zachwyca nas od pierwszych chwil przedziwnym i jednocześnie perfekcyjnym mixem azjatyckiej atmosfery i europejskiej organizacji.

Przylatujemy tam niewyspani w piątek wczesnym rankiem, a potem wszystko dzieje się jak w kalejdoskopie. Do Kowloonu jedziemy Airport Expressem, czyli szybką kolejką łączącą znajdujące się na wyspie Lantau lotnisko z wyspą Hong Kong. Są pierwsze spacery po klimatycznych bocznych uliczkach Yau Ma Tei i pierwsze widoki z hotelowych okien. Są dziesiątki kolorowych billboardów. Jest nielubiany zapach suszonych ryb na ulicy oraz suszone coś, co początkowo bierzemy za morele, a okazuje się być suszonymi krewetkami. Jest imponująco dobrze zorganizowane metro, mknące po ulicach piętrowe autobusy i równie szybkie czerwono-białe taksówki. Futurystyczne drapacze chmur z Central powodują zawrót głowy. A my jesteśmy ciągle w ruchu. Pokonujemy kolejne ulice, schody (te zwykłe i te ruchome) i od czasu do czasu tylko przysiadamy na parkowych ławkach, poza tym maszerując prawie bez przerwy. Gdzieś tam w międzyczasie jemy prawdziwą pyszną włoską pizzę (tak, tak – pizzę, bo ostatnio mieliśmy okazję jeść taką w Tajlandii), a potem dalej w drogę.

Cieszy nas widok tramwajów na ulicy i w którymś momencie wsiadamy do któregoś z nich ruszając w nieznane. Zajmujemy miejsca z przodu, więc możemy z góry podziwiać uroki tego tętniącego życiem miasta i jego oszałamiającą feerię barw. Moglibyśmy tak jeździć i jeździć, ale czas ucieka. Szukamy miejsca, skąd odjeżdża Peak Tram, stajemy w długiej doń kolejce, potem jedziemy nim na górę, jeszcze później pokonujemy kolejne ruchome schody i wreszcie jesteśmy na szczycie, skąd rozpościera się zapierająca dech panorama Hong Kongu. Choć to jeden z najbardziej oklepanych widoków na świecie, i tak jest pięknie. A z każdą upływającą chwilą, kiedy zapada zmrok, jest jeszcze wspanialej. Kolację jemy w przydrożnej knajpce w Kowloonie, gdzieś nieopodal Night Temple Market, a potem szybkie plany na kolejne dni i spać, bo zmęczeni jesteśmy potwornie.

W sobotę z samego rana wsiadamy w metro i jedziemy na Diamond Hill zobaczyć Chi Lin Nunnery, czyli największy buddyjski klasztor żeński we wschodniej Azji będący prawdziwą enklawą usytuowaną w morzu miejskich wysokościowców. Potem szybko z powrotem do metra, zakup sushi w jednym z lokalnych sklepików, jazda przystanek dalej, po to tylko, aby zjeść wspomniane sushi na murku pod drzewem banyan (ktoś wie, jaka jest jego polska nazwa?), a potem zobaczyć zlokalizowaną zaraz obok stacji metra kolorową świątynię Wong Tai Sin. Kolejną stację metra dalej wysiadamy raz jeszcze, a tam czeka nas całkiem długi marsz w upalne południe do City Walled Park – świetnie wkomponowanego w przestrzeń parku powstałego na miejscu gęsto zabudowanej dzielnicy pełnej budynków przypominających piętrowe slumsy.

Znowu metro, a potem zielony targ kwiatów (można na nim kupić m.in. takie cuda jak wrzosy czy fiołki!) i niezwykle klimatyczny oraz przyjemny dźwiękowo targ, na którym dostępne są wszelkiego gatunku ptaki oraz akcesoria do ich hodowli, łącznie z żywym pokarmem w postaci robaków czy larw. Kilka uliczek dalej jest Goldfish Market, czyli całe mnóstwo sklepików specjalizujących się w sprzedaży rybek akwariowych, więc i tam idziemy. Na kolację planujemy zjeść dim sum, czyli tradycyjny chiński posiłek, ale nic nam z tego nie wychodzi, bo choć mijamy dziesiątki knajpek z gęsiami i innym drobiem wiszącym w witrynach, nie znajdujemy tej konkretnej restauracji, do której chcemy trafić.

Wraz z upływem godzin na ulicach robi się coraz bardziej tłumnie i gwarnie, aż wierzyć się nie chce, że godzina całkiem późna. Z metra wysypują się kolejni pasażerowie, ze sklepów kolejni klienci, a ulice przemierzają setki pieszych maszerujących dziarsko w świetle neonów.

I tylko ja padam. Rozchorowuję się do tego stopnia, że cały następny dzień spędzam w hotelowym łóżku, niecierpliwie czekając na spadek temperatury i powrót sił.

Cdn.