Podczas pakowania znaleźliśmy stertę sentymentalnych różności: stare notesy z notatkami z podróży sprzed lat, bilety z przeprowadzki na Filipiny, książeczkę szczepień psa Borysa, wydrukowane zdjęcia, których nie było już komu przekazać, papiery potrzebne do zakupu motoru dla rodzinki z cmentarza, notatki na skrawkach papieru, horrendalnie wysokie lub tylko wysokie manilskie rachunki za prąd, klucze do domu w Poznaniu, przepis na mango float od Raquel, maść na moje oparzenie po wypadku na motorze w Kalindze, adresy, jakieś wizytówki. Garść obietnic, pamiątek, skrawków naszego poznańskiego i manilskiego życia, nad którymi nie sposób było nie przystanąć choćby na moment.

Potem przyszedł ten ekstytująco-nerwowy tydzień załatwiania ostatnich formalności (czyt: mnóstwa papierologii) dla nas i dla kotów, smutnych lub jeszcze smutniejszych pożegnań, przeprowadzki do Alabang na czas, kiedy do naszego mieszkania weszła ekipa zaskakująco sprawnych i zorganizowanych filipińskich pakowaczy, ostatniego filipińskiego popołudnia, wieczoru i nocy.

Ostatecznie centrum biznesowe Makati zamieniliśmy na wąską spokojną uliczkę, szarobury kolor drapaczy chmur na dorodną zieleń, okazałe snobistyczne centrum handlowe na lokalne sklepiki, zapach (a właściwie smród) spalin wszechobecnych jeepney’ów na woń licznych kadzideł, relatywnie wygodny samochód z kierowcą na szybki skuter, a nasze klimatyzowane mieszkanie na 29. piętrze na częściowo otwarty jednopoziomowy dom. Widok na city zastąpiła nam ściana bujnej roślinności, a zamiast dźwięku klaksonów zza okna dobiegają nas próby gamelanu. I długo by tak wymieniać.

Od tygodnia mieszkamy na .