Od ponad dwóch tygodni próbuję napisać o Sumbie. O zatrzymanych w czasie wioskach i tradycyjnych chatach z nieproporcjonalnie długimi dachami pokrytymi strzechą. O krajobrazie usianym wapiennymi wzgórzami, żyznymi polami ryżowymi i o nieprawdopodobnie szerokich i pustych plażach. I lazurowym morzu, w którym pływają delfiny. O wyspie, gdzie tradycja jest wciąż żywa. O miejscach, gdzie w lutym i marcu odbywa się Pasola, najsłynniejszy lokalny festiwal, podczas którego setki mężczyzn walczą konno z długimi włóczniami w dłoniach. O megalitycznych grobach, które w przeciwieństwie do wielu miejsc na świecie, nadal wykorzystywane są jako miejsce pochówku dla członków lokalnej społeczności. I oczywiście o wyszukanych ikatach, najefektowniejszych w całej Indonezji.

Próbuję napisać o wyspie, która przez całe wieki żyła w odosobnieniu podzielona na małe królestwa i i jeszcze mniejsze klany niemalże nieustannie skonfliktowane z sąsiadami. O tym, jak wojownicy z poszczególnych sumbańskich wiosek powracali do domów z trofeami w postaci głów swych wrogów, które następnie wieszali na czaszkowych drzewach w centralnej części wioski, co miało zapewnić wiosce dostatek i dobre plony. Albo że czasem uprowadzali niewolników z wrogich wiosek, których potem sprzedawali mieszkańcom sąsiednich wysp. I że to właśnie z tych powodów w celach obronnych najchętniej budowano wioski na wzgórzach tak, by dostęp do nich był jak najbardziej utrudniony. A przez całe wieki postrzegano Sumbę jako wyspę gwałtowną i że, ba, nawet dzisiaj, zdarza się mieszkańcom spalić wioskę sąsiadów.

O animistycznej religii zakładającej wiarę w tymczasowe życie na ziemi i wieczne duchowe życie w niebie też staram się napisać. O Wielkim Ojcu i Wielkiej Matce, którzy mieli dać początek życiu pierwszym mieszkańcom wyspy. O wierze w przeszłość nierozerwalnie związanej z teraźniejszością i przyszłością. O ceremoniach pogrzebowych, odkładanych czasem przez dziesiątki lat i ciałach zmarłych spoczywających w tym czasie w rodzinnych grobach. O ofiarach z bawołów, świń i kurczaków oraz o sercach zwierząt, na podstawie wyglądu których można odczytać przyszłość człowieka.

Muszę też napisać o mieszkańcach Sumby, którzy choć musieli wybrać dla siebie jedną z sześciu oficjalnych indonezyjskich religii nadal czczą Marapu w swoich wioskach. O starszych pokoleniach Sumbańczyków, którzy obawiają się, że w ten sposób zrywają więzi z przodkami. O mężczyznach ubranych w krótkie sarongi z parangiem przytwierdzonym do pasa. O kobietach żujących betel i jednocześnie karmiących piersią niemowlęta. O umorusanych dzieciach bawiących się z prosiakami na wąskich wioskowych uliczkach. A nawet o nieco naiwnych dorodnych wioskowych kundlach zupełnie niespodziewających się swojego końca w postaci ceremonialnej ofiary.

Od ponad dwóch tygodni próbuję napisać o Sumbie, ale sama nie wiem, od czego mam zacząć.