Zamknij oczy. Zrelaksuj się. Wyobraź sobie spokojne turkusowe morze, o nieskazitelnie białym piasku, pokaźnych rozmiarów palmy i łódki leniwie kołyszące się na wodzie. Poczuj promienie przygrzewającego cały dzień słońca. Wyobraź sobie tłumy turystów wylegające późnym popołudniem na plażę. Jeszcze większe tłumy spacerujące wieczorem nadmorską promenadą. Setki najczęściej wielkich hoteli i restauracji wybudowanych nad brzegiem morza. Kakofonię, na którą składają się przemieszane dźwięki dobiegające z kilku restauracji, knajp i imprezowni. To wszystko , ulubiona wyspa Filipińczyków i wielu obcokrajowców, wielokrotnie zbierająca laury jako „jedna z najładniejszych plaż świata” czy przynajmniej „jedna z najładniejszych plaż Azji”.

Boracay nie ciągnęło nas przez długi czas, bo podskórnie czuliśmy, że to niekoniecznie miejsce dla nas i zamiast tego woleliśmy eksplorować mniej popularne wysepki. Nie przypominam sobie jednak żadnego spotkania z Filipińczykami, podczas którego prędzej czy później nie zapytano by nas z pełnym przekonaniem, że odpowiedź będzie pozytywna:

A na Boracay już byliście?
Nie… – odpowiadaliśmy, poprawiając się chwile później – JESZCZE nie byliśmy.
To koniecznie musicie to nadrobić!

Nadrobiliśmy na początku listopada korzystając z faktu, że każdemu z nas marzyło się po prostu zalegnięcie na plaży z książką (bądź Kindlem), bez komputera, internetu, tym samym bez pracy. Było pięknie. Słońce przyjemnie przygrzewało, turkus wody pięknie kontrastował z bielą piasku, a drinki wypijane w plażowej knajpce pod palmą smakowały wyśmienicie. Dopiero wieczorem przypomniały nam się najbardziej koszmarne chwile z pewnego wyjazdu nad polskie morze w samym szczycie sezonu, bo choć trudno w to uwierzyć, na Boracay zrobiło całkiem podobnie. Tłum na plaży zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do siły promieni słonecznych tak, że po zachodzie słońca ciężko było iść promenadą nadmorską swoim własnym tempem. Tłum okupował okoliczne knajpy, bary, lepsze i gorsze restauracje. Tłum był wszędzie wokół, a hałas utrudniał życie tak skutecznie, że gdyby istniała możliwość powrotu do Manili samochodem, skorzystałabym z niej w trybie natychmiastowym. Następnego ranka zaświeciło słońce, wylegliśmy na plażę z kolejnymi książkami i drinkami i znowu było całkiem przyjemnie.

Ciężko jednoznacznie ocenić, czy na Boracay warto się wybrać, czy raczej sobie to miejsce odpuścić, bo:

– Boracay jest faktycznie oblegane i znam takich, którzy z nostalgią wspominają czasy sprzed lat, kiedy na plażach nie dominowały jeszcze wielkie hotele. Nie znaczy to jednak, że nie ma możliwości znalezienia cichego zakątka. Najbardziej popularną plażą jest White Beach i to tam koncentrują się hotele, restauracje i największy tłum, ale na wyspie są również inne plaże, gdzie można poszukać spokojniejszych miejsc. Poza tym problem tłumu występuje głównie w godzinach późnopopołudniowych i wieczornych, bo dominujący wśród turystów Filipińczycy, Koreańczycy i Japończycy nie są największymi amatorami słońca. W ciągu dnia plaże są niemalże puste;

– hotele na Boracay należą raczej do tych z wyższej lub górnej półki i rzadko kiedy nastawiają się na turystów „budżetowych”, ale to nie znaczy, że przy odrobinie zaangażowania i szczęścia nie znajdziesz czegoś innego;

– na Boracay relatywnie łatwo dotrzeć – wystarczy lot do Caticlan i kilkunastominutowa przeprawa łódką, a potem kolejne kilkanaście minut w samochodzie lub trycyklu, aby znaleźć się na jednej z rajskich plaż. Można rozważyć też lot do Kalibo, ale wydłuży to podróż o kolejne 2 godziny spędzone w autobusie, choć czasem również znacząco obniży koszty, szczególnie w przypadku lotu powrotnego;

– choć wszystko jest kwestią gustu, potwierdzam, że na Boracay faktycznie są najładniejsze filipińskie plaże. Równie ładne widziałam jedynie w okolicach Siargao i w Pagudpud na północy Luzonu, ale niestety tam w porównaniu do Boracay, jest trudniej dojechać.

Czy zatem Boracay to raj? Wszystko zależy od Ciebie i tego, jakiego raju szukasz.