Swoje rodzinne miasto Bydgoszcz opuściła 5 lat temu i przeprowadziła się do Hiszpanii. Zaczęła od pracy w dziale sprzedaży i marketingu jednego z hoteli, aby dziś zarabiać na życie jako copywriter i współorganizatorka szytych na miarę wycieczek po Andaluzji. O swoim życiu w Sewilli opowiada nam .

Jak to się stało, że podjęłaś decyzję o przeprowadzce?

Mój narzeczony jest sewilijczykiem, więc aby być razem rozważaliśmy przez jakiś czas dwie opcje: on przeprowadza się do Bydgoszczy, albo ja do Sewilli. Inny kraj lub miasto, „gdzieś po środku”, nie wchodziło w rachubę.

Ostatecznie „padło” na mnie, ponieważ znałam dość dobrze hiszpański, co na starcie dawało mi większe szanse na znalezienie ciekawej pracy. Mój narzeczony, ze znajomością hiszpańskiego i angielskiego, miałby niewielkie szanse na pracę w swoim zawodzie w Bydgoszczy.

Ustaliliśmy, że jak tylko znajdę pracę w Hiszpanii (nie chciałam wyjechać i dopiero wtedy szukać pracy), przeprowadzę się. Miałam bardzo dużo szczęścia, bo otrzymałam ciekawą propozycję zawodową już po kilku tygodniach od rozpoczęcia poszukiwań. Rozmowę kwalifikacyjną przeszłam w trakcie wakacji zimowych w stolicy Andaluzji i miesiąc później dołączyłam do działu sprzedaży i marketingu jednego z sewilijskich hoteli.

Czy sewilski narzeczony to jedyny powód przeprowadzki? Jak z perspektywy czasu oceniasz swoją decyzję? Żałowałaś kiedyś, że zdecydowałaś się na wyjazd z Polski?

Istniał jeszcze drugi powód, dla którego zdecydowałam się na przeprowadzkę do Andaluzji. Choć uwielbiam Polskę, miałam ochotę na zmianę…klimatu. Bardzo nie lubię zimna i szarej jesieni… Kraje śródziemnomorskie fascynowały mnie od dawna. Uwielbiam ich atmosferę, luz, styl życia, gastronomię i przyrodę. Marzyło mi się mieć to wszystko na co dzień, nie tylko przez 2 tygodnie letnich wakacji…

Czy żałuję? Nie, co nie oznacza że nie tęsknię i że nie chciałabym móc ściągnąć tutaj do Andaluzji mojej mamy, czy przyjaciół.

Jak długo już mieszkasz w Andaluzji?

Dokładnie 19 marca minęło pięć lat…i aż trudno mi uwierzyć, że ten czas tak szybko zleciał! Do tej pory zaskakują mnie niektóre tutejsze zwyczaje i zachowania, zupełnie jakbym przyjechała tu pięć dni temu, a nie pięć lat temu.

Pamiętasz swój pierwsze tygodnie po przeprowadzce? Co było najtrudniejsze, a co w ogóle Cię nie zaskoczyło?

W momencie przeprowadzki znałam już dość dobrze Sewillę. Przynajmniej z punktu widzenia topografii miasta i jego zabytków. Co nie oznacza, że było mi łatwo się przestawić się na codzienne życie tutaj.
Na południu Hiszpanii mieszka się jednak inaczej niż w Polsce, inny jest tryb życia. Zwłaszcza latem, kiedy większa część Europy kładzie się spać, Andaluzja dopiero budzi się do życia po sjeście. Inne są godziny pracy, posiłków, inna jest mentalność i, oczywiście, pogoda.

Jedną z pierwszych rzeczy, na które zwróciłam uwagę, był sposób w jaki sewilijczycy… parkują. Wiele osób parkuje tutaj w tzw. podwójnej linii, czyli prostopadle do właściwie zaparkowanych aut, bez zaciągniętego hamulca ręcznego, aby w każdym momencie móc go przepchnąć i dać wyjechać temu prawidłowo zaparkowanemu. Zaciekawiło mnie też, że przy wszystkich szaleństwach za kółkiem, z których znani są kierowcy z południa Europy, Hiszpanie są na pasach dużo uprzejmiejsi niż Polacy. Bardzo rzadko się zdarza, żeby sewilijczyk nie puścił pieszego na pasach.

Najgorzej było mi sie dostosować do tutejszych godzin pracy i posiłków. Większość firm pracuje od 9 do 14 oraz od 16 lub 17 do 19h. Te dwu lub trzy godzinne przerwy na obiad lub na „siestę” są nie dla mnie. W Polsce byłam przyzwyczajona do szybkiego lunchu gdzieś „w biegu”, często zagryzając kanapkę przed komputerem. O 16h zamykaliśmy biuro i całe popołudnie było wolne. Tutaj właściwie pracuje się od rana do wieczora, z przerwą na dłuuugi lunch. Mnie takie przerwy wybijają z rytmu, do dziś nie nauczyłam się jeść tak wolno jak Hiszpanie. Zdecydowanie bardziej wolę zjeść coś na szybko i szybciej wyjść z biura. Oczywiście między 14 a 16h bardzo ciężko jest cokolwiek załatwić. Banki, poczta, urzędy, sklepy…wszystko jest pozamykane.

Nie miałam za to problemu z przystosowaniem się do tutejszej kuchni. Uwielbiam ryby, owoce morza, oliwę z oliwy, pomidory..Kuchnia śródziemnomorska jest jedną z moich ulubionych. Ale to jeszcze nie wszystko, od samego początku spodobał mi się hiszpański zwyczaj „wyjść na tapas”. To swego rodzaju rytuał, czasem w żartach nazywany „narodowym sportem Hiszpanów”.

„Wyjście na tapas” można by porównać do znanego znam z Polski słowa „clubbing”, czyli chodzenie od knajpy do knajpy. W przypadku tapas nie jest to jednak chodzenie po dyskotekach, czy pubach, ale od baru z przekąskami, tapas, do baru z przekąskami. Każdy taki bar słynie z innych tapas: a to z owoców, morza, a to z kurczaka w sosie z pomarańczy, a to daktyli w boczku. Zasada jest taka: wychodzimy w grupie znajomych i zamawiamy kilka- kilkanaście różnych przekąsek. Wszystkie talerze „lądują” środku stołu i każdy je to, na co ma ochotę. W Polsce jesteśmy przyzwyczajenie do zamawiania dużych porcji, każdy dla siebie typu: kotlet, ziemniaki, surówka. W Hiszpanii, natomiast, zwyczajem jest zamawianie wielu małych porcji i dzielenie się nimi w kilku przynajmniej miejscach jednego popołudnia, bądź wieczoru. Dzięki temu można co rusz odkrywać nowe smaki.

Jedną z rzeczy, która mnie najbardziej zaskoczyła, to obecność tzw. barów o atmosferze…procesji Wielkiego Tygodnia (zwane w Sewilli barami cofrade).

Wystrój takich barów nawiązuje niemal w całości do celebrowanych tutaj z ogromnym namaszczeniem wielkotygodniowych procesji. Ściany przyozdobione są setkami obrazów ukrzyżowanego Chrystusa i Matki Boskiej Bolesnej. Jedyną muzyką, jaką można usłyszeć w takich miejscach są rytmy grane przez orkiestry dęte, towarzyszące procesjom. Uzupełnieniem wielkotygodniowego charakteru jest zapach kadzidła, dokładnie taki sam, jaki rozpalany jest podczas procesji.  W takiej atmosferze serwowane jest piwo, wino i tapas. Można by pomyśleć, że ideą takich barów jest wyśmiewanie się z wielkotygodniowych procesji. Nic z tych rzeczy! Chodziło o stworzenie miejsc, gdzie miłośnicy sewilijskich obchodów Wielkiego Tygodnia mogliby spotykać się przez cały rok. Najbardziej znany jest bar „La Fresquita”, bardzo blisko katedry. Każdego popołudnia i każdego wieczoru dosłownie pęka w szwach!

Czy potrafisz wymienić coś, czego brakuje Tobie w Sewilli?

Brakuje mi spotkań z moimi przyjaciółmi z Bydgoszczy, naszych wyjść do kina (tutaj wszystkie filmy są dubbingowane, coś okropnego!), spacerów po Starym Rynku i Wyspie Młyńskiej. Brakuje mi niedzielnych wieczorów na stadionie żużlowym (za piłką nożną niespecjalnie przepadam, choć mam w Sewilli dwa dość dobre pierwszoligowe zespoły).

W mniejszym stopniu tęsknię za polskim jedzeniem, zwłaszcza od czasu, gdy odkryłam tutaj rosyjski sklepik. Bez problemu mogę w nim kupić nasze ogóreczki, piwo, czy pierogi. Z drugiej strony, gdy jestem w Hiszpanii wolę delektować się tym, co ten kraj ma najlepszego i nie koncentrować się na tym, czego nie mam. Wolę pogłębiać sewilijskie znajomości niż narzekać, że przyjaciele zostali w Bydgoszczy.

Czy utrzymujesz kontakty z innymi Polakami mieszkajacymi w Sewilli czy raczej Twoi znajomi to Hiszpanie czy ekspaci z innych krajów ? Gdzie w Sewilli najłatwiej zawierać nowe znajomości?

W Sewilli nie ma tylu Polaków, co w Barcelonie i Madrycie. Ale tak, oczywiście, że utrzymuję kontakt. I to nie tylko z ekspatami. Poprzez mojego bloga kontaktuje się ze mną wiele osób wybierających się do Andaluzji na wakacje i bardzo często spotykamy się w Sewilli na kawie, czy tapas. Zresztą dzięki blogowi poznałam całe mnóstwo fantastycznych ludzi, z niektórymi utrzymuję kontakt niemal od samego początku założenia bloga, czyli już ponad dwa lata. Poznałam też sporo osób dzięki Couchsurfingowi, dość regularnie bywam na spotkaniach organizowanych w Sewilli.

Jak wygląda Twoje codzienne andaluzyjskie życie?

Dzięki temu, że niemal przez cały rok dopisuje pogoda, spędzam tutaj dużo więcej czasu na świeżym powietrzu niż w Polsce. Ostatnio właściwie codziennie w przerwach w pracy wychodzę pobiegać, pojeździć na rolkach, czy poczytać książkę w parku. Jeśli nie jest za gorąco, ani za zimno (czyli poza styczniem oraz lipcem i sierpniem), moje biuro przenoszę na balkon. Mieszkam na obrzeżach miasta, więc właściwie pod blokiem mam oliwne i pomarańczowe gaje i rozległe pola uprawne. Z drugiej jednak strony od starego miasta dzieli mnie zaledwie 15 min. jazdy metrem, więc w wolnych chwilach lubię pojechać w okolice dawnej dzielnicy żydowskiej, Barrio de Santa Cruz, żeby wśród wąskich brukowanych uliczek i kolorowych kamieniczek napić się dobrej kawy.

Dzień lubię zaczynać „po hiszpańsku”, czyli schodząc do baru na śniadanie: na mocną kawę i grzankę polaną oliwą z oliwy. To chyba jeden z moich ulubionych momentów dnia. Nie dość, że uwielbiam tutejsze śniadania, to za każdym razem delektuję się atmosferą tutejszych barów: gwarnych, roześmianych nawet z samego rana.

Na wakacje zazwyczaj jeżdżę do Polski. Moja siostra mieszka w Zakopanym, więc oprócz mojej rodzinnej Bydgoszczy i pobliskich Borów Tucholskich, sporo czasu spędzam w Tatrach.

Za co najbardziej lubisz Sewillę?

Jeśli chodzi o to, co oceniam pozytywnie, to po pierwsze, pogoda: właściwie przez cały rok jest tutaj słonecznie i ciepło. Już pod koniec lutego nierzadko słupek rtęci sięga 20C. O ile dobrze pamiętam, ostatni raz w Sewilli padał śnieg jakieś 60 lat temu. Z drugiej jednak strony Sewilla jest jednym z najgorętszych miast Europy i latem nierzadko temperatury sięgają 40C – 45C. W lipcu i sierpniu najlepszym pomysłem jest po prostu stąd wyjechać, najlepiej gdzieś na wybrzeże (albo po prostu gdziekolwiek do Polski!).

Bardzo lubię i cenię sewilijczyków za ich dbałość o tradycje i zwyczaje (no dobrze, może poza korridą, której jestem przeciwniczką). I za to, że są strasznie dumni z tego, kim są i gdzie mieszkają. Podczas gdy my w Polsce na siłę staramy się upodobnić do Stanów Zjednoczonych i Zachodniej Europy, oni całymi rodzinami przebierają się w regionalne stroje, tańczą ludowe tańce i cieszą się tym, że są razem. Hiszpanie z południa nie są może najpunktualniejsi, są za to bardzo sympatyczni, otwarci i emanują pozytywną energią.

Sewilla to fantastyczne miejsce dla takich jak jak, którzy kochają historię i architekturę. Tyle się tu działo na przestrzeni wieków! Zresztą wystarczy krótki spacer po mieście, by zrozumieć, jak bogatą przeszłość ma to miasto, widać to w tutejszej architekturze. Zobaczyć tu można zarówno ślady obecności Rzymian, jak i Arabów, piękne renesansowe i barokowe pałace i kościoły…Po odkryciu Ameryki przez Krzysztofa Kolumba Sewilla była przez pewien czas najpotężniejszym miastem na świecie. Zresztą Kolumb pochowany jest właśnie tutaj, w gotyckiej katedrze uznawanej za jedną z największych na świecie.

Jak wyglądają formalności przeprowadzkowe i wizowe?

Jesteśmy w Unii (choć w trakcie wyrabiania papierów na miejscu wielu urzędników wyglądało na zdziwionych tym faktem!), więc nie ma właściwie żadnego problemu, żeby wyjechać i zamieszkać w Hiszpanii.

Jakie rady miałybyś dla osób chcących przeprowadzić się do Hiszpanii?

Radziłabym rozejrzeć się za pracą wcześniej, przed wyjazdem. Zwłaszcza teraz, gdy w Hiszpanii szaleje bezrobocie i kryzys, znalezienie zajęcia nie jest łatwe. Druga bardzo ważna kwestia, to język. Przynajmniej w Sewilli stosunkowo niewiele osób mówi w języku angielskim. Warto więc decydując się na wyjazd mieć już jakieś podstawy hiszpańskiego.

Gdzie najlepiej mieszkać w Andaluzji?

Jeśli chodzi o Andaluzję, to najwięcej Polaków wybrało okolice Wybrzeża Słońca. Malaga jest drugim największym miastem regionu i posiada coś, czego w Sewilli brak, zwłaszcza latem, gdy za oknem temperatura wzrasta do 40C w cieniu… czyli morze. Myślę, że gdybym miała jeszcze raz podejmować decyzję o wyjeździe do Andaluzji, to rozważałabym opcje Sewilli, albo Malagi.

Czy łatwo o pracę w Andaluzji? W jakich zawodach będzie najłatwiej znaleźć coś ciekawego? Czym najczęściej zajmują się ekspaci?

Zacznę może od dość szokujących cyfr. W ostatnim czasie w Andaluzji odsetek bezrobotnych sięgnął 32%. Już pięć lat temu był on wysoki, bodaj najwyższy w całym kraju, ale i tak sporo niższy niż obecnie. O pracę, zwłaszcza w ostatnim czasie, jest niezwykle ciężko, co oczywiście nie oznacza, że znalezienie czegoś ciekawego nie jest możliwe.

A czym zajmują się ekspaci? Z ok. 700 tys osób mieszkających w Sewilli, 14% stanowią ekspaci. Wśród nich dominują Marokańczycy, Rumuni, Boliwijczycy, Ekwadorczycy, Kolumbijczycy oraz Chińczycy.Wielu z nich zakłada własne małe sklepiki, restauracje; zwłaszcza Latynosi oraz Marokańczycy często zatrudniani są na budowach, a także do opieki nad starszymi osobami. Tyle mówią przynajmniej oficjalne statystyki, w rzeczywistości oczywiście sytuacja jest dużo bardziej zróżnicowana.

 A jakie są koszty życia w Sewilli?

Sporo się mówi, że Hiszpania jest krajem „mileuristas”, czyli pracowników zarabiających ok. 1000 euro na miesiąc. Generalizując mogę powiedzieć, że średnia pensja w sektorze turystyczno-hotelarskim w Sewilli to ok. 1300 euro- 1700 euro (oczywiście w Madrycie, czy Barcelonie stawki są wyższe, ale i koszty utrzymania są wyższe).

Wynajem mieszkania w Sewilli, to wydatek rzędu 600 euro i mowa tutaj o mieszkaniu o powierzchni do 90 m2 poza starówką. Im bliżej historycznych dzielnic miasta, tym ceny są oczywiście wyższe.

Moi hiszpańscy znajomi często mi mówią, że chcieliby mieszkać w Polsce ze względu na nasze niskie ceny. Mamy opinię bardzo taniego kraju. Tymczasem już jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że nasz kraj stał się…bardzo drogi! Benzyna kosztuje właściwie tyle samo co w Sewilli, ciuchy i żywność w sklepach też. Tylko pensje nie nadążają za cenami…Niedawno poszłam w Bydgoszczy na kawę do jednej z kawiarni i zapłaciłam za nią 10 zł. W Sewilli za tą cenę mogę wypić przynajmniej dwie filiżanki.

Czy planujesz kolejną przeprowadzkę? Jeśli tak to gdzie?

Przeprowadzki jako takiej nie planuję. Póki co chciałabym dzielić moje życie między Hiszpanię i Polskę. Dlatego zdecydowałam się na pracę na własną rękę, żeby cieszyć się niezależnością, dzięki której w każdej chwili mogę się spakować i polecieć do Polski, nawet na miesiąc czy dwa.

Z drugiej strony pociąga mnie idea geoarbitrażu. W zeszłym miesiącu byłam w Tunezji, gdzie rozglądałam się za ewentualną możliwością przeprowadzki na kilka miesięcy. Lubię podróżować, ale jeszcze bardziej lubię „wtapiać się” w otoczenie, poznawać nowe języki i codzienne życie mieszkańców. Dlatego preferuję długie, niespieszne pobyty, które pozwalają odkryć prawdziwe, nieturystyczne oblicze danego miejsca.

Drugą opcją jest wymarzony przeze mnie od lat Marakesz w Maroku. Już 10 lat temu obiecałam sobie, że kiedyś tam zamieszkam, choćby tylko parę miesięcy.Mam nadzieję, że już niedługo uda mi się spełnić to marzenie.

Tekst i zdjęcia: Ania Marchlik

Ania Marchlik – pochodzi z Bydgoszczy, a od pięciu lat mieszka razem z narzeczonym w Sewilli. Od mniej więcej dwóch lat pracuje jako freelancer: zajmuje się copywritingiem, współorganizuje „szyte na miare” wycieczki po Andaluzji, do tego sporo podróżuje i pisze o tym, co zobaczyła. Już niedługo pojawi się w księgarniach przewodnik po Hiszpanii, do którego redaguje część tekstów. Największą frajdę daje jej jednak pisanie na blogu pisanewsewilli.com, w którym dzieli się spostrzeżeniami z podróży i codziennego życia na południu Hiszpanii. W wolnych chwilach lubi też jeździć na rolkach i czytać książki, najlepiej przygodowe i podróżnicze.

Jeśli i Ty masz ochotę opowiedzieć nam o swoim życiu na obczyźnie (szczególnie, jeśli mieszkasz w Azji), napisz do nas koniecznie!