Zwyczajna filipińska ulica sąsiadująca z naszym osiedlem.

Ciekawi jesteście, co u nas?

A więc:

1. Mamy wreszcie internet. Tylko w postaci lokalnego „blueconnecta”, ale przynajmniej nie musimy schodzić kilka pięter niżej i nielegalnie korzystać z sieci sąsiadów.

2. Mamy dwie dziury w ścianie. Po jednej dziurze w dwóch z trzech sypialni. Dziury w założeniu przeznaczone są na klimatyzatory, ale tych jeszcze nie mamy zamontowanych.

3. Kupiliśmy jeden klimatyzator, ale okazał się większy niż każda z wymienionych dziur. Zamontowany zostanie prawdopodobnie dopiero w sobotę, bo wiercić w ścianach i wykonywać inne tego typu prace można na naszym osiedlu jedynie do godziny 17.00, a Krzych pracuje do 18.00. Takie przepisy.

4. Wsiadając do taksówki włączamy GPS i w ten sposób tłumaczymy taksówkarzom, jak trafić do nas do domu. Bynajmniej nie mieszkamy w żadnym dziwnym miejscu, ale takim, w którym potem trudno złapać kolejnego klienta. I z tego powodu panowie udają, że nie wiedzą, dokąd jechać. Tak twierdzą Krzycha koledzy z pracy.

5. Na naszym osiedlu oprócz całkiem ładnych budynków, dobrze utrzymanej zieleni i basenów są jeszcze: sprawni panowie z ochrony, wielka brama zamykana w późnych godzinach wieczornych i „elektroniczny pastuch” (czyt. ogrodzenie pod prądem) od strony rzeki. Najbardziej zaskoczeni jesteśmy ostatnim z wymienionych.

6. Z okien mamy widok na rzekę i drapacze chmur. Patrząc na nie tylko utwierdzamy się, że dokonaliśmy najlepszego z możliwych wyborów.

7. Bardzo lubimy przesiadywać na balkonie. Na razie co prawda jedynie na twardych plastikowych krzesełkach, ale mamy już całkiem skonkretyzowane plany, jak uczynić to miejsce jeszcze przyjemniejszym.

8. Z osiedla wychodzimy prosto na zwyczajną filipińską uliczkę. Taką, na której królują motoryksze i jeepneye (rodzaj lokalnego autobusu), a panie siedzą z garnkami pełnymi jedzenia, które można zakupić na wynos.

9. W sklepach zoologicznych widzieliśmy rasowe pieski i kotki oczekujące na swoich potencjalnych właścicieli w małych klatkach, a w centrum handlowym chciano sprzedać nam kraba w muszelce z wymalowaną podobizną Józefa Stalina. Kraba kupić było można w plastikowym pojemniczku z piaskiem i zieloną plastikową palemką.

Widok z okien - drapacze chmur w Ortigas, jednym z centrów biznesowych w Metro .

10. Oprócz klimatyzatora kupiliśmy też lodówkę. Transakcja trwała około godziny. W tym czasie kilkukrotnie sprawdzono kartę kredytową i zażądano dwóch dowodów tożsamości. Na koniec okazało sie, że klimatyzator, który wybraliśmy jest wadliwy i musimy wybrać inny. Wybraliśmy taki, który był o 1000 peso tańszy. I tu pojawil się problem. Nie można bylo nam oddać tej kwoty, więc aby wyrównać rachunek, zaoferowano nam telefon komórkowy.

11. Tak naprawdę moglibyśmy żyć bez klimatyzatorów, ale nasz stary pies Borys tak dyszy, że nie mamy sumienia trzymać go w tak ciepłych pomieszczeniach.

12. Potwierdzamy fakt, że Filipińczycy lubią jeść. Właściwie wszędzie wokół jest całe mnóstwo knajpek oferujących prawie wszystko, na co można mieć ochotę (polskich restauracji brakuje, ale my akurat nigdy nie bylismy amatorami rodzimej kuchni).

13. Widzieliśmy apetycznie wyglądające szaszłyki, ktore okazały się być… kurzymi odbytami.

14. Zdążyliśmy polubić przepyszne świeżo wyciskane soki z pomarańczy serwowane w SM Megamall.

15. Nieco przez przypadek odkryliśmy dwa fajne miejsca: targ z owocami morza i sklepiki z rewelacyjnymi tradycyjnymi meblami, rzeźbami, obrazami i inymi ciekawostkami.

16. O dziwo nie ma komarów, mimo tego, że mieszkamy całkiem blisko rzeki.

17. Do wczoraj mieliśmy jedną maleńką jaszczurkę, ale dziś w odwiedziny przyszły dwie jej starsze koleżanki. Poza tym regularnie nawiedzają nas małe, ale nadzwyczaj dobrze zorganizowane mrówki korzystając z tego, że czasem nieopatrznie zostawiamy jedzenie, do którego mają dostęp.

18. Nie mamy na nic czasu, bo ciągle coś załatwiamy. Mamy już dość tych wszystkich centrów handlowych, ale zakupy podstawowych sprzętów są po prostu koniecznością.

19. Być może jutro zostaniemy bez prądu, bo poprzedni najemca wynajmowanego przez nas mieszkania nie raczył zapłacić rachunku. Mamy nadzieję, że zdąży go uregulować właściciel mieszkania.

20. Na pocieszenie kupiliśmy sobie butelkę czerwonego wina. Przed chwilą okazało się, że ma etykietkę po polsku, bo importowano ją z … Obornik Wlkp.

Mamy nadzieję, że kiedyś będziemy się z tego wszystkiego śmiać.

To tylko tyle. W bardzo wielkim skrócie. A o samej podróży napiszemy innym razem, bo jest co opowiadać.