtrudniejszych i najbardziej wymagających szczytów w całej Indonezji. Aż w końcu, po wielu długich miesiącach, nadarzyła się okazja, w międzyczasie zniknęły obawy i wybrałam się na górę razem z kilkoma indonezyjskimi znajomymi.

PURA BESAKIH KONTRA PURA GUNUNG AGUNG

Na Gunung Agung prowadzą dwie trasy – ta od strony świątyni Besakih i ta od Pura Pasar Agung, i niemal odwieczne są spory, która z nich jest trudniejsza. Niektórzy twierdzą, że łatwiejsza jest trasa od Pasar Agung i prawdopodobnie z tego właśnie powodu to ona jest trasą najczęściej wybieraną. Różne opinie słyszałam na jej temat (choćby to, że jest bardziej stromo) i jedno jest pewne – to trasa krótsza, bo trekking na Gunung Agung zabiera wówczas średnio zaledwie 3-4 godziny. Jej poważnym minusem jest jednak fakt, że prowadzi tylko na brzeg krateru, który znajduje się na wysokości 2866 metrów, a wierzchołek góry, położony około 100 metrów wyżej, jest zupełnie nieosiągalny. Trekking od strony Pura Besakih jest zdecydowanie dłuższy – to średnio 6-7 godzin monotonnego marszu w górę, ale to on umożliwia zdobycie najwyższego punktu krawędzi wulkanu. To właśnie na tę trasę zdecydowali się moi znajomi.

Wyruszyliśmy w nocy, zaraz po tym, jak moi balijscy towarzysze pomodlili się w świątyni. Pierwszy odcinek był całkiem przyjemny – ścieżka pięła się łagodnie w górę przez las deszczowy, który miałam nadzieję podziwiać schodząc ze szczytu następnego dnia rano. Minęliśmy Pos 1, pierwsze miejsce na dłuższy przystanek. Potem było już trudniej, bardziej stromo, a pokonywanie kolejnych metrów w górę nie raz wymagało podtrzymywania się, a nawet podciągania przy pomocy lian i prowizorycznych lin. Nogi zakopywały się w suchym piachu, bo od długich miesięcy nie padało. Żałowałam, że nie wzięłam rękawic, które choć trochę ochroniłyby ręce podczas lianowych wspinaczek; cieszyłam się, że założyłam porządne buty i że posłuchałam rady i wzięłam ze sobą kijki trekkingowe. Kilka lian, korzeni wielkich drzew i długich godzin później dotarliśmy do punktu, w którym nie dość, że nieodzowna okazała się gorąca herbata, to jeszcze w tempie niemal natychmiastowym założyliśmy wszystkie ciepłe ubrania, które ze sobą zabraliśmy. Było zimno, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, że temperatury nie powiedziały jeszcze tej nocy (i tego ranka) ostatniego słowa. Przed bezpośrednim wejściem na szczyt przysiedliśmy jeszcze w Pos 3, chroniąc się przed zimnym wiatrem (wszyscy) i modląc w niewielkiej kapliczce (Balijczycy). Potem pozostało jedynie wejść na górę.

ATAK SZCZYTOWY

Suche wulkaniczne skały zastąpiły piaszczystą ścieżkę, a stromizny coraz częściej zaczęły absorbować wszystkie cztery kończyny, ale kiedy zobaczyłam kontury szczytu góry w powoli rozpraszającym mrok świetle nadchodzącego dnia, nabrałam energii i przyspieszyłam, aby jak najszybciej znaleźć się na górze. Tak, to właśnie wtedy zorientowałam się, że brakuje mi aparatu**. Na górze dął tak porywisty wiatr, że przejście stromego grzbietu górskiego prowadzącego do najwyższego punktu Agunga wydało mi się nieco niebezpieczne, ale zdecydowałam się podjąć ryzyko zakładając, że te obawy to raczej wybryki mojej wyobraźni pracującej ze zmęczenia na wysokich obrotach. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że zostaliśmy sami, bo przewodnik był gdzieś w dole z jednym z członków naszej ekipy nie decydującym się na wejście na sam szczyt. Może i dobrze, że tak się stało, bo kiedy usłyszał od schodzących już ludzi, jakie warunki panują na szczycie, pognał wręcz do góry, aby zmobilizować nas do jak najszybszego zejścia na dół. Ale to było potem. Najpierw została nas tylko piątka. Był czas na zdjęcia (flaga indonezyjska poudawała przez moment flagę polską) i niewielką ceremonię odprawioną na szczycie przez skostniałych Balijczyków, ale ani temperatury ani wiatr nie zachęcały do pozostania na górze dłużej.

A potem zaczęło się to, czego nie lubię najbardziej – schodzenie w dół. Godziny ciągnęły się w nieskończoność, czas niemal stanął w miejscu, a ja obiecywałam sobie, że nigdy więcej nie wejdę na tę górę i miałam nadzieję, że każda kolejna liana jest już tą ostatnią. Aż w końcu ku mojej niezmiernej radości właśnie na taką trafiłam.

Następnego dnia nie tylko zaczęłam zastanawiać się nad zdobyciem szczytu raz jeszcze, ale też znalazłam aparat. Zostawiłam go w bagażniku samochodu. Może więc jednak Agung mnie lubi?

* Według przyrządów obliczeniowych naszego przewodnika szczyt Agunga znajduje się obecnie na wysokośco 3031 m npm. Mówi się, że wulkan stracił około 100 metrów ze swojej wysokości po wielkiej erupcji w 1963 roku.
** Na szczęście udało mi się zrobić trochę zdjęć telefonem.