• Filipiny_navotas, DSC_1387

10 powodów, dla których Manila da się lubić

To trudne miasto. W najlepszym wypadku niełatwe. Zmuszające do nieustannych kompromisów, zwolnienia tempa. Z dnia na dzień uczące cierpliwości. A z drugiej strony nie pozostawiające obojętnym. Manilę albo lubi się albo nie. Osobiście udało mi się to miejsce pokochać. Miłością bynajmniej nie od pierwszego wejrzenia, więc z założenia trwalszą. Ciekawi jesteście, dlaczego daje się lubić?

1. KONTRASTY – to miasto (właściwie kilkunastomilionowa metropolia), w którym w ciągu jednego dnia można przenieść się z jednego świata do drugiego i to do świata położonego na zupełnie przeciwległym biegunie. Miasto, w którym można proranek spędzić wraz z mieszkańcami chatynek zbudowanych na wodzie, naprędce zaimprowizowanych z wszystkiego, co akurat było pod ręką, a wieczorem zjeść kolację w ekskluzywnym klubie golfowym z zamożną filipińską rodziną. Miasto, w którym można wydać 30 peso na posiłek z garnka (ryż + warzywa) albo 3000 peso za kolację w lepszej restauracji. Kontrasty Manili nieustannie, a właściwie coraz bardziej mnie fascynują, a nawet sprawiają, że coraz częściej wybieram pozostanie na miejscu rezygnując tym samym z odwiedzenia zakątków świata z założenia ciekawszych.

2. MANGO – w moim przypadku to już całkowite uzależnienie. Na śniadanie najczęściej… jadam jogurt z mango; na drugie śniadanie bardzo często wybieram… mango; zamiast słodyczy… suszone mango. W międzyczasie oczywiście sok z mango. Mango na Filipinach jest naprawdę perfekcyjne i choć miałam okazję spróbować tego owocu w innych miejscach, nigdzie indziej nie smakował tak wybornie. A jeśli mango się nudzi, pozostają inne owoce włącznie z pysznymi truskawkami.

3. KUCHNIA JAPOŃSKA I TAJSKA – kiedy na początku naszej filipińskiej przygody zamieszkaliśmy w Pasig City, niestannie narzekaliśmy na dostęp do sensownych restauracji. Dokładnie od roku mieszkamy w Makati i tutaj sprawa wygląda zgoła inaczej. W Makati restauracje są, a właściwie ich wybór jest tak duży, że często nie od razu możemy zdecydować, którą wybrać. Nie wszystkie są idealne (przydałaby się jakaś knajpka z NAPRAWDĘ dobrą kuchnią włoską… Może ktoś zna…), ale naszych ulubionych, czyli tych, w których serwuje się kuchnię japońską i tajską, jest całkiem sporo i ciągle jeszcze się nimi nie nacieszyliśmy.

4. UŚMIECH – choć zakładam, że przynajmniej w 50% nieszczery i związany raczej z wykonywanymi obowiązkami niźli z prawdziwą sympatią, to i tak ulice filipińskie, a nawet manilskie, różnią się zdecydowanie od ulic w Polsce. Różnica jest niby prozaiczna – tutaj ludzie uśmiech odwzajemniają, tam w najlepszym wypadku patrzą na uśmiechającego się człowieka jak na osobę, której stan psychiczny pozostawia wiele do życzenia. A to sprawia, że jest tutaj jest o niebo przyjemniej.

5. POGODA – choć ciągle jeszcze tęsknię za porami roku i chętnie ubrałabym puchową kurtkę, czapkę i ciepłe buty, to… na pewno nie na stałe. Kilka zimowych dni na północy Wietnamu w zupełności wystarczyło, żebym doceniła to, co mam na co dzień – temperatury w okolicach 30 stopni (a często, jak wiadomo, jeszcze wyższe) i brak konieczności zakładania kolejnych warstw ubrań wierzchnich. Fakt, czasem to nudne, ale z mojego punktu widzenia, z pewnością przyjemniejsze. Często zdarzające się słoneczne dni sprawiają, że bardzo łatwo jest naładować akumulatory, a zimnem nacieszyć się można podczas chłodnych dni, czyli takich, kiedy temperatura spada do… 24 stopni.

6. MANILSKIE MIEJSCÓWKI – mam tutaj swoich kilka ulubionych miejsc, do których ciągle wracam, mimo tego, że miałam okazję być tak przynajmniej naście razy. Ale cóż na to poradzić? Quiapo na swój specyficzny klimat, którego nie jestem w stanie porównać z niczym innym.; manilskie Chinatown ze swoją charakterystyczną, nieco mroczną atmosferą, w której przeplatają się wpływy chrześcijańskie i chińskie, sprawia, że nie sposób przejść obok niego obojętnie. Chiński Cmentarz leży na zupełnie przeciwległym biegunie – tam warto wybrać się, żeby odpocząć od zgiełku miasta.

7. KOMFORT – W Manili można żyć naprawdę komfortowo. Z łatwością udaje się znaleźć mieszkanie z basenem, siłownią i spa, a do tego bez trudu zatrudnić pomoc domową, opiekunkę do dzieci, kierowcę, a nawet prywatnego trenera. To wszystko rzecz jasna kosztuje, ale porównując te wydatki do wydatków na podobne luksusy w Polsce, Manila ciągle jeszcze wypada relatywnie tanio.

8. PULS, KOLOR, RUCH, KLIMAT – pamiętam pewną rozmowę z Panem Ambasadorem Adamem Jelonkiem, podczas której mój rozmówca mieszkający na co dzień w Kuala Lumpur powiedział „Kuala Kumpur nie ma życia, Manila jest zdecydowanie bardziej interesująca” . Nie potrafiłam się wówczas z tym stwierdzeniem zgodzić, tym bardziej, że KL jest na mojej małej prywatnej liście „miejsc najprzyjemniejszych do zamieszkania”. Dziś uważam, że Pan Ambasador miał 100% racji. Manila ma to COŚ. Choć na pierwszy rzut oka szarobura, nieciekawa i pełna architektonicznych absurdów, to już po jakimś czasie można zacząć odkrywać jej prawdziwe, fascynujące oblicze. To pełne kolorów i życia miasto, które nigdy nie zasypia, ma w sobie coś nietuzikowego i ten specyficzny klimat gdzieś pomiędzy filmem noir, a „Miastem Boga” , który osobiście uwielbiam.

9. PLAŻE I KRAJE SĄSIEDNIE W ZASIĘGU RĘKI – jak bardzo nie lubiłoby się Manili, czasem trzeba od niej odpocząć, a to jest zaskakująco łatwe. Godzina lotu samolotem wystarczy, aby odwiedzić plaże wysp Visayas, nieco dłużej zajmie lot na Palawan, a dwie godziny lotu pozwolą znaleźć się na Mindanao. W przypadku destynacji zagranicznych najłatwiej odwiedzić Hong Kong i Tajwan (1-2 godziny lotu), a trzy godziny wystarczą, żeby znaleźć się w Tajlandii, Wietnamie, Indonezji, Malezji, Kambodży lub Singapurze.

10. MOŻLIWOŚCI – tu można WSZYSTKO. A kiedy piszę „wszystko”, dokładnie to mam na myśli. Manila spełni wszystkie Twoje oczekiwania i zachcianki i pozwoli Ci na na życie dokładnie takie, jakie chciałbyś mieć. Chcesz zarobić naprawdę duże pieniądze? Proszę bardzo, wystarczy mieć dobry pomysł na biznes i pracować odpowiednio ciężko. Chcesz egzotyczną żonę albo dziewczynę? Miejsca, w których ją bez trudu znajdziesz, są niezliczone. Chcesz wybrać się na wycieczkę do slumsów. Da się. Chcesz uczestniczyć w nielegalnej walce kogutów? I to się zrobi, bo w Manili uda Ci się wszystko… pod warunkiem, że dysponujesz odpowiednio dużymi środkami i znasz właściwych ludzi. To miasto nieprawdopodobnych możliwości, a co najważniejsze – każdy może mieć dokładnie takie w nim życie, jakie chce mieć.

Manila mnie pochłonęła. Do tego stopnia, że nie bardzo potrafię sobie w tej chwili wyobrazić mieszkanie w jakimkolwiek innym mieście.

Wiecie, o czym mówię?

  • Eva Pomianowska via Facebook

    nie wierze! :p

  • ja też czasem nie dowierzam;)

  • Aga Sawala Doberschuetz via Facebook

    ja też nie do końca ;)

  • Aga Sawala Doberschuetz via Facebook

    A włoska kuchnia podobno u Angeliny na Malapascua…?

  • a nie próbowałam….
    No i na Malapascuę trochę daleko tak, żeby tylko na pizzę;)

  • Aga – uwierz uwierz, mam naprawdę wazne ku temu powody;)))
    p.s. chyba nie myślisz, że to jakaś mała prowokacja?

  • Aga Sawala Doberschuetz via Facebook

    no nie wiem, nie wiem ;) A na Malapascua polecam koniecznie – nie tylko na pizzę! Kto nurkuje doceni spotkanie oko w oko z gigantyczną mantą… <3

  • to mowisz ze na tajwan blisko? :)

  • sam wiesz najpiej Tytus;)

  • oraz ja potrafię sobie wyobrazić, ze manila może wchłonąć. punkt 1 i 2 nie podlegają dyskusji, 5 rzecz gustu (w mój trafia w 100%), 6 – wierzę, ale by je prawdziwie poznać potrzeba czasu, 8 na pewno tak, ale KL bez życia? :) punkt 9 – właśnie! punkt 10 no brzmi fantastycznie, inaczej – brzmi jak po prostu impresja z azjatyckiej metropolii. jest wszystko więc dlaczego nie możnaby wszystkiego? proste :) punkt 3 – kuchnia wydaje się zdecydowanie nie byc najmocniejszą stroną filipin, uśmiech (4) podobnie. choć oba punkty rozpatruje na azjatyckiej skali, zeby była jasnośc. punkt 7 hmm :) pozdrawiam!

  • Tytus – Fakt – kuchnia filipińska nie jest zdecydowanie najmocniejszą stroną Filipin. Regularnie plączę się w zeznaniach, kiedy Filipińczycy mnie pytają o moje ulubione filipińskie danie, bo… nie mam takiego:( Ale na szczęście tutaj zaraz pod nosem sa moje inne ulubione azjatyckie restauracje:)
    Ciekawe z tym uśmiechem…. Osobiście zakładam, że większość azjatyckich uśmiechów nie wynika z sympatii, ale z uprzejmości tudzież roli, w jakiej akurat znalazła się dana osoba. I tutaj też, mimo że jak podkreślam, część z tych ulicznych uśmiechów to usmiechy mało szczere, nie raz i nie dwa mogłam liczyć na wiele więcej – na szczere gesty sympatii ze strony zupełnie obcych ludzi. Choć znajomi Filipińczycy twierdzą, że wynika to tylko i jedynie z faktu, że jestem obcokrajowcem…
    KL – sam wiesz, że w porównaniu do Manili to oaza spokoju;)

    • Pojechana – generalnie rzecz biorąc filipińskie miasta nie należą do najbardziej urodziwych… Zakłądam jednak, że nie o urodzie w tym przypadku mówisz, ale o specyficznej hmm… atmosferze. Nie miałam okazji być w tym miejscu i jakoś mnie nie ciągnie, więc pewnie nie będzie okazji sprawdzić na własne oczy.

  • maciek

    walki kogutow sa legalne!!!!!!!!!!!! reszta punktow – OK – potwierdzam.

    • Oczywście, że sa legalne walki kogutów – na nie może wybrać się każdy bez trudu (bylam nie tak dawno, jak wczoraj).
      Są też nielegalne walki, podczas których zakłady idą o nieco inne stawki. Na te walki nie można się wybrać ot tak i o tym właśnie piszę.
      Pozdrawiam!

  • Absolutnym numerem 1 na mojej filipińskiej anty- liście jest Angeles City (nazwane tak chyba z przekory) więc jaka Manila by nie była to i tak lubię ją bardziej ;-)

  • valdi

    Aniu jak z Twoją dietą – ile schudłaś przy ciagłym spozyciu mango.

    Masz blisko na Hokkaido Japan gdy zatęsknisz za śniegiem.

    Kuchnia japońska i Tajska palce lizac – zazdroszczę.

    Pa.

  • Dobry tekst! To bardzo ważne być choć trochę „zakochanym” w miejscu w którym się mieszka. Poprawia się jakość życia a dni są ciekawsze. Na pewno chcę Manilę odwiedzić bo to część Azji, w której jeszcze nie byłem. Jednocześnie myślę że stwierdzenie że „można wszystko” w jakiekolwiek Azjatyckiej stolicy może być trochę przesadzone. Brakuje teatru, bibliotek, naprawdę dobrych koncertów , galerii na wysokim poziomie, sztuki klasycznej, dobrych festiwali ale też porozumienia z lokalnymi na pewnym poziomie (róznice kulturowe). Generalnie rozrywki intelektualne raczej w tych miastach mają się słabo. Nie mogę się więc zgodzić się z tym, że „każdy może mieć w nim dokłądnie takie życie, jakie chce mieć”. Pozdrawiam ciepło!

    • valdi

      Najwięcej rozrywki kulturalnej w Azji Płd. Wsch. znajdziesz w BKK – muzea, galerie, kina, koncerty, bogata oferta kulinarna, koncerty także.

      Pzdr.

      • Valdi: znam Bangkok całkiem dobrze i jego ukryte skarby też i uwierz mi że to nie jest bogata oferta. Bangkok to ekscytujące, fascynujące miasto ale kulturalnie leży bo Azjaci nie są zainteresowani pewnymi rzeczami. Jak bardzo byś nie próbował nie można tego porównać do Europy, Ameryki Północnej, Australii czy nawet Ameryki Południowej. Stąd moja opinia że nie można mieć tam „każdego”, stylu życia. Pozdrawiam!

        • Jeśli tylko bardzo się chce i wie, gdzie tego szukać, można – osobiście znam osobę, która mnóstwo czasu spędza na wystawach, w galeriach, przedstawieniach baletowych itp itd. I strasznie mnie kiedyś zawstydziła, kiedy wysunęłam takie wnioski, jak Ty;)

    • Kubo, uwierz na słowo, że to co można tutaj, nijak ma się do tego, co możliwe jest w Europie i o wielu sprawach nie mogę nawet publicznie wspomnieć;)
      Miliony Filipińczyków obraziłyby się na sugestię, że w ich stolicy brakuje tych wszystkich intelektualnych rozrywek, które wymieniłeś;))) Choć ja się z tym częściowo zgodzę, nie chciałam i nie chcę skupiać się tutaj na tym, czego brakuje, bo to do niczego dobrego nie prowadzi. Dużo czasu zabrało mi przyzwyczajenie się, że dobego teatru tutaj nie ma, ale ostatnio mialam możliwość iść na przedstawienie. Z bibliotek w Polsce nie korzystałam od lat, bo kupowałam każda pozycję, którą chciałam – czasem sprowadzając ją z drugiego końca świata. Naprawdę dobre koncerty i festiwale bywają, choć one akurat nie leżą w kręgu moich zainteresowań. Galerii na wysokim poziomie i sztuki klasycznej moim zdaniem brak, choć po pierwsze znam osoby, które absolutnie nie zgodziłyby sie z tą tezą, a po drugie… w Poznaniu, w którym wcześniej mieszkałam, też nie było. Dobrego kina, czego nie wymieniasz, też nie ma, bo w tutejszych kinach możesz obejrzeć głównie największe hity kina amerykańskiego. Bądźmy szczerzy, brak rozrywek intelektualnych jest niejako wpisany w przeprowadzkę do Azji, ale na szczęście w dobie internetu znakomicie można sobie z tym poradzić.
      Pisząc, że „każdy może mieć dokładnie takie życie, jakie chce mieć”, miałam przede wszystkim na myśli to, że możesz tu spełnić praktycznie każdą swoją zachciankę, jakakolwiek ona nie byłaby. Możesz spędzać czas w pracy i na imprezach albo na basenie i w centrach handlowych, bo tego wszystkigo tutaj nie brakuje. A możesz po prostu żyć. Tak zwyczajnie, jak wszędzie.
      pozdrawiam i dziękuję za odwiedziny:)

  • Milionie Filipińczyków! – Proszę się nie obrażać! :)

    WIem że są przedstawienia, galerie itd. i znam ich trochę (w Bangkoku – nie w Manilii) ale to wogóle nie jest ten poziom i raczej zachwycanie się tym że wogóle są :( A jakkolwiek by nie byłyby dobre rzeczy na internecie nie zastąpi to żywego kontaktu ze kulturą/sztuką. Wydaję mi się że nawet oferta Poznania bije na głowę Azjatycką gdyby tak dobrze poszukać. Rozumiem że przeprowadzka do Azji daje inne rzeczy, których znów „na zachodzie” nam brak – chodziło mi tylko o pokazanie że może nie „każdy styl życia” choć na pewno inny i nie mniej ciekawy. Ja sam biorę pod uwagę zamieszkanie w Azji bo kocham te rejony, ale chyba nie na dłużej niż na kilka lat bo czułbym się zbyt wykorzeniony z bliższej mi jednak kultury. Pozdrawiam!

  • Już wiele lat nie byłam w Manilii ale to chyba moja ulubiona azjatycka metropolia. Podobnie jak Ty preferowałam KL ale jednak chyba Manila wygrywa, choć Bangkok jest tuż za nią. (Na dobrą sprawę lubię wszystkie mi znane metropolie w Azji Płd.-Wsch.). I mango, tak, uwielbiam i zawsze się zapychałam nim na Filipinach. Makati mnie jakoś nie ruszyło, dopiero jak zaczęłiśmy pomieszkiwać w Ermicie polubiłam Manilę, ale na dobrą sprawę wciąż za mało ją znam. Najpewniej wrócimy na Filipiny w przyszłym roku ale wątpię czy zahaczymy dłużej o Manilę:(

    • Dziękuję za odwiedziny:)
      Rozumiem, że mieszkałaś w Manili? Długo? Minęliśmy się (my jesteśmy tu od lipca 2011)?
      No i mam nadzieję, że do zobaczenia, jeśli tu raz jeszcze trafisz:)
      pozdrawiam!

      • Aniu, niestety nie mieszkałam ale kilka razy byłam na Filipinach, aczkolwiek głównie na morzu, bo żeglowałam – Negros, Coron, Mindanao i wiele malutkich wysepek. W przyszłym roku na Cebu się wybieramy. Ostatni raz na Filipinach byłam w 2005, mój mąż potem jeszcze był na Cebu, ja niestety nie.

        • Brzmi fantastycznie!
          Tak, czy inaczej – jeśli będziesz w okolicy, daj znać, jesli będziesz miałą ochotę:)
          pozdrawiam!

  • valdi

    To ja poproszę punkt 10 czyli filipińską dziewczynę – tylko nie z Angeles – no chyba że nie dało by rady no to trudno jakoś przeboleję.

    • Żywym towarem nie handluję, za darmo kobiet też nie rozdaję;)
      Najlepiej przyjedź i sam się rozejrzyj;)

  • valdi

    Ok przyjadę, a czy mogłabyś zarezerwować dla mnie mały room w Greenbelcie ?

    :-)

  • Mietek

    Po chwilowej nieobecności, z przyjemnością wróciłem do przeglądanie bloga i od razu zwróciłem uwagę na zmianę w Waszym sentymencie do Filipin; – z lekko negatywnego na lekko pozytywny. Super. dotarliście się i wszystko wygląda fajnie!

    • ;)))
      Uporządkowaliśmy i ustabilizowaliśmy swoje życie do poziomu sprzed przeprowadzki – to zdecydowanie pomogło. A poza tym los za nas zdecydował, że zostaniemy tutaj dłuuugo albo jeszcze dłużej, a z losem nie ma sensu walczyć – trzeba zaakceptować, to co daje;)
      I oto masz skutek w postaci pozytwnego nastawienia;)
      Bardzo mi miło, że wróciłeś:)