Coraz częściej na pytanie, co u mnie słychać, zdarza mi się odpowiadać, że bez zmian. Że w sumie nic się nie dzieje, że pełna stagnacja. Mam wręcz wrażenie takiego trochę zawieszenia w czasie i przestrzeni.

Faktem jest, że od czasu, kiedy pisałam ostatnio, na wyspie nie wydarzyło się zbyt wiele. Do tych wszystkich restauracji, knajpek, sklepów, siłowni i innych przybytków, które nigdy na się nie zamknęły, dołączyły te, które zamknęły swoje podwoje pod koniec marca, ale w maju zdecydowały się je otworzyć. W tej chwili chyba już większość lokali gastronomicznych jest otwarta. Ale to nie tak, że jest dokładnie tak, jak było kiedyś, bo nadal trzeba chodzić w maskach, nadal zamknięte są atrakcje turystyczne i plaże (o tych ostatnich jeszcze napiszę;), a czasem niemożliwy jest dostęp do niektórych z wiosek. Mam wrażenie, ze życie powoli wraca do normy, to nic dziwnego, bo chyba każdy jest już zmęczony aktualną sytuacją, ale wraca nie wszędzie i nie w każdym aspekcie. W kontekście ożywienia pamiętam, jak bardzo się zdziwiłam, kiedy po dłuższym czasie siedzenia w domu (miałam taki okres w kwietniu i maju, że najlepiej czułam się właśnie w domu) wyjechałam do fryzjera i zobaczyłam ruch na drodze prawie taki, jak w czasie przed pandemią. Ale tego dnia przejeżdżałam też przez zupełnie pusty słynny skrót przez pole ryżowe w Canggu (słynny przede wszystkim z powodu regularnie zdarzających się upadków samochodów i skuterów prostu w pole ryżowe). Czegoś takiego nie widziałam jeszcze nigdy, nawet przed sześcioma laty, kiedy przeprowadziłam się na Bali. Ostatnio wybrałam się do Ubud i przeżyłam mały szok widząc puste wszystkie te ulice, na których zwykle były tłumy. I choć część mnie cieszy się nie widząc tych tłumów, to przede wszystkim jest jednak smutno.

W maju były też momenty nieco przerażajace, jak na przykład dzień, kiedy zrobiono testy na obecność wirusa w jednej z wiosek na północy Bali i wykazały one, że spośród 1200 testowanych osób, aż 400 ma wynik pozytywny. To były tak zwane rapid tests i na szczęście, kiedy przeprowadzono na tych osobach testy bardziej dokładne, okazało się, że jednak wszyscy są zdrowi. Na wszelki wypadek całą wioskę objęto jednak kwarantanną, a jej mieszkańcom dostarczano pożywienie w postaci sembako. Sembako, to nowe słowo, którego nauczyłam się w ostatnim czasie, a oznacza tyle, co podstawowe produkty żywnościowe, czyli w przypadku Indonezji będzie to ryż, makaron instant, olej, sos sojowy, jajka, cukier, kawa i tym podobne. Ostatnio bywa używane regularnie, bo właśnie tego typu paczki żywnościowe dostarcza się najbiedniejszym, czyli przede wszystkim wszystkim tym, którzy stracili źródła dochodu w wyniku pandemii.

Tak, jak wspominałam w poprzednim poście, największe obawy w kontekście rozprzestrzeniania się wirusa w całej Indonezji budziły coroczne migracje w związku z ramadanem. To z tego powodu na ponad miesiąc, do 1. czerwca włącznie, wprowadzono ograniczenia w transporcie. W założeniu nie miało być transportu lotniczego, promowego, autobusowego i kolejowego, ale już po kilku dniach delikatnie te restrykcje złagodzono – można było przemieszczać się na przykład w związku z pracą, śmiercią członka rodziny i z kilku jeszcze innych ważnych powodów. I już po chwili od złagodzenia na lotnisku w Dżakarcie były tłumy, bo okazało się, że to nie takie trudne załatwić sobie zaświadczenie o konieczności lotu w związku z pracą, a wyniki negatywne testu na obecność wirusa można po prostu kupić – podobno za jedyne 75.000 rupii (ok. 20 zł). Jak to mój indonezyjski kolega sobie żartował „na lotnisko bierzesz dokument tożsamości i 100.000 rupii i lecisz”. Jak zwykle założenia i przepisy to jedno, a życie życiem.

Z plusów obecnej sytuacji należy wymienić przede wszystkim spadek cen. Pamiętam, kiedy szukałam domu na przełomie roku, trudno było w mojej okolicy znaleźć coś sensownego (czyli nie brudnego, zagrzybionego czy położonego w jakimś fatalnym miejscu, na przykład przy głównej drodze) w cenie poniżej 100 mln rupii za rok. Dziś takie domy znajduje się bez żadnego problemu, a przy odrobinie szczęścia można trafić nawet na willę z basenem w cenie 70 mln i sama na to wszystko patrzę z niedowierzaniem. Dużo ludzi dostarczających produkty dla hoteli musi sobie teraz jakoś radzić, więc na przykład przy ulicy można kupić świeże ryby i owoce morza od rybaka w tak atrakcyjnych cenach, że prawie przestałam kupować ryby w sklepach. A hotele kuszą takimi promocjami, że chyba w końcu z którejś skorzystam.

A kiedy można przyjechać? Bo o to pytacie coraz częściej.

Od czerwca zaczęto wszystko po kolei „odmrażać” w całej Indonezji. Na Bali w tej kwestii niewiele się zmieniło, bo tak, jak wspominałam, większość miejsc i tak była już otwarta. 1 czerwca otworzono dostęp do plaż, aby następnego dnia ponownie je zamknąć po interwencji gubernatora, który stwierdził, że plaże to też atrakcje turystyczne, a on nie wydawał dekretu o ponownym ich otwarciu. Efekt jest taki, że niektóre z plaż są otwarte (np. plaże na Bukicie i w Canggu), niektóre po ponownym zamknięciu znowu się otworzyły (np Sanur), a niektóre są zamknięte, a dostęp do nich pilnowany przez pecalang (np. moja plaża w Kedungu, na którą całe szczęście nas się wpuszcza, podobnie jak wszystkich mieszkańców naszej wioski).

W kwestii turystów plany są takie, żeby zacząć od turystyki lokalnej, potem skoncentrować się na turystach z Azji (z krajów, które poradziły sobie z wirusem), a dopiero potem będą mogli przyjeżdżać pozostali. Aby to wszystko nastąpiło, przygotowywane są odpowiednie protokoły bezpieczeństwa, a to też na pewno trochę potrwa. Pierwsze mają zostać otwarte hotele w Nusa Dua. Czasem mówi się o tym, aby po otwarciu Bali było bardziej ekskluzywne – mniej turystów, ale bogatszych, więc zostawiających w efekcie tyle samo pieniędzy. Nie jestem jednak pewna, czy takie rozwiązanie ma szansę w praktyce, bo doprowadziłoby to przecież to sytuacji, gdzie dziesiątki ludzi prowadzących małe biznesy związane z turystyką nadal nie miałoby z czego żyć, a całe dochody trafiałyby do wielkich hoteli i firm, prowadzonych przez ludzi z Dżakarty czy koncerny międzynarodowe. Czas pokaże.

Tak, czy inaczej wszystko zależy od aktualnej sytuacji wirusowej. Aktualnie na wyspie jest tych zachorowań więcej (na dziś to 608, z czego 409 osób już zdrowych). Prawdopodobnie jest to związane z migracjami ludzi pod koniec ramadanu, którzy jednak przemieszczali się z Bali na Jawę i z powrotem, mimo tego, że nie powinni (nadal można było kupić zaświadczenia plus zaczął funkcjonować przemyt ludzi zwykłymi łodziami rybackimi z Jawy na Bali). Na wyspie jednak zaraz częściej mówi się też, że ta większa liczba zachorowań to wynik tego, że szpitale dostają specjalne wielomilionowe dotacje na leczenie chorych w związku z wirusem, więc dogadują się z pacjentami, którzy nie mając wirusa dostają wynik pozytywny testu, aby potem dostać jeszcze wynagrodzenie od szpitala. Czy jest tak faktycznie nie wiem i nie jestem w stanie tego sprawdzić, ale nic mnie już nie zdziwi.

W tej chwili w Indonezji możliwa jest jedynie turystyka lokalna i aby moc podróżować pomiędzy wyspami konieczny jest negatywny wynik testu. Nadal nie wydaje się żadnych wiz turystycznych, a jako termin, gdzie wszystko ma już działać poprawnie podaje się najczęściej październik. I tej wersji staram się trzymać, choć oczywiście byłabym szczęśliwsza, gdyby turyści mogli wrócić wcześniej. Oby.