Wprawdzie Agnieszka Doberschuetz wróciła do Polski już rok temu, ale to właśnie na Filipinach, gdzie zamieszkała wraz z rodziną po kilkunastu latach tułaczki po świecie, miała okazję obserwować życie od podszewki z perspektywy nie-turysty, zapuścić korzenie i… zostawić kawałek serca.

Najpierw mieszkałaś w Niemczech, potem w Australii, aż w końcu los rzucił Ciebie i Twoją rodzinę na . Co zdecydowało, że przeprowadziliście się na rubieże Azji?

Fakt, tułaliśmy się trochę po świecie, szukając swojego miejsca. Co ciekawe – osobno: mąż nie chciał mieszkać, tam gdzie ja, ani ja tam, gdzie on. Więc gdy pracodawca zaproponował mu rozwinięcie projektu na Filipinach, zgodziliśmy się od razu. Miało to w końcu być tylko pół roku…

Rozwinięcie projektu wiązało się z działalnością firmy. Łatwo jest otworzyć i prowadzić firmę na Filipinach? Czego należy się spodziewać?

I łatwo, i niełatwo. Jak na tak odległy kraj i to w Azji, zaskakująco tam swojsko: i język (oficjalny to angielski, choć specyficzny), i obyczaje (chyba za sprawą chrześcijaństwa) łagodzą szok kulturowy. Jest sporo udogodnień dla inwestorów – specjalne strefy ekonomiczne, wizy itp. Natomiast biurokracja graniczy czasami z absurdem, no i wszechobecna korupcja daje się we znaki. I wszystko trwa potwornie długo (zwłaszcza, gdy ktoś uprze się działać na pohybel tejże korupcji…)

Jak wspominacie swoje pierwsze tygodnie na filipińskich wyspach?

Wyjechaliśmy tuż przed Bożym Narodzeniem, trafiliśmy więc na wielką fiestę. Mieliśmy czas na odpoczynek po ciężkiej podróży, na pierwsze wypady na plażę. Ale okazało się, że koguty tam pieją dzień i noc, jest bardziej gorąco, niż mogliśmy to sobie wyobrazić, a dom, w którym zamieszkaliśmy szykuje dla nas mnóstwo powitalnych niespodzianek…
Zdecydowanie ujęła nas za to otwartość i gościnność miejscowych. Życie codzienne dopadło nas trochę później i miało nas zaskakiwać jeszcze wiele, wiele razy (chyba nigdy nie przestało).

Jak wyglądała Twoja codzienność? 

Pomagałam mężowi w pracy, przy zakładaniu firmy, kont, zdobywaniu wiz. Nauczyłam się podstaw języka, co bardzo zjednywało ludzi i okazywało się pomocne także w pracy. Większość spraw organizacyjnych spadała na moją głowę, także tych prywatnych, jak znalezienie domu, szkoły, niani dla młodszej córki…

Gdybyś miała opisać Filipiny jednym zdaniem napisałabyś, że…..

To niekończące się źródło niespodzianek, paradoksów, słowem pomieszanie z poplątaniem.

Czy Filipiny to raj na ziemi?

Hmmm… Jest taka piosenka zespołu Smokey Mountain „Paraiso”. Trafnie ocenia sytuację na Filipinach. Tam mógłby powstać raj na ziemi, ale długa ku temu droga. Bardzo żal zdegradowanej przyrody, podupadłych zabytków, zniszczonych raf i zanieczyszczonych plaż. A takich „Palawanów” mogłyby Filipiny mieć zdecydowanie więcej.

Filipiny to podobnie jak Polska, kraj katolicki i często właśnie z tego powodu uważa się je za miejsce idealne dla Polaków. Katolicyzm polski i filipiński są do siebie podobne, czy raczej różne?

W formie celebrowania świąt, czy mszy – technicznie podobne (oprócz Święta Zmarłych, które tam jest radosne). Za to jeśli chodzi o podejście do wiary, to jednak odmienne: wierzy się z serca, z przekonania, szczerze i bez zapędów inkwizycyjnych. I przede wszystkim radośnie, nie martyrologicznie. Więc ich katolicyzm, choć jest bardziej radykalny (np. Kościół ma sporo do powiedzenia w sprawach politycznych), według mnie jest jednak bardziej dyskretny i tolerancyjny.

Czym jeszcze różnią się Filipiny od Polski?

Ooo, długo by wymieniać, ale jedna cecha nasuwa mi się bezwarunkowo: filipiński optymizm. Może i przesadny, czasem naiwny i zgubny w skutkach, ale zdecydowanie przyjemniejszy w odbiorze niż pospolite polskie narzekactwo.

Wiesz, jak smakuje balut?
Wiem z opisu męża, który zaryzykował i skosztował tego wątpliwego specjału. Ja spasowałam, jestem wegetarianką i dla mnie to już nie jajko. Zresztą niespecjalnie mnie kusiło .

No właśnie, jak wegetariance żyło się w tak „mięsożernym” kraju?

Ciężko. Wiele osób mówiło mi, że jestem pierwszą niemięsożerną osobą, którą spotkały w życiu. Z czasem nauczyłam się, co dobre – owoce (ale nie morza, nie jestem fanką), warzywa no i „skarby” rodzimego pochodzenia za bezcen zdobywane u innych ekspatów, od święta – np. kiszone ogórki, pieczarki czy sery. Brakowało mi swojskiego chleba (nie mogłam przekonać się do ich słodkawych wypieków), ziemniaków (były, choć drogie). No i ten ryż bez soli, na śniadanie, obiad, kolację…

Gdzie najlepiej zamieszkać?

Nie dane nam było specjalnie dużo zwiedzać, czego żałujemy. Ale słyszeliśmy, że kompleks Visayas jest jednym z najprzychylniejszych ekspatom zakątków: cywilizowany, bezpieczny politycznie i klimatycznie. Po naszym wyjeździe miało tam co prawda miejsce trzęsienie ziemi, ale stosunkowo łagodne w skutkach. Tajfuny i im podobne kataklizmy raczej tam nie występują, bo główna wyspa otoczona jest mniejszymi, buforowymi.

Wy zdecydowaliście się na Cebu, trzecie pod względem wielkości miasto Filipin. Jakie lokalizacje tam polecilibyście i jak wygląda tamtejszy rynek mieszkań i domów do wynajęcia pod względem cenowym i jakościowym?

Mieszkaliśmy na osiedlach chronionych, co niewyobrażalnie windowało koszty najmu. W tak ubogim kraju domy wcale nie były tanie. Najbardziej przeszkadzało mi, że były zazwyczaj kolosalne, niepotrzebnie rozbudowywane kosztem np podwórka czy ogródka. Z czasem byliśmy gotowi zamieszkać poza osiedlami zamkniętymi, ale nie zdążyliśmy się przeprowadzić. Wielu ekspatów, głównie tych bez rodzin, decyduje się na długotrwałe wynajmowanie apartamentów hotelowych albo domków w resortach nadmorskich. Ja najmilej wspominam naszą pierwszą lokalizację w Cebu, przytulne osiedle Paradise Village (choć sam dom był koszmarną ruiną z bogatym „życiem wewnętrznym” w postaci myszy, szczura, karaluchów, jaszczurek i podobno nawet duchów, choć nie zdecydowały się nam przedstawić).

Na co dzień jest drogo, czy tanio? Ile peso potrzebujesz wybierając się na kolację z rodziną?

Dobre pytanie, zależy jak zwykle od oczekiwań. Generalnie powiedziałabym, że lokalne przysmaki i restauracje, podobnie jak usługi, są bardzo tanie. Można nieźle zjeść całą rodziną za równowartość 50 złotych. Ale można i bardziej ekskluzywnie (a więc drożej), jak wszędzie. W żadnym innym kraju nie było nas dotąd stać na tak swobodne korzystanie z oferty rozlicznych knajp i restauracji, jak tam.

Czy do osiedlenia się na Filipinach konieczna jest znajomość któregoś z lokalnych języków?

Nie, wystarczy przyzwoity angielski. Zdecydowana większość Filipińczyków mówi po angielsku, choć na swój, trochę zabawny, sposób. Urzędowym językiem jest angielski. Tagalskiego uczyły się moje dzieci, dla nas był za trudny. Przydał im się jedynie do śpiewania hymnu podczas szkolnych uroczystości. Zdecydowanie prostszy i bardziej praktyczny jest lokalny dialekt Bisaya (Cebuano), którego nie trudno się nauczyć do poziomu codziennej komunikacji. Mieszanka hiszpańskiego, angielskiego i filipińskiego, pozbawiona sztywnych zasad gramatycznych. Umiejętność komunikowania się z ludźmi w ich narzeczu przełamuje bariery, ułatwia i uprzyjemnia wiele spraw. Polecam każdemu, kto ma zamiar mieszkać za granicą, wykonać ten gest w kierunku gospodarzy i nauczyć się choć symbolicznie ich języka.

Jak wygląda życie obcokrajowców z dziećmi?

Normalnie! Dzieci chodzą do szkół prywatnych (anglojęzycznych), młodsze mają nianie, bo przedszkoli ani żłobków tam nie ma. Uczyć się muszą sporo, już od pierwszej klasy przesiadują w szkołach całymi dniami. Jedyna różnica jest chyba taka, że dzieci (nawet starszych, samodzielnych) nie wypuszcza się nigdzie samych, zawsze ktoś im towarzyszy na ulicy – choćby z tego względu, że nie ma tam praktycznie chodników!
Służba zdrowia jest na poziomie całkiem niezłym, i choć jest prywatna, to stać nas było na korzystanie z jej usług (wizyta lekarska kosztowała około 20 złotych).

Kto należał do Waszych znajomych w Cebu? Mieliście okazję spotkać tam Polaków?

Przez długi czas nie spotkaliśmy w Cebu żadnych rodaków, nawet turystów. Pod koniec poznaliśmy pewnego misjonarza, grupkę nurków (z którymi do dziś utrzymujemy kontakt). Wydaje mi się, że dziś Filipiny są już nieco bardziej popularne jako cel wypadów wakacyjnych.
Ale nie byliśmy samotni. Nawiązaliśmy bliskie relacje z naszymi pracownikami, często z nimi świętowaliśmy, zapraszali nas na uroczystości. Sąsiedzi także zaprzyjaźnili się z nami. Za sprawą dzieci mieliśmy mnóstwo znajomych. Ja należałam też do klubu pasjonatów fotografii, do dziś mam w Cebu wielu serdecznych znajomych, za którymi tęsknię. No i oczywiście poznaliśmy innych ekspatów, z Niemiec, Francji, Ameryki…

Jakie są plusy i minusy mieszkania na Filipinach?

Na pewno jest wielka różnica między urlopem w tropikach, a pracą tam, zwłaszcza wymagającą wysiłku fizycznego. To był ciężki kawał chleba. No i dystans, jeśli ktoś tęskni, chce odwiedzać często ojczyznę, ma pecha. Leci minimum dwadzieścia kilka godzin (nam zdarzyło się po przejściach lecieć i 42 godziny!), za spore pieniądze. Nie wiem, czy chciałabym tam zostać na zawsze, ale żałowałam, że musimy już wracać…

Czy przypominasz sobie coś, czego Ci brakowało?

Truskawki!!! Tęskniliśmy głównie za specjałami kulinarnymi, oczywiście też za rodziną, przyjaciółmi, czasem za europejskimi standardami (bywało, że po pracy marzył nam się schludny prysznic z gorącą wodą o porządnym ciśnieniu…). Ot, takie przyziemne sprawy.

Czy Filipiny to kraj dla każdego? Komu szczególnie poleciłabyś przeprowadzkę właśnie tam, a kto, Twoim zdaniem, powinien wybrać inne miejsce?

Słyszałam opinie zawiedzionych turystów, którzy od hoteli kilkugwiazdkowych oczekiwali znacznie więcej, niż im oferowano. Na pewno do „standardów filipińskich” trzeba umieć się przyzwyczaić. Do typowo filipińskich absurdów obyczajowych, zwolnionego tempa życia (oni się ZAWSZE spóźniają!), zanieczyszczenia środowiska. Także klimat nie odpowiada każdemu. Za to sporo tam dżentelmenów, którzy odnaleźli swoją drugą (albo i trzecią już) młodość i poślubili Filipinki młodsze od własnych córek, wygodnie żyjąc z europejskich rent czy emerytur.

Łatwo jest o pracę dla obcokrajowców? Co odpowiedziałabyś osobom, którzy planują przeprowadzkę i dopiero potem szukanie pracy na miejscu?

Bałabym się takiej decyzji. Niełatwo znaleźć zatrudnienie, które odpowiadałoby finansowo naszym potrzebom. Dobrze zarabiają tam głównie przedsiębiorcy, albo wysłani przez zagraniczne firmy kierownicy call center czy innych firm niefilipińskich, fabryk. A tzw. żyłki do interesów raczej nie posiadam, więc nie wiem, czy byśmy sobie bez pracy poradzili.

Masz jakieś rady dla tych, którzy chcieliby się tam osiedlić?

Może niech pojadą na próbę, na krótszy czas, nie palą mostów. No i niech się zaszczepią na wszelkie choroby zakaźne (tyfus, żółtaczkę itp.). Warto też poczytać lub popytać o mentalność Filipińczyków, poznać ich „odciski” i po nich nie deptać.

Za co Ty najbardziej lubisz  Filipiny i jakie spędzone tam chwile wspominasz najmilej?

Już wspominałam o otwartości Filipińczyków i ich pozytywnym nastawieniu. Przydałoby się zaszczepić je na rodzimym gruncie. Póki co włączyliśmy karaoke do stałych punktów programu wszelakich imprez. Ale najbardziej brakuje mi (zwłaszcza teraz) słońca, nurkowania, owoców i… masaży! ;) Natomiast dzieci bardzo tęsknią za nianią.

Jakie miejsca na Filipinach polecasz szczególnie osobom, które chciałyby odwiedzić kraj w charakterze turystów?

Po pierwsze nie polecam Filipin na krótkie wypady, poniżej trzech tygodni. Za daleko, za drogo, zbyt męcząco. Warto mieć trochę więcej czasu i odwiedzić kilka miejsc. Ze znanych mi mogę polecić wyspy Bohol, Malapascua, Bantayan. Z kolei odradzam Boracay, chyba że ktoś gustuje w klimatach Majorki. Jest też na Cebu kilka wymarzonych miejsc dla nurków, no i wyspa pseudo-chirurgów, Siquijor, gdzie niestety nie dotarłam… Palawanu co prawda nie znam, ale wiele o tym magicznym miejscu słyszałam i myślę, że warto je odwiedzić.

Co sprawiło, że w ubiegłym roku podjęliście decyzję o powrocie do Polski? Czy gdybyś miała możliwość powrotu zrobiłabyś to bez wahania czy raczej wybrałabyś tym razem inne miejsce?

Wracać musieliśmy dość nagle, z wielu powodów, w tym ekonomicznych. Wówczas bardzo nam było szkoda, tak wiele zbudowaliśmy, przyzwyczailiśmy się do tamtego życia. Dla dzieci był to mały dramat. Ale dziś, po ponad roku, po kilku pokazach slajdów, czuję jak bym „rozliczyła” się z Filipinami. Rozdział został zamknięty i opcji powrotu, póki co, nie widzę. Mam jednak nadzieję, że pewnego dnia polecimy odwiedzić przyjaciół i powspominać.

W najbliższy weekend (1-2 grudnia) spotkać Cię będzie można na Festiwalu TERRA w Warszawie. O czym opowiesz podczas swojego pokazu o Filipinach?

W sobotę o 16 zabiorę chętnych na przekrojową wycieczkę po Cebu i okolicznych wyspach. Opowiem o wszystkim, o upadkach i wzlotach, o rzeczach pięknych i brutalnych, radosnych i smutnych. Okaże się, czy Filipiny, to naprawdę aż taki „inny świat”. Na wiele z powyższych pytań będziecie mogli odpowiedzieć sobie po moim pokazie sami. Zapraszam!

Tekst i zdjęcia: Agnieszka Doberschuetz

Agnieszka Doberschuetz – Wielkopolanka, po 17 latach tułaczki po świecie próbuje na nowo zaaklimatyzować się w Polsce (co nie raz okazuje się trudniejsze niż na Filipinach).
Podróżowała po Europie, Azji, Australii. Ostatnie 3 lata spędziła na Filipinach. Więcej zdjęć i tekstów Agnieszki przeczytacie na Jej stronie w National Geographic.

Jeśli i Ty masz ochotę opowiedzieć nam o swoim życiu na obczyźnie (szczególnie, jeśli mieszkasz w Azji), napisz do nas koniecznie!