• Filipiny_Iloilo_Dinagyang_Festival, DSC_7764

Dinagyang!

Kierowca głośno westchnął, kiedy sytuacja zmusiła go do stania w korku tak długim, jak kolejki za dawnych czasów w Polsce, kiedy na przykład do pobliskiego sklepu „rzucili” … kawę. Kawałek dalej jego coraz to bardziej niewyraźna mina mówiła, że długo już nie pojedziemy i faktycznie, chwilę potem zatrzymał samochód i przepraszającym tonem tłumaczył, że droga zamknięta. Że w ogóle sporo dróg zamkniętych, a wszystko to przez ten festiwal.

Poszliśmy więc piechotą. Najpierw gdzieś w kierunku przystani, potem skręcając w kolejne ulice aż naszym oczom ukazał się widok ulicy, na której setki wojowników z poważnymi, a czasami pogardliwymi minami, stało w nadzwyczaj regularnych rzędach. Czekali tak w wielkich pióropuszach na głowach, koralikowych spódniczkach, idealnie równych błękitnych sandałkach, a ich przygotowane do występu umięśnione ciała błyszczały z daleka. Gdzieś obok w cieniu przesiadły ucharakteryzowane dziewczyny w żółtych chustach na głowach i korzystając z chwili wymieniały lokalne plotki bądź też siedziały w ciszy i skupieniu. Za nimi powolnie przesuwano z miejsca na miejsce wielką platformę. A jeszcze dalej czekały kolejne grupy taneczne. Wszystkie w nadziei na zwycięstwo w tegorocznej paradzie -Ati odbywającej się w ramach festiwalu Dinagyang w styczniu w całkiem sympatycznym mieście na wyspie Panay.

Początki Dinagyangu, uważanego czasem za młodszą wersję popularnego Ati-Atihanu z Kalibo, datują się na rok 1967, bo właśnie wówczas po raz pierwszy obraz Santo Niño (czyli Świętego Dzieciątka, będącego najważniejszym obiektem kultu na Filipinach), został przewieziony z Cebu do parafii w Iloilo. Potem z roku na rok było tylko uroczyściej i radośniej, a festiwal zaczął nie tylko odgrywać coraz większą rolę w lokalnej społeczności, ale również przyciągać coraz więcej turystów. Choć, co ciekawe, głównie tych lokalnych.

Ale tak naprawdę początki festiwalu sięgają czasów jeszcze wcześniejszych. Ati, pierwsi mieszkańcy wysp filipińskich, według źródeł historycznych zamieszkiwali również wyspę , podczas gdy w wieku XIII zjawili się na niej uciekinierzy z Borneo – grupa tamtejszych wodzów wraz z orszakami i całym dobytkiem szukająca schronienia przed tytanią sułtana Makatunao. Dotarłszy na wyspę , przybysze zdecydowali się zakupić ziemie od lokalnego króla Marikudo w zamian za złoty saduk, czyli rodzaj kapelusza dającego ochronę przed słońcem i złoty naszyjnik oferowany żonie lokalnego władcy. A potem dla uczczenia zawarcia paktu pomiędzy dwoma rasami i tak odmiennymi kulturami, rozpoczęła się uczta, której towarzyszyły lokalne tańce, na pamiątkę których odbywają się współczesne festiwale.

W planie tegorocznej parady Ati-Ati była modlitwa, hymny (państwowy i lokalny), przemówienia lokalnych i zagranicznych dygnitarzy, a potem prezentacje tak zwanych kolejnych kontyngentów, czyli grup tanecznych. W planie nie było godzinnego spóźnienia, zniecierpliwienia, upału. Wódz jedynego plemienia lokalnych , będących swego rodzaju atrakcją festiwalu, miał się uśmiechać do publiczności, a nie nerwowo reagować na każdy kolejny PSTRYK licznie zgromadzonych filipińskich fotografów. Na miejscu dla pracy miały siedzieć tylko osoby z odpowiednimi wejściówkami. A na przeciw głównej trybuny miały zawisnąć reklamy sponsorów. Tych, którzy zapłacili odpowiednio dużo.

Po kolejnych występach grup tanecznych przychodziła kolej na następne. I następne. I jeszcze następne. I tak aż mniej więcej do południa, kiedy wreszcie można było się rozluźnić. Zdjąć maskę z twarzy. Zdjąć hełm. I pióropusz. Może nawet dać go do przymierzenia innym. Nie dbać o odpadającą ze skóry brązową farbę. Przestać martwić się, gdzie jest ten człowiek, który był odpowiedzialny za zamalowywanie i poprawianie. Usiąść w cieniu na chodniku. Albo gdzieś pod murem. Chwilę odpocząć. Może zjeść zasłużony posiłek na jednym ze straganów w ramach lokalnego festynu. A potem pozować do zdjęć. Po przecież każdy chce mieć foto z tancerzem Dinagyangu. I mama. I tata. Dwóch synków.I cztery córeczki. Ciocia, która akurat przyjechała w Hong Kongu. Nawet babcia.

„Picture, picture. One, two, three”.
Do samego wieczora.

W Azji.pl – Iloilo, Festival 2013,

About the Author:

Mieszanka zodiakalnego Lwa i chińskiego Smoka. Z wykształcenia politolog, z zawodu fotograf. Ciągle szuka swojego miejsca na świecie.