Instagramowy czerwiec

Instagramowy czerwiec

Pomyliłby się ten, kto pomyślałby, że „Instragramowy czerwiec” to mój oryginalny pomysł – zainspirowała mnie Ania, która na co dzień mieszka w Andaluzji i to właśnie dzięki Niej pomyślałam sobie, że skoro i tak iPhone’a, a nie aparat mam zwykle przy sobie, być może dobrym pomysłem będzie taka instagramowa relacja z tego, co działo się ostatnio.

Zatem po kolei.

POGODA

Wygląda na to, że wyjeżdżając na Boracay mieliśmy sporo szczęścia, bo w Manili wówczas porządnie padało. To w sumie nic dziwnego, w końcu tutaj pada nieco częściej, ale po naszym powrocie do domu, zaczęło też padać na Boracay, o czym informowali znajomi, którzy zostali tam dłużej i co nijak ma się do opinii innych znajomych upierających się, że tam akurat nie pada nigdy. Przecież pora deszczowa jest porą deszczową i kiedy nadchodzi tajfun, nie ma rady – pada. Oprócz tajfunów (najczęściej zaledwie w postaci depresji tropikalnych) mamy też oczywiście zwykłe deszcze, preferujące porę popołudniową i przynoszące ze sobą całkiem widowiskowe chmury. Czy już pisałam, że to uwielbiam? Pisałam. Ustawiam wtedy klimatyzację na 18 stopni i udaję, że jest jesień:)

Filipiny_Manila_Makati_Greenbelt, IMG_2092

Nie było jednak jeszcze takich długich, kilku- czy wręcz kilkunastodniowych deszczy, jak w roku ubiegłym i bardzo dobrze, bo nawet te kilkugodzinne potrafią porządnie zalać niektóre miejsca w Metro i to nie tylko w starej części Manili, ale również na… EDSA, czyli głównej obwodnicy miasta, co poważnie utrudnia przemieszczanie się i jest źródłem makabrycznych korków (bo zwykłe korki mamy na co dzień).

Filipiny_Manila_Makati_Greenbelt, IMG_2010

Filipiny_Manila_Makati_Greenbelt, IMG_2053

To wszystko nie znaczy jednak, że podczas pory deszczowej tylko pada. Bynajmniej. Zdarzają się słoneczne dni, a nawet w tej chwili, kiedy to piszę, również świeci słońce (już nie;). Mam wrażenie (po małych konsultacjach okazuje się, że to nie moja odosobniona opinia), że pora deszczowa w tym roku w ogóle nas oszczędza… Ja zatem cieszę się ze słońca, kiedy muszę gdzieś pojechać (bo kiedy pada, dotarcie na miejsce nie jest sprawą oczywistą, szczególnie w sytuacji posiadania nisko zawieszonego auta), ale i tak słońce i ciepło sprawiają najwięcej frajdy kotom. Leot jest prawdziwym mistrzem w znajdowaniu słonecznych kryjówek. Ostatnio do jego ulubionych miejsc dołączył skrawek przestrzeni pomiędzy moim biurkiem, a oknem i nasz kot potrafi spędzić tam długie, błogie chwile. Oczywiście pod warunkiem, że słońce grzeje odpowiednio mocno.

Filipiny_Manila_Makati_Greenbelt, IMG_2076

JEDZENIE

Czasem mam wrażenie, że spora, czy wręcz znakomita część manilskiego życia sprowadza się do… jedzenia. Albo do myślenia o jedzeniu. Albo do planowania, gdzie zjeść. Albo do wybierania restauracji. Albo do sprawdzania restauracji przez kogoś zarekomendowanej. I tak ciągle, co osobiście mnie przeraża i bynajmniej nie pomaga mi w realizacji moich małych planów. Ale prawdą jest, że życie towarzyskie bardzo często toczy się właśnie w restauracjach.

I tak – nie wyobrażam sobie nie odwiedzić co jakiś czas restauracji japońskiej. Najbliżej, bo dosłownie naprzeciw kompleksu budynków, w którym mieszkamy, jest Sugi, która ciagle jeszcze, pomimo odwiedzin chyba już kilkunastu innych japońskich knajp, jest jednym z moich faworytów, nie tylko z powodu odległości, ale również baaardzo świeżego i przepysznego sashimi. Tam najczęściej chodzimy sami z Krzyśkiem.

Filipiny_Manila_Makati_Greenbelt, IMG_2028

Z Kasią, jedną z najnowszych i najbliższych manilskich znajomych, zwykle trafiamy do tajskiej People’s Palace, uznawanej za jedną z najlepszych restauracji w Metro Manila, a przez nas zwanej „stołówką”, bo dziesiątki stolików i odwiedzające to miejsca tłumy nie pomagają atmosferze. Ujmując rzecz dyplomatycznie powiedziałabym, że jest tam gwarnie. Jedzenie jest moim zdaniem równie przeciętne, ale na szczęście zawsze znajduję tam coś dla siebie, choćby w postaci sałatki z pomelo i mojego ulubionego shake’a z arbuza z miętą.

Filipiny_Manila_Makati_Greenbelt, IMG_2065

Najwięcej miejsc odkrywam dzięki Mary, mojemu dobremu duszkowi. Mieszka w Manili chyba już od 13 lat i doskonale orientuje się w szczegółach i meandrach życia w Manili oraz jego aspektach kulturalnych i logistycznych. Poza tym jest prawdziwą mistrzynią w odkrywaniu ukrytych miejsc i w ten sposób trafiamy nie tylko do ciekawych galerii czy na spotkania, na które nie mogę zakładać jeansów, ale również do świetnych restauracji ukrytych gdzieś na 2. piętrze biurowca albo „na prawo od bramy”. Ostatnim odkryciem jest francuska Maria Luisa’s Garden Room (to właśnie ta „na prawo od bramy’). Swoją drogą taki przegląd najbardziej ukrytych miejsc w mieście, to jeden z pomysłów na blogowy wpis, który być może, przy odrobinie szczęścia, uda mi się kiedyś zrealizować.

Filipiny_Manila_Makati_Greenbelt, IMG_2068

Filipiny_Manila_Makati_Greenbelt, IMG_2072

Pozostając w temacie kulinarnym nie mogę nie wspomnieć o rewelacyjnej meriendzie, czyli po swojsku -podwieczorkowi, u Marty, która mnie i Kasię pewnego słonecznego dnia uraczyła znakomitymi filipińskimi deserami. W szczególności smakował mi ten z mango. Nazw nie zapisałam, więc zapomniałam, ale na pewno są wśród Was osoby, które bez trudu rozpoznają te potrawy, a kto wie, może i Marta pewnego dnia to przeczyta i podpowie w komentarzu;)

Filipiny_Manila_Makati_Greenbelt, IMG_2040

Filipiny_Manila_Makati_Greenbelt, IMG_2093

MIEJSCA

Wstyd. Czas w czerwcu płynął tak szybko, że nawet nie zorientowałam się, że…. nigdzie absolutnie nie wyjechałam, co nie jest sprawą standardową. Pisząc „nigdzie”, mam na myśli również brak jakichkolwiek jednodniowych wycieczek i doprawdy nie wiem, jak to się stało. Faktem jest, że sporo czasu zabrała praca plus życie towarzyskie. Jedynie raz, a może dwa razy wybrałam się do starej części Manili, nad czym co nieco ubolewam.

Filipiny_Manila_Makati_Greenbelt, IMG_2043

Poza tym z Yasmitą, moją indyjską znajomą, zdążyłyśmy odwiedzić Marikina Shoe Museum, pełne eksponatów w postaci butów należących kiedyś do słynnej Imeldy Marcos. Byłam tam co prawda już raz kiedyś w lutym, z Kasią i Justyną goszczącymi wówczas w Manili, ale dopiero tym razem zrobiłam jakieś zdjęcia. W lipcu zamierzamy wraz z Yasmitą wybrać się do świątyni sikhijskiej, która jest na mojej liście „to do” już od dłuższego czasu, ale jakoś nie było okazji.

Filipiny_Manila_Makati_Greenbelt, IMG_2079

I tak minął miesiąc.

By |2017-02-07T19:28:22+00:00Lipiec 3rd, 2013|Filipiny, Filipiny - życie, z|8 komentarzy

About the Author:

Mieszanka zodiakalnego Lwa i chińskiego Smoka. Z wykształcenia politolog, z zawodu fotograf. Ciągle szuka swojego miejsca na świecie.