Zostaję na . Miałam moment wątpliwości, kiedy odleciała z jedna z moich najlepszych polskich znajomych na wyspie, ale potem przemyślałam wszystkie za i przeciw i zostaję. Przecież to właśnie tu jest mój dom, moje ukochane psy i mój cały świat. Nie wyobrażam sobie zostawić tego ot tak sobie i potem tęsknić każdego dnia.

Większość Polaków wyleciała najpierw lotami rejsowymi, a potem dwoma samolotami podstawionymi przez LOT 24 i 26 marca w ramach akcji „lot do domu”. Zostali przede wszystkim ci, którzy mieszkają na wyspie od dawna oraz osoby, które przebywają krócej, ale uznały, że to tu wolą przeczekać ten trudny okres nie ryzykując przy tym podróży. Nie wiem, ilu nas tu aktualnie jest, ale podejrzewam, że niezbyt wielu.

Bardzo długo życie na wyspie toczyło się zupełnie bez zmian – kiedy w Polsce zamykano granice, tu dzieci chodziły do szkoły, dorośli do pracy, a życie kwitło na ulicach, w knajpkach i na plażach. Było oczywiście coraz mniej turystów, bo ograniczyła dostęp dla tych krajów z czołówki listy zachorowań. Szkoły i urzędy zamknięto na początku ubiegłego tygodnia. Mniej więcej wtedy prezydent przyznał, że nie podawano wszystkiego do wiadomości publicznej, aby uniknąć paniki (co ciekawe, nie wywołało to żadnych komentarzy wśród moich indonezyjskich znajomych). Przypadków w Indonezji było jednak coraz więcej, więc coraz częściej zaczęto o wirusie mówić. Pod koniec ubiegłego tygodnia zdecydowała się na bardziej kategoryczny krok, czyli zawieszenie wiz on arrival na miesiąc począwszy od 20 marca. Oznacza to, że teoretycznie można nadal wjechać, ale o wizę należy ubiegać się wcześniej w ambasadzie, co zapewne w obecnej sytuacji bywa niełatwe. Zresztą ludzie raczej nie wjeżdżają, tylko w popłochu wyjeżdżają wyprzedając swój dobytek i zostawiajac zwierzęta. Najcześciej na pastwę losu, bo gdzie teraz znaleźć dla nich dom? Coraz częściej zaczęto mówić również o konieczności izolacji, ale do czasu Nyepi, czyli balijskiego Dnia Ciszy, w zasadzie wszystko pozostawało otwarte, czyli nadal można było iść do restauracji i poleżeć na plaży. Ale zamknięto wszystkie atrakcje turystyczne.

Najbardziej bałam się skutków ceremonii przypadających w tym tygodniu, czyli melasti (ceremonii oczyszczających przed dniem Nyepi) i ogoh-ogoh, czyli wielkich parad demonów. Obydwie gromadzą tłumy, więc można się było spodziewać się konsekwencji w postaci zwiększonej liczby zachorowań. Na szczęście balijskie władze odwołały tegoroczne ogoh-ogoh, a w przypadku melasti zastrzegły, że mogą się odbyć pod warunkiem, że nie będą gromadzić więcej niż 25 osób. Ale jak to zwykle bywa w Indonezji, przepisy przepisami, a życie życiem, więc oczywiście melasti jednak się odbyły (na szczęście nie wszędzie), również te na większą skalę – bo jeśli kapłan powie, że ceremonia ma się odbyć, to się odbędzie. Więc już dawno postanowiłam sobie, że począwszy od Nyepi nie ruszam się z domu i okolic.

Przewidziałam więc, że Nyepi może stać się momentem przełomowym, ale nie spodziewałam się, że aż tak. W przeddzień tego święta balijski gubernator wystosował dokument sugerujący w związku z koronawirusem, dodatkowy dzień pozostania w domach. Większość znanych mi Indonezyjczyków twierdzi, że to była właśnie sugestia, a nie rozkaz i że dotyczyła ona tylko jednego z regionów na Bali, tego który nie zastosował się do uregulowań mówiących o zakazie ceremonii, ale lokalne władze niejako z rozpędu zafundowały wszystkim Nyepi numer dwa. Nie można było wyjść z domu, nadal nie działało nic na wyspie, na ulicach ustawiono blokady wyłapujące tych, którzy mimo wszystko zapragnęli się gdzieś wybrać albo po prostu powrócić do domu, bo jednak wiele osób nie spędza Dnia Ciszy we własnych domach, tylko korzysta z różnych pakietów hotelowych albo spędza ten dzień w gronie znajomych lub rodziny. Skutek był taki, że wiele osób było zupełnie nieprzygotowanych, bo nie kupiło jedzenia na więcej niż jeden dzień. Na szczęście działał już internet i można było zapalić światło.

W piątek wszystko wróciło do normy, a właściwie prawie wszystko. Wielu miejsc już nie otwarto. W sklepach rozgrywały się niemal bitwy o produkty pomiędzy osobami, które wcześniej nie zrobiły żadnych zapasów, a teraz spanikowane postanowiły je szybko zrobić. W aptekach nie było nic z potencjalnie potrzebnych rzeczy – maski i płyny dezynfekujące skończyły się już bardzo dawno, ale zaczęło brakować również wszelkiego rodzaju lekarstw przeciwgorączkowych. Farmaceutki wzruszając ramionami obdarowywały klientów uśmiechami. Nadal nie działała część z bankomatów wyłączonych w związku z Nyepi.

Dziś jest już spokojniej. Sklepy oczywiście nadal nie nadążają z uzupełnianiem produktów na półkach, ale nie ma już takich kolejek, jakie były jeszcze przedwczoraj. Te, w których bywam albo zaraz przy wejściu oferują skorzystanie z dezynfekcji rąk albo mają specjalnego pracownika spryskującego ręce każdej wchodzącej osobie. Większość restauracji oferuje tylko skorzystanie z opcji na wynos, ale nadal jest też całkiem sporo otwartych. Zamknięty jest dostęp do plaż, choć nie jestem pewna, czy do wszystkich, czy tylko do tych bardziej popularnych. Zdarza się jednak, że będąc mieszkańcem danej okolicy, bez problemu na taką oficjalnie zamkniętą plażę można wejść. Przede wszystkim wszędzie wokół mówi się o konieczności izolacji (ale znowu życie życiem), wioski bywają dezynfekowane, a ich mieszkańcy edukowani w temacie koniecznej higieny. W mojej wiosce na przykład od rana słychać z głośników komunikaty o konieczności mycia rąk i sprzątania domów.

Czy czeka nas zamknięcie? Na Bali jest w tej chwili oficjalnie 9 przypadków. To niedużo. Ale już chyba wszyscy biorą pod uwagę, że ta nikła liczba nie bierze się z braku osób chorych, tylko z braku wykonanych testów. Dlatego odradza się jakiekolwiek podróże i przemieszczanie w obrębie Indonezji. W całym kraju na dzień dzisiejszy jest ponad 1200 przypadków. Najwięcej w Dżakarcie i zachodniej części Jawy, więc mimo tego, że indonezyjski prezydent długo nie brał pod uwagę jakiegokolwiek odcinania miast czy części kraju, to wywierane są na niego coraz większe naciski i może się zdarzyć, że blokada Dżakarty to już tylko kwestia dni. 

Coraz większe obawy budzi przede wszystkim fakt, że indonezyjskie szpitale, choć rzekomo przygotowane na chorych, są najpewniej niewystarczające, bowiem ilość łóżek przypadających na pacjentów odbiega w tym kraju od światowych standardów. W tym kontekście nie napawa też optymizmem śmiertelność wśród chorych na – na dzień dzisiejszy jest to aż 114 osób, co procentowo stawia Indonezję w światowej czołówce. Nie jestem specjalistą, więc nie będę analizować, z czego może brać się ta liczba, ale zakładam, że może to znowu mieć związek z nikłą ilością wykonywanych testów i wykonywanych często na osobach już w stanie ciężkim albo wręcz zmarłych, jak przykład Francuza, jednej z ofiar wirusa na Bali. Ta tendencja ma się zmienić, bo podobno do Indonezji dotarły już zakupione w Chinach testy, więc niebawem mają być wykonywane na skalę masową. I tu mogą dopiero mogą zaskoczyć wyniki – czasem mówi się, że już była albo nadal jest chora wręcz połowa mieszkańców archipelagu (podpowiem: ponad 130 mln osób). W wersjach bardziej optymistycznych wspomina się o „zaledwie” kilkudziesięciu milionach. Czy to możliwe? Myślę, że jest to prawdopodobne. Część osób, jak wiemy, przechodzi wirusa zupełnie bezobjawowo; znakomity procent mieszkańców nie stać na jakakolwiek opiekę medyczną, więc odchorowuje w domu; a część nie ma zapewne odpowiedniej wiedzy, więc objawy wirusa bierze za niezwykle popularną w Indonezji chorobę, czyli masuk angin (z indonezyjskiego: wejście wiatru), będącą niczym innym, jak naszym swojskim przeziębieniem. Poza tym, zanim wirus w styczniu oficjalnie stał się zagrożeniem na świata, przez miesiąc brylował już w Chinach, skąd regularnie latały dziesiątki samolotów do różnych miast w Indonezji. Jeśli na pokładzie były osoby chore, z pewnością wirus dotarł już dawno. I po prostu się o nim nie mówiło.

Czy się boję? Nie boję się wirusa. Ani przez chwilę nie odczuwałam nawet ziarna niepokoju w związku z zagrożeniem chorobą. Nie jestem w grupie ryzyka, więc zakładam, że wszystko powinno być w porządku. Nie mam też w swoim otoczeniu osób starszych ani chorujących, więc nie mam się o kogo bać. Czego się boję, to po pierwsze paniki i związanej z nią zupełnie nieracjonalnych zachowań. A po drugie i przede wszystkim, tego jak wirus już wpłynął i jak wpłynie na nasze dotychczasowe życie. Najbliższa mi branża turystyczna właściwie nie istnieje i nie ma szans, żeby odrodziła się w ciągu najbliższych miesięcy, więc to oznacza, że wiele osób, w tym ja, straci wszelkie dochody. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak wtedy będzie wyglądało życie na Bali utrzymującej się przede wszystkim z turystyki, a także w całej Indonezji, gdzie znakomita część ludzi żyje z dnia na dzień. Jeśli więc z dnia na dzień ludzie ci stracą zatrudnienie i związane z nim dochody, stracą też momentalnie jakiekolwiek środki utrzymania. Co stanie się wtedy?

Zobaczmy więc, co przyniosą kolejne dni. Tak sobie myślę, że w moim życiu jakoś zawsze wszystko dobrze się kończy, więc dlaczego nie miałoby tak być tym razem.