Sung? Mama Sung? – dopytywały się dziewczyny z plemienia Czarnych Hmongów, kiedy szukałam kobiety spotkanej rano na rynku.
Sung czy Su? – pytała inna.
Hmmm, nie wiem, mogłam coś źle zrozumieć….
Taka stara i mała? – upewniały się.
A co znaczy stara i mała? – zapytałam.
No wiesz, taka po czterdziestce i o taka mała. – wskazały na wzrost sięgający moich ramion, czyli ok. 140-145 centymetrów.
No, faktycznie była dużo niższa ode mnie. – potwierdziłam.
To chyba wiemy, kto to. Wszystko jej przekażemy i spotkacie się jutro rano, bo dzisiaj poszła już do domu.

Mamę Sung spotkałam tego dnia wczesnym rankiem, kiedy wysiadłam z busa i ruszyłam na ulicę Fansipan w poszukiwaniu hotelu.
Cześć, cześć! Skąd jesteś? Na długo zostajesz w ? Może chcesz, żebym pokazała ci okolicę? Wzięłabym Cię do mojego domu. co myślisz? – zarzuciła mnie pytaniami, ale ja wówczas planowałam odezwać się do innej dziewczyny, do której kontakt dostałam wcześniej od znajomego, więc mimo, że polubiłam tę kobietę jakoś tak „od pierwszego wejrzenia”, powiedziałam tylko:
Być może, ale nie obiecuję. Gdzie można cię znaleźć w razie czego?
– Będę pewnie gdzieś przy rynku.

Rynek w Sapa to faktycznie miejsce, gdzie spotkać można każdego, więc nic dziwnego, że następnego dnia, kiedy szłam spotkać się z San Mae, aby razem pójść na wesele do Czerwonych Dzao, natknęłam się na mamę Sung, która nieoczekiwanie radośnie mnie wyściskała i zdecydowałyśmy, że ok, do jej wioski pójdziemy kolejnego dnia.

Hao Thao to niewielka miejscowość składająca się z drewnianych domków należących do Czarnych Hmongów. Aby tam trafić, trzeba wejść na górę (osłabłam w porównaniu z mamą Sung), potem minąć małe wioski, spotkać zasmarkane dzieci wracające z lokalnej szkoły, przejść obok pokaźnych rozmiarów skał, przespacerować się po skraju pola ryżowego, minąć teściową i już jest się na miejscu.

Dlaczego mówią na ciebie „mama” – pytałam po drodze.
A bo ja stara jestem. – odpowiedziała ze śmiechem.
Stara?
No… 45 lat na karku!
– Przecież to całkiem niedużo!
– Dużo, dużo. Mam już dorosłe dzieci i jedno całkiem małe, pięcioletnie.
– zachichotała.
A to niespodzianka!
– Żadna niespodzianka. Mąż stwierdził, że na starość przyda nam się małe dziecko, to zrobiliśmy.

W końcu doczłapałam się do wioski, gdzie czekał na mnie obiad (tofu z pomidorami + ryż) i Michael z Oregonu, któremu tak bardzo spodobało się u mamy Sung, że spędzał tam już drugi dzień.

A wiesz, że Michael zostanie u mnie jeszcze 3 dni? – dumnie powiedziała mama Sung. – A wczoraj miałam jeszcze trzech innych turystów. Michaelowi faktycznie tak bardzo spodobało się w prostej chacie rodziny Hmongów, że zdecydował się tam zostać nieco dłużej. Ja wracałam wieczorem, po tym jak zeszłam z góry na drogę, gdzie złapać można było xe om, czyli transport na motorku.

Nie było żadnych niecodziennych wydarzeń czy nieprawdopodobnych przygód, była tylko mama Sung, która pożegnała się ze mną ze łzami w oczach i to wystarczyło.

(nr tel.do mamy Sung +84 169 6133732)