Z jednej strony regularne przerwy w dostawach prądu, koszmarnie wolny Internet i ograniczona oferta rozrywkowa. Z drugiej wspaniali ludzie, fascynujący kraj i ciekawa praca. O życiu w Birmie opowiada , autor „Tajskiego epizodu z dreszczykiem” i prawdopodobnie pierwszy Polak, który zdecydował się na zamieszkanie w tym kraju.

Jak to się stało, że zamieszkałeś w Birmie?

Po czterech latach w Irlandii, 18 miesiącach w Tajlandii i 7 w Ameryce Południowej znów coś skusiło mnie, by wrócić do Azji. Zamieszkałem w Malezji, znalazłem pracę w firmie organizującej „outdoor adventure”, ale ciągnęło mnie do turystyki, którą zajmowałem się w Ameryce Południowej i Azji Południowo-wschodniej. Wysłałem po jednej aplikacji do Birmy i Ekwadoru oraz dwie do Kambodży. Dostałem ofertę z Birmy i Ekwadoru. Wybrałem Birmę.

Jak wyglądały Twoje pierwsze kroki w Birmie? Trudno było?

miała być najtrudniejszym krajem, w jakim miałem okazję mieszkać, a jak do tej pory jest chyba najłatwiejszym. A wszystko to za sprawą „szefa idealnego”, który już na samym początku zadeklarował, że dla nich jestem jak członek rodziny, a nie pracownik. Odbiór z lotniska przez kierowcę z przewodnikiem, jedna noc w z góry opłaconym guesthousie, kolacja powitalna z szefostwem, znalezienie, umeblowanie i opłacenie na rok z góry ładnego przestrzennego mieszkania, zakup telefonu komórkowego w czasach, gdy karty sim chodziły po 500 USD lub więcej to był mój początek w Rangunie. W biurze wszyscy mnie przyjęli z otwartymi ramionami, a dziewczyny z części, w której znajdowało się moje biuro, regularnie raczyły mnie kawą i ciastem. Przez pierwsze kilka dni szef zabierał mnie na lunche i kolacje, aby zapoznać mnie z dobrymi knajpami w okolicy. Ten początek w Birmie zmienił moją definicję gościnności.

Czym się właściwie zajmujesz? Jak wygląda Twój typowy dzień?

Przemytem opium i handlem ludźmi… a na poważnie to pracuję jako Product & Marketing Manager w największym lokalnym biurze podróży. Nie ma czegoś takiego jak typowy dzień w Birmie. Jako produktowiec dzielę swój czas między pracę w biurze lub w domu, a podróże po kraju. Przeprowadzam inspekcje hoteli, szukam nowych atrakcji, wymyślam nowe programy wycieczek i zaliczam dziesiątki lunchy i kolacji z ważnymi ludźmi z branży. Jeśli chodzi o marketing, to obecnie pracuję nad strategią promocji Birmy w tak zwanym niskim sezonie, bo jak się okazuje, wszędzie poza Rangunem i wybrzeżem w zasadzie nie pada. Koordynuję także powstawanie naszej nowej strony internetowej, zarządzam naszym fanpejdżem na Facebooku i profilem na TripAdvisor. Czasem szefostwo radzi mnie się w kwestiach ogólnego zarządzania firmą albo traktuje jak bulteriera na hotele, które korzystając z obecnej popularności kraju prowadzą nieczystą politykę cenową. Od przyjazdu nie nudziłem się ani przez chwilę i nic nie zapowiada, żeby miało się to wkrótce zmienić.

Brzmi fascynująco, ale Birma to wciąż jeden z najbiedniejszych krajów na świecie. Czy Twoje życie naprawdę jest takie różowe?

Oczywiście każda moneta ma dwie strony. Nie polecam Birmy początkującym ekspatom, którzy nigdy wcześniej nie mieszkali w innym kraju tzw. trzeciego świata. Nawet mieszkanie w Rangunie to regularne przerwy w dostawach prądu. W maju, który jest jednym z najgorętszych miesięcy, a temperatury przekraczają 40 stopni Celsjusza, jacyś partyzanci wysadzili w powietrze jedną z elektrowni. Rząd wprowadził racjonalizację energii, w wyniku czego nie miałem prądu średnio sześć godzin w ciągu doby w jednej sesji. W dzień nie było problemu, bo byłem akurat w biurze. W nocy natomiast była tak duchota, że nie dało się spać, nawet przy otwartych oknach. Internet jest tak wolny, że przypominają mi się czasy łączenia się przez modem telefoniczny w latach 90-tych w Polsce. Połączenia są regularnie zrywane, a ściągnięcie większych plików czy obejrzenie np. filmu na Youtube jest praktycznie niemożliwe. Życie nocne praktycznie nie istnieje, gdy próbuje je się porównać z innymi krajami regionu. Oferta kulturowo-rozrywkowa jest bardzo uboga. Kobiety po zmroku w zasadzie nie wychodzą z domów i unikają kontaktów z obcokrajowcami w obawie o swoją reputację. Bariera językowa i kulturowa w zasadzie uniemożliwia jakiekolwiek kontakty społeczne na poziomie większym niż podstawowy. Ta druga sprawia także, że często zupełnie inaczej patrzymy na kwestie biznesowe i osiąganie pewnych celów jest często bardzo czasochłonne i wymaga ogromnych pokładów cierpliwości. Dodaj do tego dziurawe drogi, stare zdezolowane samochody i autobusy oraz chaotyczny ruch drogowy i staje się jasne, że Birma nie jest krajem dla wszystkich.

Przybliż nam proszę obecną sytuację polityczną w Birmie. Do niedawna krajem rządziła przecież wojskowa junta…

Wojskowa junta została formalnie rozwiązana w marcu 2011 roku. Generałowie zrzucili mundury, założyli garnitury i zaczęli bawić się w politykę obiecując reformy i demokrację. Po wszystkim co tu się wydarzyło od wojskowego zamachu stanu w 1962 roku ze szczególnym naciskiem na studencką masakrę w 1988 roku, strzelanie do mnichów w roku 2007 czy brak przyjęcia pomocy zagranicznej po cyklonie Nargis rok później, ciężko było w te deklaracje uwierzyć. Wygląda jednak na to, że najbliższe lata należeć będą do Birmy i że dziejące się w błyskawicznym tempie reformy są nieodwracalne. Byli generałowie wypuścili z aresztu domowego Aung San Suu Kyi – przywódczynię opozycji. Więzienia opuściło wielu (choć jeszcze nie wszystkich) więźniów politycznych. Wybory uzupełniające do parlamentu, które odbyły się 1 kwietnia 2012 były wolne i demokratyczne. I nie był to Prima Aprilis. W ich wyniku National League for Democracy, zgarnęła 99% kontestowanych miejsc w Hluttaw (parlament), a sama Aung San Suu Kyi została posłanką. W odpowiedzi na reformy kraje zachodu stopniowo znoszą lub zawieszają sankcje. Nie ma tygodnia, by w kraju nie gościli zagraniczni politycy wliczając w to wizytę naszego Ministra Spraw Zagranicznych. W przygotowaniu są dwie kolejne oficjalne wizyty z Polski, a na jesieni (polskiej jesieni ma się rozumieć) podobno w Rangunie będzie gościł Lech Wałęsa. Nasza firma minimum raz w tygodniu obsługuje ponad 100-osobową delegację biznesmenów z Singapuru, Chin lub Japonii. Każdy z nich to milioner zainteresowany inwestycjami w kraju. Birma wkracza w złoty okres i jeśli wszystko pójdzie dobrze to być może znów zostanie najbogatszym krajem regionu, tak jak to miało miejsce 60 lat temu.

Czy utrzymujesz kontakty z innymi Polakami mieszkającymi w Birmie? A może przyjaźnisz się z ekspatami innych narodowości lub Birmańczykami? Gdzie najlepiej nawiązywać nowe znajomości?

O ile mi wiadomo jestem pierwszym i jednym z dwóch Polaków mieszkających w Birmie. Drugim jest mój dobry przyjaciel, który obecnie zarządza prywatną wyspą i jedynym hotelem w Archipelagu Mergui na południu kraju. Moje życie towarzyskie to w zasadzie moja kolumbijska dziewczyna, która dołączyła do mnie w maju tego roku. Znam kilku ekspatów różnych narodowości. Spotykamy się czasem, ale nie utrzymujemy zbyt bliskich kontaktów z uwagi na to, że cały czas dużo jestem w terenie. Birmańczycy to wspaniali, pogodni i otwarci ludzie, ale potężna bariera językowa i kulturowa uniemożliwia zawarcie bliższych znajomości. W każdy piątek w hotelu The Strand jest happy hour od 17 do 23. To nieoficjalna impreza ekspatów. Czasem bywa drętwo, zwłaszcza na początku, gdy się nikogo nie zna, ale to jedyne miejsce, gdzie można poznać zagranicznych korespondentów udających turystów, poławiaczy pereł z Australii i inne ciekawe osobliwości. W pierwszy piątek miesiąca podobna impreza odbywa się też w British Club, a spragnieni angielskiej atmosfery zawsze mogą odwiedzić 50th Street Bar.

Co Ci się podoba w Rangunie i Birmie? Co Ci się nie podoba? Czego Ci brakuje?

Podoba mi się atmosfera miasta i jego kontrasty. Z jednej strony – stare, kolonialne budynki, rozpadające się rudery, dziurawe drogi i otwarta kanalizacja. Z drugiej szerokie ulice, złote pagody i drzewa, tysiące zielonych drzew. Rangun nazywany jest często „Garden City of Asia” i aby w pełni to zrozumieć, trzeba rzucić okiem na miasto z lotu ptaka np. z restauracji Sky Bistro w Sakura Tower w centrum lub jedząc kolację w chińskiej restauracji w Yangon Hotel bliżej lotniska. Miasto z góry wygląda jak dywan zieleni. Podobają mi się ludzie: otwarci, życzliwi, pogodni, pomocni, cisi, spokojni, pokorni. Podoba mi się to, że młodzi ludzie czytają książki i gazety na ławkach w jednym z licznych parków, a nie nadużywają Facebooka na swoich telefonach komórkowych. Podoba mi się, że w Birmie nikt się nigdzie nie spieszy, wszyscy zawsze mają dla wszystkich czas, a zwykła rozmowa w cztery oczy w lokalnym teashopie jest wciąż bardziej ceniona niż wysłanie e-maila. Irytują mnie upały w lokalne lato, które zdają się być gorsze niż w innych miejscach, w których mieszkałem. Nie lubię też pory deszczowej w Rangunie, gdyż pada tu kilka razy dziennie i całkiem niespodziewanie przez co ciężko jest zaplanować suche wyjście. Wkurza mnie wolny internet i przerwy w dostawach prądu, gdy akurat robiłem coś ciekawego. Brakuje mi XXI-wiecznego klimatu i wielkomiejskiej atmosfery miejsc takich Bangkok, Kuala Lumpur czy Singapur. Na szczęście bez problemu mogę się do nich wyrwać raz na jakiś czas.

Jak wyglądają formalności przeprowadzkowe i wizowe w Birmie?

Prawo i zasady dotyczące wiz w Birmie lubią się często zmieniać i wciąż nie są przygotowane na masowe oblężenie ekspatów. W tej chwili przebywam tu na wizie biznesowej, która ważna jest pół roku, ale wymaga opuszczenia kraju raz na 70 dni. Moja dziewczyna dostała turystyczną Visa-on-Arrival zaaranżowaną z pomocą mojego biura podróży. Po upływie jej ważności wystąpiliśmy dla niej o wizę biznesową argumentując to faktem, że jest na moim utrzymaniu (Dependent). Udało się, choć publicznie nie mogę powiedzieć dlaczego :-). W tej chwili kończy się ważność mojej pierwszej, 6-miesięcznej wizy. Muszę wypełnić jakieś formularze i teoretycznie nie będę już musiał opuszczać kraju, co 70 dni. Więcej będę mógł jednak powiedzieć dopiero po zakończeniu procedury, bo sam jeszcze nie wiem, co się wydarzy. Podsumowując powiem, że w tej chwili prawo imigracyjne jest bardzo dziurawe i chyba wszystko jest możliwe, jeśli się trochę pokombinuje lub zna odpowiednich ludzi.

Gdzie najlepiej mieszkać w Birmie? Czy masz jakieś rady dla tych, którzy chcieliby się przeprowadzić właśnie tam?

Rangun i Mandalay to dwa największe i najnowocześniejsze miasta. Przy czym trzeba powiedzieć, że to taka nowoczesność jak w wielu europejskich miastach jakieś 50 lat temu. To tutaj mieszka się najwygodniej. Jest sporo ludzi, sklepów, restauracji. Prąd jest przez większą część dnia. Bez problemu można znaleźć dostęp do Internetu, jaki by on nie był. Cała reszta kraju to właściwie wsie, małe miasteczka, gdzie często życie nie zmieniło się wiele od 100 lat. Ci którzy nie lubią dużych miast mogą spróbować w mniejszych, turystycznych miejscach jak okolice Bagan, Nyaung Shwe (Jezioro Inle) czy Hsipaw (Północny Stan Szan). Jeśli chodzi o rady w zakresie zamieszkania w Birmie, to przede wszystkim jeśli jeszcze nigdy tu nie byłeś, wpadnij na krócej i zobacz czy spodoba Ci się na tyle, aby tu zostać. Znam historie ekspatów, dla których Birma miała być pierwszą azjatycką destynacją. Podpisali roczne albo dwuletnie kontrakty, przylecieli i zrezygnowali z pracy po kilku tygodniach, bo zupełnie nie tego się spodziewali. Nawet Rangun nie gwarantuje nawet w małym stopniu jakości życia na poziomie chociażby Bangkoku czy Sajgonu. Pocieszeniem dla zdeterminowanych jest takie, że kraj zmienia się nie do poznania w oszałamiającym tempie. Prawdopodobnie będzie więc już tylko lepiej.

Jeśli ktoś się jednak zdecyduje, czy masz jakieś rady, jak znaleźć pracę i mieszkanie na przykład w Rangunie?

Nie ma uniwersalnej metody na znalezienie pracy w Birmie. Dostałem swoją, bo całkowitym zbiegiem okoliczności napisałem do firmy, która akurat poszukiwała kogoś z moimi kwalifikacjami. Znam kilku nauczycieli angielskiego, którzy dostali pracę odpowiadając na ogłoszenie z internetu. Internetowa świadomość birmańskich biznesów jest jednak niewielka i najlepsze oferty prawie nigdy nie są ogłaszane w Internecie. Można więc próbować aktywnie poszukiwać potencjalnych pracodawców, którzy mogliby być zainteresowani naszymi usługami, a następnie spróbować się z nimi skontaktować z konkretną ofertą. Najlepiej jednak pewnie będzie przylecieć i rozejrzeć się na miejscu, poczytać cotygodniowe wydanie Myanmar Times w języku angielskim z ogłoszeniami, pospotykać się z innymi ekspatami np. w The Strand Hotel, British Club czy 50th Street Bar lub na miejscu dzwonić po interesujących nas firmach i spróbować umówić się na spotkanie. Z mieszkaniami, zwłaszcza w Rangunie nie jest łatwo. Zacząłbym od zatrzymania się w lokalnym guesthousie np. na miesiąc (oficjalnie wiza turystyczna jest ważna 28 dni) i rozejrzenia się na miejscu. Trzeba pytać ludzi i jak zwykle poczytać Myanmar Times. Warto wiedzieć, że właściciele mieszkań często oczekują opłacenia całego czynszu za rok z góry. Duże oszczędności lub pomoc naszego przyszłego pracodawcy może okazać się nieoceniona.

Jak wyglądają koszty życia w Birmie?

Mieszkania chodzą od 300 USD za prostą kawalerkę do 3000 USD za tzw. „serviced apartment”. Ja płacę 550 USD za trzypokojowe mieszkanie jakieś 20 minut od centrum i lotniska. Podobno jednak miałem szczęście, że udało się dostać taką cenę. Większość tego typu mieszkań w okolicy czasem o niższym standardzie kosztowało nawet 800-1000 USD. Zjeść w lokalnej restauracji można już za 3-4 dolary, a na ulicznym straganie nawet za 1/3 tego. Posiłek w dobrej restauracji będzie kosztował nas 10-15 USD, podczas gdy najlepsza restauracja w mieście kasuje 30-50 USD. Duża butelka piwa (640 ml) w lokalnej restauracji chodzi po 2 USD. Taksówką w obrębie miasta można dostać się wszędzie za maximum 4 USD. Bilet autobusowy kosztuje zaledwie 25 centów, ale jest przejażdżka nim jest doświadczeniem mocno przygodowym. Ekspat w Birmie może przeżyć w miarę komfortowo za 1000 USD miesięcznie. Za 1500 USD można prowadzić naprawdę dobre życie. Wszystko powyżej to według mnie już luksus albo oszczędności, ale ludzie mają różne zarobki i różne potrzeby.

Na koniec zostawmy Birmę. Twoja debiutancka książka „” to bardzo osobista, otwarta i szczera relacja z półtorarocznego pobytu w Tajlandii. Otwarcie opisujesz swoje erotyczne przygody i związek z tajską dziewczyną. Nie bałeś się tak publicznie otworzyć przed światem? Co Tobą kierowało? Będzie kontynuacja?

Po pierwsze żadna opowieść z Tajlandii bez seksu nie byłaby opowieścią prawdziwą. W samym tylko Bangkoku są trzy „czerwone dzielnice” (Patpong, Soi Cowboy, Nana Plaza). Oprócz tego miasto jest pełne salonów masażu oferujących masaże „ze szczęśliwym zakończeniem.” Zresztą dziewczyny w zwykłych salonach masażu też często oferują „masaż specjalny”. Kluby karaoke znajdujące się niemalże na każdej ulicy to tak naprawdę ukryte burdele. Co druga dziewczyna w zwykłym klubie nocnym to prostytutka-freelancerka. Wiele dziewczyn z portali randkowych tym chętniej ściągnie majtki, im grubszy portfel masz w kieszeni. Napisałem o tym wszystkim, choć mogłem to pominąć. Tylko czy byłby to prawdziwy obraz Tajlandii? Po drugie kierowała mną nuda jaką wieje z większości książek podróżniczych wydawanych na polskim rynku. Facet, który jechał samotnie przez kilkanaście miesięcy przez świat i nie pisze w swojej książce nic o erotycznej stronie podróży, jest albo fajtłapą albo kłamcą. Po trzecie chciałem zauważyć, że gdyby zsumować erotyczne wątki w „Tajskim epizodzie z dreszczykiem”, to stanowią one może jakieś 10% całego tekstu. To książka o aklimatyzacji i poznawaniu Tajlandii. To interpretacja Tajlandii oczami polskiego ekspata. To wprowadzenie do zawiłości tajskiej kultury, mentalności i sposobie życia. To wreszcie coś znacznie więcej niż typowa książka podróżnicza typu „jechałem sobie przez kraj X, a przez okno widziałem to i tamto”. Jako takiej kontynuacji nie przewiduję. Pracuję jednak nad kilkoma projektami wydawniczymi, z których przynajmniej jeden powinien ujrzeć światło dzienne najpóźniej w przyszłym roku.

Tekst i zdjęcia: Marek Lenarcik

Marek Lenarcik – Opuścił Polskę na stałe w 2006 roku. Mieszkał lub pomieszkiwał w Irlandii, Tajlandii, Malezji, Brazylii, Ekwadorze i Kolumbii. W Birmie od lutego 2012. Autor „Tajskiego epizodu z dreszczykiem” oraz blogów www.zyciewtropikach.com i www.lifeinburma.wordpress.com

 Książka Marka Lenarcika „Tajski epizod z dreszczykiem” ukazała się nakładem wydawnictwa Bezdroża i można ją nabyć np. TUTAJ

Jeśli i Ty masz ochotę opowiedzieć nam o swoim życiu na obczyźnie (szczególnie, jeśli mieszkasz w Azji), napisz do nas koniecznie!